Social Power

Literatura antykobieca

Źródło grafiki: Dragana_Gordic / Freepik
W kulturze od wielu wieków funkcjonują określenia związane z postrzeganiem kobiet, ich zainteresowań i zachowań. Ujęcia te dziś odbierane są jako irytujące, nieadekwatne do czasów lub też nawet seksistowskie. Stereotypy obrażają i szufladkują płeć piękną, z czym kobiety podjęły intensywną walkę dopiero teraz.
Jednym z nośników utartych przekonań znienawidzonych przez kobiety jest proponowana nam literatura i jej tematyka, wokół której powinnyśmy się poruszać. Wystarczy rozejrzeć się po wystawie w przypadkowej księgarni, aby zobaczyć, że na półkach „dla kobiet” znajdziemy mnóstwo błyszczących, różowych i oblanych lukrem okładek. Jeśli chcemy dokładniej przyjrzeć się problemowi, możemy uznać za przykład wydawnictwa profilowane specjalnie pod tym kątem. Na polskim rynku istnieje kilka takich, które szczycą się publikowaniem książek skierowanych przede wszystkim do płci pięknej, a w swojej ofercie posiadają głównie literaturę erotyczną, romanse i poradniki. Na próżno szukać tam literatury specjalistycznej, naukowej, przygodowej ani klasyki. Stopień zażenowania, który można osiągać śledząc fanpejdże tego typu wydawców na Facebooku, sięga zenitu, gdy inteligentna kobieta uświadomi sobie, w jaki sposób postrzegane są inne przedstawicielki jej płci. Na okładkach większości takich powieści widzimy napakowane sterydami i białkiem gołe klaty albo obsypane kwiatkami ciastka i serduszka.

Czy właśnie o takie lekceważące podejście walczyły nasze babki emancypantki i czy rzeczywiście tego pragną współczesne feministki?

Okazuje się niestety, że problem jest znacznie poważniejszy i bardziej zagmatwany, niż by się nam mogło wydawać. Nie bez powodu utwory typu 50 twarzy Greya E.L. James biją dziś wszelkie rekordy popularności. Kobiety – mimo XXI wieku – wciąż czują się niepewne i skrępowane w swojej seksualności. Często jeśli coś je zawstydza, wolą wcale o tym nie mówić, niż narazić się na śmieszność lub niezrozumienie ze strony partnera czy partnerki. Czy słusznie? Jasne jest dla nas, że nie.

Z drugiej strony mamy do czynienia z najświeższą falą feminizmu, której jedną z cech charakterystycznych stanowi nadmierne epatowanie seksualnością, mające na celu zmianę sposobu myślenia społeczeństwa i odprzedmiotowienie kobiet. Czasem walka o te słuszne idee odbywa się w sposób pozbawiony sensu. Coś, co powinno pozostać bitwą na argumenty i dążeniem do rzetelnej edukacji seksualnej dostępnej dla każdego, przeradza się w demonstracje, na których głównym hasłem jest myśl „moja cipka to moja sprawa”, a pierwszy element rzucający się w oczy to gołe piersi protestujących. Czy kobieta może zostać usłyszana i potraktowana poważnie, skoro do walki o równouprawnienie wykorzystuje te części swojego ciała, które sprawiają, że na ich widok mężczyzna traci rozum i przestaje interesować się przesłaniem kryjącym się gdzieś daleko za fizjonomią protestujących? Czy feministki naprawdę nie widzą, że takie metody odwracają uwagę od sedna sprawy? Uważam, że w ten sposób kobiety mordują własne idee i wystawiają je na pożarcie hejterom, którzy jak wygłodniałe wilki poszukują pretekstu, aby obalić całą ideologię z powodu jednego błędu.

Mamy zatem problem, bo niezależnie od tego, do kogo wydawcy kierują swoje erotyki, kupią je wszystkie kobiety. Także feministki, przekonane o wartości edukacyjnej powyższych książek w kontekście wyzwolenia seksualnego, niestety bardzo często wstydzą się przyznać publicznie, że mężczyzna – nawet jeśli jest podłą kreaturą – może im dać dużo przyjemności, a jeśli jest (nie daj Boże) porządnym człowiekiem, to jeszcze uczyni je szczęśliwymi. Taką literaturą zainteresują się także kobietki niepewne swoich potrzeb, zafascynowane książkami typu 50 twarzy Greya i innymi, które bardzo zubożają seks oraz upokarzają kobietę jako samodzielną istotę, popadającą w przekonanie, że tak wygląda miłość i zdrowy związek.

