Lorem ipsum

Wciąż w temacie „Gwiezdnych Wojen”

Źródło grafiki: Zed The Dragon
Zająłem miejsce. Zgasły światła. Rozbłysnął ekran. Reklamy. Pod tyłkami skrzypienie skóropodobnych obić foteli. Tytuł. Muzyka. Żółte literki poleciały w kosmos. Film. Wydarzenia, akcja, wydarzenia, wydarzenia. Koniec. Splunąłem. Wyszedłem.
Ja wiem. Ja dobrze wiem, że wszystko, co miało zostać w tym temacie powiedziane, powiedziane już zostało. Od szeregowego widza po krytyka wielkiego kalibru – każdy wykaszlał swoje zdanie. Zbrzydł wam już temat, wiem. Porzygalibyście się, gdyby ktoś jeszcze dorzucił choć zdanie. Wiem. Szykujcie zatem miski, bo oto nadchodzę! Co prawda, swoje przemyślenia na temat najnowszej części Gwiezdnych Wojen zawarłem pisemnie w języku polskim już w dzień po premierze. W prywatnej rozmowie w urągająco małym, jak na format mojego ego, okienku czatu na Fejsbuku wykładałem swoje zdanie tak zawzięcie, że wyszły mi z tego ze dwie strony czegoś na kształt recenzji.

Nie ukrywam, rzeczona recenzja miała funkcję quasi-terapeutyczną. Uzewnętrzniając refleksje na temat filmu, chciałem uporać się z niemałym wkurwem na kulturę popularną, który wówczas odczuwałem (i odczuwam wciąż).

I pozostałoby to tylko 3200 znakami, niknącymi pod nawarstwiającą się konwersacją. Minął jednak grudzień i styczeń. I nawet kawałek lutego został pożarty przez czas, a na Z CYKLU nie pokazało się nic podpisanego moim nazwiskiem. Głowa pusta, palce z waty, twórcza impotencja. I tylko ten wkurw na kulturę pozostał. Wciąż niewyrażony. Pieprzyć! Przekleję Wam tu co lepsze fragmenty.

Zaczyna się to tak:

„Ostatni Jedi” to film superbohaterski na podstawie „Gwiezdnych Wojen”.

Celne zdanie. No bo cały ten heroizm i zacięcie na twarzach. Całe to prężenie się, żeby wszystko wyszło EPICKO! Zlitujcie się! I jeszcze ta walka na miecze, która nie może się obyć bez slow motion, czerstwych wygibasów i zbliżeń, by pokazać ostrze milimetr nad nosem Luke’a, jakby tańczył, kurwa, limbo. Za wała to do mnie nie trafia. Mam ograniczoną tolerancję na zajebistość bohaterów, a tutaj granicę przekroczono.

Jasne. Nie powinienem się pultać, skoro to moje subiektywne upodobania. A jednak w tym wszystkim jest coś, co mi śmierdzi siarką. Co pobrzmiewa starym refrenem „ludzie tego chcą”.

Tam, gdzie u Lucasa była bajka z morałem, tu była sentymentalna kupa. Tam, gdzie były wyobraźnia i zabawa przy kreowaniu świata przedstawionego, tu były zwierzaczki-słodziaczki. Wreszcie tam, gdzie u Lucasa było lekko i dowcipnie, tu był obowiązkowy toporny żarcik w każdej scenie, bo przecież „widzowie chcą się śmiać”.

Podumam chwilę nad sensem powyższych słów i może coś mi przyjdzie do głowy. Na przykład to, że zarzuty wymyślane jeszcze na kinowym fotelu przydają się o tyle, o ile chce się wyjść na zblazowanego zarozumialca w towarzystwie osób, które nad filmem Riana Jihnsona się spuszczają. Tak naprawdę nie o to chodzi. Łyknąłbym to ścierwo z przyjemnością, gdyby nie giął mnie w pół cały ten ciężar rozpoznań kondycji dzisiejszej kultury. Bo wiecie – jako osoba przez długi czas niezajmująca się w sumie niczym – miałem mnóstwo czasu na rozmyślania o świecie. Całe dni poświęcane na dochodzenie do tego, co tak śmierdzi. I wiecie co? Chyba wiem. Zaprawdę powiadam Wam! Są to miazmaty trujące!

