Żywe słowa

Kto musi się pocić? Wacław Potocki, „Raj z światem”

Źródło grafiki: AS
To nieprawda, że szlachta nie pracuje. Co prawda najprzemyślniejszy reprezentant tego stanu, Jan Onufry Zagłoba herbu Wczele, pragnie głównie „jeść dobrze, pić dobrze i wyspać się”[1], ale dlatego, że – jak tłumaczy – tych trzech rzeczy potrzebuje jego odwaga[2]. Sienkiewiczowski mistrz dowcipu potrzebuje więc po prostu środków, aby mężnie i mądrze bronić ojczyzny – i to niemałych, gdyż tuszę Zagłoby czyni narrator jednym z jego znaków rozpoznawczych, a dobre jadło i napitek bohater uważa za niezbędne do podtrzymania żołnierskiego morale. Rycerskie obowiązki można uznać za jego pracę, wykonywaną za odpowiednim wynagrodzeniem, bądź co bądź, „zasługuje robotnik na swoją zapłatę” (Łk 10, 7), w tym przypadku wcale wysoką, ale być może adekwatną do błyskotliwości zatrudnionego.
Jak jednak wiadomo z historii, postawa à la pan Zagłoba często nie przynosiła tak dobrych owoców, jak w powieści, zwłaszcza że nie każdy Pasek i Piekarski szczycił się równym sprytem, dobrodusznością i – mimo wszystko – uczciwością. To, co Sienkiewicz ukazał z życzliwym przymrużeniem oka ku pokrzepieniu serc, można ku poprawie owych serc poddać krytyce czy przedstawić w tzw. krzywym zwierciadle satyry, co też wielu czyniło.

Tą właśnie drogą poszedł jeden z zainteresowanych, siedemnastowieczny poeta Wacław Potocki, który najwyraźniej przeczuł zarzuty potomnych i postanowił przeciwdziałać problemowi. Nie tylko uważnie obserwował miłe złego początki i w licznych utworach wytykał wady współziomkom, lecz także zachęcał do poprawy, posługując się konceptem, kpiną, dowcipem i ironią, czyli środkami opierającymi się czasowi skuteczniej niż wzniosłość, powaga i patos.

Gdy w jednym z utworów poeta zestawia – jak głosi tytuł – Raj z światem, przewrotnie wybiera ten drugi. Wcale nie ma ochoty wracać do Edenu, skąd Bóg wygonił nieposłusznych ludzi, którzy woleli grzech od dobrych rad Stwórcy, uprzejmie wskazującego im, jak żyć szczęśliwie. Przez tę fantazję Zosi samosi (Ewy samosi? Adama samosia?) dolę ludzką naznacza odtąd pot czoła, znak pracy. Pożywienie, dawniej czekające na wyciągnięcie ręki, teraz trzeba zdobywać z trudem.

Sęk w tym – ironizuje poeta – że na wyciągnięcie owej ręki czekały „tylko jabłka, gruszki, śliwy”[1], nieurozmaicone przez mięso przeróżnej zwierzyny i wety, czyli desery. Jadłospis grzesznika, mającego dostęp do „szlacheckich bankietów”, okazuje się daleko ciekawszy od postnych posiłków pierwszych rodziców, pozbawionych nie tylko mięsa żubra, kwiczoła, pardwy, jesiotra i raków oraz tortu hiszpańskiego (patrz: Stanisław Czerniecki, Compendium Ferculorum albo zebranie potraw, Kraków 1682), lecz także prostego miodownika czy sera.

Co więcej, szlachcic nie przemęcza się, by posmakować kapłona z kiełbasami sarniemi, i nie troszczy o jutro. Dogodziwszy podniebieniu i żołądkowi, odpoczywa na pokojach i zabawia się grą w warcaby lub karty. W ten sposób spędza czas przyjemniej niż Adam, zobowiązany przynajmniej do doglądania swego ogrodu.

Trudno więc pragnąć zamiany tego łez padołu na raj, który zapewne sprzyjał duchowym pożytkom, ale najwyraźniej zbliżał do Boga przez ascezę i niezależność od ziemskich, zmysłowych rozkoszy. W wierszu Eden należy do historii, i to do jej początków, nie widzi się go jako rzeczywistości mitycznej, funkcjonującej ponad czasem. Obowiązują w nim podobne zasady jak w rzeczywistości po upadku. Dlatego komuś, kto poznał zdobycze cywilizacji, życie w pierwotnej harmonii nie wydaje się zbyt wygodne i przyjemne. Owocem grzechu okazują się przecież kuchnia i gry towarzyskie. Co prawda zagłuszają pragnienie rzeczy wyższych, ale zdecydowanie ułatwiają życie.