Popularne stały się również poradniki, których głównymi odbiorcami są – a jakże! – kobiety. Nie mogłoby stać się inaczej, skoro dotykają typowo kobiecych tematów: sposobów na wieczną młodość albo na bycie idealną kochanką, na to, jak poradzić sobie bez mężczyzny albo wręcz przeciwnie – jak znieść jego irytującą obecność.

W całym swoim życiu trafiłam tylko na jeden poradnik godny polecenia: Kobiety, które kochają za bardzo Robin Norwood. Choć tytuł może wprowadzać w błąd, pozycja ta skierowana jest do osób obu płci (chociaż obecnie może powinnam powiedzieć „wszystkich płci”). Traktuje o uzależnieniu od drugiego człowieka, o toksycznych relacjach nie tylko w związkach, lecz także pomiędzy znajomymi, przyjaciółmi, członkami rodziny. Autorka mówi również o tym, jak stać się świadomym i szczęśliwym człowiekiem w swoim własnym towarzystwie. Książka ta, mimo iż pozbawiona wszelkiej retoryki (pseudo)feministycznej, mogłaby stanowić jeden z podręczników feminizmu czasów współczesnych. Co wyróżnia ją wśród poradników, których pełno na rynku wydawniczym? Jest uniwersalna i w porównaniu do innych podobnych książek nie zawiera pustego bełkotu. Przede wszystkim jednak jest również zbiorem doświadczeń życiowych zebranych przez ludzi każdego możliwego stanu i wykształcenia na całym świecie. Nie ma możliwości nieodnalezienia w tekście cząstki samego siebie i własnych zmagań w relacjach międzyludzkich.

Tak jak wspomniałam – takie poradniki to jednak rzadkość. Większość ma za zadanie wyłącznie zarobić pieniądze na naszej niepewności i zagubieniu we współczesnym świecie, nie oferując w zamian niczego wartościowego.

Jeżeli zatem chcesz być zdrowy, prowadź higieniczny tryb życia, jeśli chcesz być zaspokojony seksualnie, uprawiaj seks z miłości i szczerze o nim rozmawiaj, jeśli natomiast chcesz budować zdrowe relacje z ludźmi, oprzyj je na jasnych zasadach, wyraźnie określających granice intymności dla każdego z osobna, a swoją głowę zajmij czymś, co nie wrzuci cię do szufladki wypełnionej jedynie różowym pyłkiem i tandetnymi hasłami na temat wolności umysłu. Proponuję zatem zająć się lekturą rozwijającą lub przynajmniej dobrze napisaną, która nie uwstecznia naszych kompetencji językowych.

W pierwszej kolejności proponuję docenienie autorów, których omijaliśmy szerokim łukiem w szkole. Ostatnimi czasy zdjęłam z zakurzonych półek na przykład Elizę Orzeszkową, która w liceum napawała mnie wręcz wstrętem ze względu na swoją nadmierną wrażliwość na piękno przyrody. Po latach okazuje się, że Orzeszkowa nie tylko Nad Niemnem stoi… Odkryłam wspaniałą powieść Marta, która mogłaby zostać podręcznikiem szkolnym pokazującym, czemu każdy człowiek (a zatem również każda kobieta) powinien od dziecka wytrwale pracować na to, aby kiedyś być niezależnym i gotowym na każdą sytuację, jaką przyniesie los.

Marta to opowieść o tym, jak ludzkie tragedie dały początek ideom, o które walczyły pierwsze emancypantki. Autorka nie wybiera sposobu narracji czy poprowadzenia fabuły, który miałby nas zbliżyć do głównej bohaterki. Pewnego rodzaju odemocjonalnienie zostało do tej powieści wprowadzone przez Orzeszkową celowo, żebyśmy mogli zrozumieć, jak na Martę patrzyła większość ówczesnego społeczeństwa i jak na ludzi, którzy nie potrafią się odnaleźć, patrzy się do dziś. Marta jest narzędziem, które pokazuje czytelniczce, że najważniejszym celem w jej życiu winna stać się samodzielność. Marta to z pewnością powieść przygnębiająca, ale jednocześnie budząca motywację do działania. Natomiast moim zdaniem hasła pozytywistyczne doskonale wpasowują się we wszystkie epoki, również w bieżącą.