„Gwiezdne Wojny” Lucasa są czymś wspaniałym, bo były szaleństwem. Ale lata 70., kiedy ta idea się zrodziła, były właśnie czasem szaleńców i ryzykantów. Albo się coś udawało i ktoś z dnia na dzień wygrywał życie, albo (w większości przypadków) wywalało się wszystko na śmietnik.

Czasy się zmieniają. Przeszłość staje się przeszłością idealizowaną. Teraźniejszość natomiast – książką życzeń i zażaleń. Szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia, czy lata 70. były takie, jak je powyżej opisałem. Wiem za to, że dziś nikt nie zaryzykuje tak, jak wtedy. Dziś wszystko tworzy się od linijki i nie ma mowy, żeby zrobić coś bez popadnięcia w paranoję testów, symulacji i przewidywań. Tym się dziś trujemy. Błędny profesjonalizm prowadzący do niczego. Pusty w środku. Bezpieczne i pewne rozwiązania na dużą skalę. Uniwersalne klucze. Sprawdzanie po stokroć. Systemy... Mówię wam, świat nie skończy się od wojny nuklearnej, epidemii czy pierdolnięcia meteoru. Świat zostanie zniszczony przez analityków i badania focusowe.

Przyznałbym rację Kylo Renowi, którzy chciał, by Jedi i Sithowie znikli. By tak dla odmiany coś się wreszcie skończyło bez żadnych pretensji.

...bez żadnych pretensji, niechby się coś wreszcie skończyło. Tak dla odmiany. Rany boskie! Niech się zrobi więcej miejsca dla czegoś nowego. Niech coś się skończy wybuchem, wygaśnięciem, nagłym zgonem, metą, czymkolwiek, ale NIECH!

Tymczasem to-samość pasiona to-samością. Ale wszyscy krzyczą, że świeże i aktualne, i że komentarz współczesności. Tylko kogo będzie to gówno obchodzić, skoro każda z tych opowieści okazuje się kliszą? Nudne „nie wychylać się”, a jak coś pieprznie, to robić dobrą minę do złej gry. I tak w każdej dziedzinie.

Gwiezdne, kurwa, Wojny, z odniesieniami do najświeższych problemów i ważnymi pytaniami. Lustro kultury! No to patrzę w zwierciadełko i widzę tego samego patafiana co zawsze – konsumento-producenta, co sam siebie napędza tym, czego chce. Błędne koło, w którym cwany rządzi głupim, a jednocześnie jest pod głupiego butem i ze służalczym uśmiechem podaje na wszystko tacy.

I w końcu – bo po prostu musi to nastąpić – masa tego syfu, przytłaczające bezwzględnością zasady formowania świata sprawiają, że ani się człowiek obejrzy, a już ucieka w sentymentalne pierdoloty. W wyobrażenia świata bez mediów, bez ciągłego żyłowania, no i w piękną przeszłość. Piękną nie przez dawne historie i bohaterów dzieciństwa. Nie. Piękną dlatego, że nic już w niej nie można spierdolić.

W kulturze robi się ciasno. Jest mi coraz ciaśniej.

Wychodzę z tego kina i gdzieś, jakimś metrem, i kawałek autobusem, i chwilę na piechotę, i jestem u siebie. Trawię przez dwa miesiące. Międlę przemyślenia. Wpisuję, kasuję, przerabiam, a wszystko jest tylko zbędnym dodatkiem do pytania, na którym ten tekst powinien się zacząć i skończyć: Po co komu przełomy?


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.