Tymczasem za zadowolonego sarmatę poci się chłopek z rodziną. Skosztowanie słynnego owocu zrodziło przecież także nierówności między ludźmi. Jako że w naturze – zwłaszcza upadłej – nic nie ginie, gdy jeden nie musi starać się o nic, drugi stara się w dwójnasób: pracuje ponad siły cały dzień, głoduje, cierpi przemoc fizyczną. Im bardziej los bogatego przewyższa Eden, tym bardziej dola biednego zbliża się do piekła na ziemi.

Najważniejszym celem pracy w pocie czoła nie jest jednak zdobycie pożywienia i uprzyjemnianie doczesności sobie lub innym, ale zbawienie duszy, czyli powrót do raju, do Boga. Przed Nim wszyscy pozostają równi, a ubogi okazuje się bogaty, gdyż trudzi się najwięcej i dzięki przymusowym umartwieniom nie grzeszy (dosłownie i w przenośni) nadmiernym przywiązaniem do dostatków.

Ostatecznie więc każdy musi pocić się sam. Jak sugeruje Potocki w poincie, chłop nie wyrobi swemu panu nieba potem czoła. Spraw ducha złoto się nie ima: zbawienia kupić nie można, co oczywiście nie ucieszy miłośnika bankietów, którego głosem mówi poeta. W tej perspektywie raj przypomina galery, gdyż wymaga wysiłku.

Co gorsza, dotyczy to również nieba – czyli powrotu do raju, już na zawsze. Trudno, aby tęsknił za nim ktoś, kto nie doświadcza ziemskich nieprzyjemności, komu łatwo uznać, że do szczęścia wystarczają uroki tego świata, nie pokonywanie siebie i spotkanie ze Stwórcą. „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (Mt 19, 24; por. Łk 18, 25).

Choć walory smakowe kapłonów, przepiórek i białych biszkoptów mogą osłabić pragnienie Boga, Potocki tylko częściowo przeciwstawia niebo/raj i ziemię oraz ducha i ciało. Nie potępia tych drugich, ale wykpiwa nadmierne zainteresowanie nimi, zwłaszcza że ziemskimi uciechami cieszy się kosztem innych. Poeta wskazuje na bezmyślność i obojętność osób, które dobrobyt zaślepia na tyle, że nie interesują się zarówno krzywdą powierzonych sobie bliźnich, jak i sprawami duszy. Nie kochają ani ludzi, ani Stwórcy.

Doczesności zresztą nie sposób nie docenić: właśnie tu człowiek nie tylko uczy się kochać, lecz także decyduje, jak chce widzieć sprawy ostateczne. Co prawda nie warto się zbytnio przywiązywać do ziemi (nawet za cenę ograniczenia uciech), ale to na niej wybiera się, jak ma wyglądać niebo: czy stanie się rajem, czy galerami. Każdy przecież znajdzie się w tej samej wieczności, ale jedni dostrzegą w niej wytęsknione szczęście, wypracowane (z Bożą łaską) w pocie czoła, inni – świat sobie obcy.


Raj z światem

Dla nieposłuszeństwa Bóg człeka z raju żenie*,

Żeby z pługu i brony miał swe pożywienie,

Żeby żył w pocie czoła, ta grzechu zapłata.

Prawdziwie bym ja za raj nie frymarczył* świata,

Gdzie tylko jabłka, gruszki, śliwy jedli z sadu,

Ustawne bez wieczerze* wety* i obiadu.

Bo niech kto na szlacheckie pojźry dziś bankiety:

Przy wszelkich zwierzyn mięsie też frukty, też wety.

Ja warcaby albo gram karty na pokoju,

A chłopek na mnie robi do trzeciego znoju.

Robi z dziećmi i z żoną przymierając [z] głodu,

Robi od wschodu słońca aże do zachodu,

Robi zbity: „Leż, panie, ni-o-cz się nie staraj!”

A któż by głupi za świat frymarczył* się na raj?

Gdyby mi jeszcze niebo chłop wyroił potem,

Wykupiłem się z raju jako z galer – złotem.


* SŁOWICZEK DLA LENIWYCH:

żenie – wygania

frymarczył – zamienił

wieczerze – wieczerzy, dawny dopełniacz

wety – słodkie desery


Tekst za: W. Potocki, Pisma wybrane, opr. J. Dürr-Durski, t. 1, Warszawa 1953, s. 331. Objaśnienia opr. A.S.


[1] H. Sienkiewicz, Ogniem i mieczem, t. 2, Warszawa 1999, s. 264.

[2] Zob. tamże.

[3] W. Potocki, Raj z światem, w: tenże, Pisma wybrane, opr. J. Dürr-Durski, t. 1, Warszawa 1953, s. 331.


Agata Zuzanna Starownik

Studiuje polonistykę i historię sztuki w ramach MISHu w Warszawie. Stara się wierzyć w Prawdę, Dobro, Piękno. Kocha fiołki, koty i zachody słońca.