Jeśli zaś zbyt mocno zraziliście się do Orzeszkowej, polecam zacząć spokojniej, może od anglojęzycznych autorek, takich jak Margaret Mitchell, Lucy Maud Montgomery czy też siostry Brontë. Bohaterki ich książek to najczęściej albo bardzo silne, albo właśnie swą siłę odkrywające kobiety. Anna Shirley, mimo stawianych jej zarzutów o nadmierną pokorę wobec mężczyzn (to był koniec XIX wieku, na miłość boską!), była mądrą i wykształconą kobietą, która potrafiła utrzymać się sama, spełniała swoje aspiracje i nie podporządkowywała życia innym ludziom, a jednocześnie potrafiła ustalać sobie priorytety, nie raniąc przy tym najbliższych, zachowując godność i wyraźnie zaznaczając własne stanowisko w każdej sprawie.

Scarlett O’Hara, mimo płomiennej miłości i pozornej słabości nią spowodowanej, była naprawdę krzepką i rezolutną babką, która nie wstydziła się wykorzystywać naturalne wdzięki do osiągania celów, za co dziś znienawidziłyby ją całe tabuny kobiet z feministkami na czele. Fakt faktem, że w XXI wieku po prostu zatrudniłaby się w jakiejś korporacji, aby tam zdobywać miliony, idąc po trupach, jednak po wojnie secesyjnej jedynym sposobem utrzymania się dla kobiety było podparcie się na ramieniu mężczyzny lub wywołanie skandalu… Nie wiadomo, która z opcji gorsza. Mimo wszystko trzeba wziąć pod uwagę, że Margaret Mitchell udało się zbudować postać silną i samodzielnie myślącą, a dzięki temu niezależną. To dopiero przykład godny naśladowania.

Warto wspomnieć też o postaciach w powieściach sióstr Brontë. Kobiety, o których pisały, zdecydowanie wyprzedzają swoje czasy, a powieści takie jak Dziwne losy Jane Eyre czy Wichrowe Wzgórza przez wiele lat miały przypięte łatki skandalizujących. Bohaterki podobne do Jane – świadome nikłych możliwości, a mimo to walczące o byt i zachowanie godności – powinny stanowić dla nas inspirację.

Wymienione powyżej książki stanowią absolutnie podstawowy zbiór tzw. literatury kobiecej, czyli – opowiadającej historie innych kobiet, które inspirują. Są to powieści stare, często lekko już nieaktualne, jeśli chodzi o problemy, z którymi muszą borykać się na co dzień współczesne kobiety. Stanowią jednak doskonałą motywację do działania i pocieszenie, że nawet jeśli jest nam bardzo źle, to kiedyś żyło się znacznie gorzej, co oznacza, że mimo wszystko świat dąży powoli ku lepszemu.

Nigdzie nie powiedziano jednak, że będąc kobietą, nie można czytać książek „dla mężczyzn”. Całe rzesze współczesnych kobiet interesują się filozofią, psychologią, socjologią, literaturą fantastyczną czy science fiction. Nie widzę przeszkód ku temu, żeby kobieta czytała Jeana-Jacques’a Rousseau, Victora Hugo, Juliusza Verne’a, Charlesa Dickensa czy bardziej współczesnych autorów – Stephena Kinga lub Ericha Segala. Bycie kobietą nie oznacza ograniczonego dostępu do dobrej literatury. Możemy wybierać coś ponad Katarzynę Grocholę, Małgorzatę Kalicińską i Paula Coelha. Bylebyśmy tylko pamiętały, że nawet klasyka nie zawsze oznacza wartościową literaturę.

À propos klasyki, nie polecam nieukształtowanemu umysłowi czytania takich powieści jak m.in. Ptaki ciernistych krzewów. Nawet jeśli uznamy, że historia jest piękna i wzruszająca, a postaci mają dużo wspólnego z tymi współczesnymi kobietami, które zbyt wiele z siebie oddają innym, wciąż będziemy mieć do czynienia z powieścią mogącą wyrządzić sporo szkody, a nawet wykształcić w kobiecie przekonanie, że istnieje po to, żeby cierpieć jako żona, matka i kochanka, zaś za cel życiowy powinna obrać poświęcenie dla tych, których kocha… Nie przesadzam. Wiem, bo sama jako nastolatka uległam urokowi tej płaczliwej historii.

Wspomnijmy jeszcze o ulubionym medialnym temacie, jakim jest trylogia 50 twarzy Greya. Dlaczego uważam tę książkę i każdą inną tego rodzaju za uwłaczającą kobietom i każdemu rozumnemu człowiekowi? Widzę tego tyle, że nie wiem, od czego zacząć. Przede wszystkim powiedzmy sobie, że nie jest to literatura. Jest to w czystej postaci grafomania, która nigdy nie została pokazana żadnemu wykwalifikowanemu redaktorowi. Liczba błędów językowych razi do tego stopnia, że zakrawa na ponury żart i przekracza wszelkie zbadane przeze mnie granice przyzwoitości.

Kolejnym żartem, całkiem już jednak nieśmiesznym, jest to, że utwór ten znajduje uznanie w oczach pań z niemal każdej możliwej warstwy społecznej, niezależnie od tego, czy mówimy o kobietach z wykształceniem wyższym, czy tych, które wybrały życie w domowych pieleszach zaraz po ukończeniu szkoły średniej.

Anastazja intencjonalnie miała zostać pokazana jako ta, która ze wstydliwej dziewicy przeistacza się w wyzwoloną kobietę, świadomą swoich potrzeb. Autorka zapomina jednak o ważnej kwestii, na którą można zwrócić uwagę w trakcie lektury (a której nie widać w filmie): Anastazja jest zawsze gotowa na seks. Nie potrzebuje gry wstępnej – wystarczy, że Grey na nią spojrzy, a ona ma mokro w majtkach. Seks ogranicza się do rozebrania, pościskania tu i tam oraz zaangażowania spektakularnego penisa, który spełnia swoje zadanie jak żaden inny. Szczerze mówiąc, fizjologia Anastazji wywołuje we mnie niekłamaną zazdrość, a Greya uważam za totalnego szczęściarza – nigdy nie musi się wysilać. Anastazja oddaje mu się zawsze i wszędzie z wielką ochotą, nie miewa gorszych dni. Istna seksualna idylla. Właściwie wszystko brzmi pięknie. Mamy przecież bohaterkę wyzwoloną – co z tego, że pod wieloma aspektami całkowicie nierealną. Mamy prawdziwego męskiego ogiera, który zaspokaja jej potrzeby i swoje, oraz kolejną niezbyt ambitną, ale mimo wszystko chwytliwą historię o Kopciuszku. W czym więc problem?

Anastazja niestety jest jednocześnie kukiełką pozbawioną woli, która jedynie udaje, że ma własne zdanie, a tak naprawdę dla seksu akceptuje wszelkie wybryki swojego faceta, który ją inwigiluje i jest śmiertelnie zazdrosny o wszystko, co otacza jego dziewczynę – od ptaszków począwszy, a na mężczyznach skończywszy. Grey nakłania ją do robienia rzeczy, na które dziewczyna nie ma specjalnie ochoty, ponieważ wie, że Anastazja zrobi niemal wszystko, byle tylko móc być przy nim, a przy tym tłucze bacikiem jak niegrzeczną klacz…

Zarówno powieść, jak i film udają, że mówią o miłości, a nie o zwykłym pożądaniu. Nawet jeśli damy sobie to wmówić, to nikt mnie nie przekona, że jest to miłość zdrowa i budująca – zwłaszcza dla głównej bohaterki. Anastazja staje się ofiarą wszystkich mniej lub bardziej współczesnych opowieści o miłości, w których kobieta zmienia mężczyznę ze zwierzęcia w łagodnego i wiernego baranka, co oczywiście w świecie Greya się udaje, a w świecie rzeczywistym może spowodować w najlepszym razie utknięcie w związku bez przyszłości, zaś w najgorszym – śmierć bohaterki zarżniętej narzędziami tortur… Christian Grey bowiem (uwaga na spojler!) upodobał sobie bicie brunetek o drobnej budowie, ponieważ w ten sposób radzi sobie z traumami z przeszłości. W trakcie „kar” wymierzanych kobiecie w wyobraźni daje nauczkę własnej matce o wyglądzie zbliżonym do jego dziewczyn, która w dzieciństwie bardzo go skrzywdziła, zawiodła i opuściła. Wydaje się typem mężczyzny, który – gdyby żył w innych czasach – dawałby upust swoim zmartwieniom przez praktyki opisane w pracach markiza de Sade.

Co na to feministki? Zdaje się, że niestety niewiele. Nawet jeśli uznamy, że milczenie oraz obojętność wobec książki, która stawia kobietę w pozycji uległej nie tylko w łóżku, lecz także w życiu, nie stanowi jednocześnie przyzwolenia i akceptacji ze strony środowiska feministycznego, to powinniśmy zauważyć, że pojedyncze protesty amerykańskich środowisk feministycznych przeszły bez echa – nie robiąc ani reklamy, ani też nawet antyreklamy zarówno książce, jak i jej ekranizacji. Argumentem tych feministek, które odważyły się wypowiedzieć przychylnie na temat powieści, jest pozytywne przesłanie płynące z wątków o wyzwoleniu seksualnym. Szczerze mówiąc, ja nie widzę tu wolności seksualnej, ale przede wszystkim zniewolenie i zniszczenie autonomiczności partnera, zarówno w łóżku, jak i w życiu codziennym... Wszystkim kobietom, które uważają sceny seksu w 50 twarzach Greya za stymulujące, współczuję i proponuję zmianę lub znalezienie nieco bardziej kreatywnego partnera, który będzie umiał zaproponować coś więcej poza zdzieraniem sukienki i szybkim dochodzeniem.

A czym w rzeczywistości jest ta powieść? To szkodliwa pseudoliteratura, która miała zamiar promować wyzwolenie seksualne kobiet, a w praktyce sprowadza się do prostego wniosku: jeśli lubimy seks, to mamy go lubić każdego dnia oraz zawsze musimy być chętne i gotowe. Co więcej, najwięcej przyjemności sprawi nam gwałtowny, szybki stosunek, nie mający nic wspólnego z czułością i miłością. Sama miłość natomiast niewiele ma do czynienia w świecie Greya z intymnością, wspólnymi zainteresowaniami, spędzaniem czasu na rozmowach czy innych czynnościach, które nie łączą się bezpośrednio z szybkim seksem (tutaj zresztą bardzo nudnym i schematycznym). Mamy zatem do czynienia z powieścią przekłamaną bardziej niż bajka o księżniczce czekającej w wieży na wybawiciela…

Współczesne kobiety serdecznie proszę, aby pomyślały, zanim wezmą się za czytanie książek tego rodzaju oraz inspirowanie się nimi. Możecie sięgnąć do dobrej literatury, która w żaden sposób nie będzie was po cichu upokarzać ani namawiać do pozbycia się godności. Współczesne feministki zaś proszę o szczególnie wytężoną uwagę w odniesieniu do utworów tego rodzaju. Warto je konsekwentnie krytykować, szczególnie na forum publicznym, bo ukryty przekaz tego typu powieści potrafi wwiercić się w podatne umysły i wyryć w nich nieodwracalne ślady.

Żyjemy w czasach, które stwarzają nam, kobietom, naprawdę ogromne możliwości. Nie musimy już udowadniać, że jesteśmy ważne. Wszyscy to wiedzą. Mężczyźni się z nami liczą, a jeśli nie, narażają się na publiczny lincz (mówię tu oczywiście o sytuacji ogólnej, a nie o zwyczajach w specyficznych warunkach politycznych). Mamy ogromne pole do popisu. Możemy być kim chcemy i nikt nas nie będzie za to łajał, a nawet jeśli się odważy, to mamy już taką świadomość siebie i świata, że nie musimy się tym przejmować, a co dopiero za to przepraszać.

Powiedz mi zatem, co jest w twojej szufladce, z której chciałabyś wyjść? Zastanów się. Nawet najmniejsza zmiana może na zawsze zdefiniować kierunek, w którym podąży twoje życie. I nie musisz dać się pokonać stereotypom, że coś jest tylko dla kobiet albo tylko dla mężczyzn. Możesz dokonywać wyborów sama i pozostać przy tym matką, żoną, kobietą – człowiekiem.


Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.