Klasyka do herbaty

Vernianie #3

Źródło grafiki: Freepik
Poniższy tekst znaleziono razem z fragmentami dziennika Eufegenii. Szczególne zdziwienie wzbudziła w nas metamorfoza stylu autora. Nie wiemy w związku z tym nawet tego, czy dziennik jest autentyczny. Możemy natomiast przypuszczać, że transformacja wynika z traumatycznych przygód Axela oraz zmiany jego podejścia do życia, może to również kwestia nabrania pokory, która na pewno nie charakteryzowała go wcześniej, co zresztą stanowi cechę charakterystyczną młodości... Najprawdopodobniej jednak nowy styl powstał wskutek porzucenia niemieckiego, ojczystego języka Axela, na rzecz łaciny, którą – jak widać – znał bardzo powierzchownie.
Wspomnienia z wyprawy do wnętrza ziemi spisane w 1965

Dziś mija sześć lat od ucieczki Dalajlamy z Tybetu, a prawie pięć, od kiedy straciliśmy Eufegenię. Już prawie pięć lat żyję w ciągłym strachu, że zostanę znaleziony i zabity. Tak się zapewne stanie. W pewnym sensie nawet się już z tym pogodziłem. Dlatego też piszę ten dziennik z podróży, aby coś zostało jeszcze po mnie. Może ktoś kiedyś dotrze do moich notatek i pozna prawdę na temat największej tajemnicy naszego świata.

Mój dziennik prowadzony w trakcie wyprawy zaginął. Część ukradli mi chińscy żołnierze, kiedy nas pojmali, część po prostu zgubiłem, kiedy wychodziliśmy z podziemia, a może ktoś mi go po prostu ukradkiem zabrał? Nie wiem i pewnie już nigdy się nie dowiem.

Nasza wyprawa zaczęła się w Niemczech. W moim kraju. W kraju, który podczas rządów Hitlera wysłał już jedną ekspedycję do Tybetu w poszukiwaniu podziemnego świata. Naziści, jeszcze po dziś dzień kryjący się po kątach na całym globie, wierzyli – być może dalej wierzą – że pod powierzchnią ziemi znajduje się wejście do królestwa zamieszkiwanego przez rasę aryjską. Rasę nadludzi, którzy zbudowali tam cywilizację pierwotną, najstarszą i doskonałą. Sam Führer wierzył w ten mit i zorganizował wspomnianą wyprawę. Zakończyła się oczywiście niepowodzeniem. Dalajlama, mimo naiwności i bardzo młodego wieku, wiedział, z kim ma do czynienia, i nie dał po sobie poznać, że posiada jakiekolwiek informacje na temat Agarthy, czyli mitycznej krainy, bardzo ważnej w wierzeniach religii buddyjskiej. Przez wiele miesięcy zwodził poszukiwaczy i wskazywał im coraz to nowe miejsca, gdzie według buddystów miało znajdować się wejście do wnętrza ziemi. Wybierając się do Tybetu, o tym nie wiedzieliśmy. Całe szczęście, bo inaczej nigdy byśmy się na podróż nie zdecydowali.

Dotarliśmy do Tybetu po kilku miesiącach, lecz Dalajlamy już tam nie było, wybraliśmy się więc w równie męczącą, co niebezpieczną podróż do Indii. Na granicy bowiem dotarły do nas pogłoski, że razem z tysiącami uchodźców zmierza on w kierunku mieściny Dharamsala, zatem tam właśnie postanowiliśmy go szukać. Po kolejnych kilku miesiącach udało nam się przed nim stanąć. Nie było to wcale łatwe, bo mimo że wszyscy zachowywali się wobec nas miło ad nauseam, wciąż uprzejmie odmawiali nam spotkania z Dalajlamą. Bali się nas – nic dziwnego. Niemiec, Anglik i Rosjanka to mieszanka dość podejrzana. Tu – jak zwykle – uratowała nas Eufegenia, która już wcześniej wykazała się bezwzględnością, gdy zabiła naszych chińskich strażników w sposób do dziś powodujący we mnie dreszcze obrzydzenia. Tym razem nie musiała uciekać się do brutalności. Wystarczył mały niewinny podstęp. Za jej radą i przy jej pomocy ja i Otto przebraliśmy się za mnichów; mieliśmy makijaż na niemal całym ciele. Nie sądzę, szczerze mówiąc, że ktokolwiek się na to nabrał. Myślę, że Dalajlama, rozbawiony naszym uporem, pozwolił na audiencję, chociaż absolutnie wbrew jego woli stało się to w obecności straży.

Spędziliśmy w Dharamsali kilka tygodni, głównie w obecności Dalajlamy. Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wieści z Tybetu, wysłuchaliśmy historii jego ucieczki, a w końcu udało nam się skierować rozmowę na Agarthę, którą wtedy jeszcze mimo nadziei uważaliśmy za zwykły mit, mający nam posłużyć jedynie za wskazówkę. Ku naszemu zdziwieniu Dalajlama po kilku dniach głębszego namysłu wyznaczył nam termin spotkania w jego prywatnej kwaterze. Po raz pierwszy nie byliśmy otoczeni strażą.

Ku naszemu zdziwieniu Dalajlama mówił od początku o Agarthcie jak o istniejącym miejscu. Wyznał nam, iż to prastara kraina, zamieszkana przez zaawansowaną cywilizację (jakimiż głupcami byliśmy, myśląc po uzyskaniu tej informacji o technologii, maszynach i wykorzystaniu naturalnych złóż!). Powiedział, iż jako jedyny na świecie regularnie kontaktuje się z podziemiem. Stanowi pewnego rodzaju bufor, dzięki któremu włada ono powierzchnią ziemi. Spytany natomiast, czy kiedykolwiek odwiedził Agarthę, tłumaczył, iż jedynie jako dziecko zagłębiał się w pierwsze korytarze wnętrza ziemi. Nigdy nie podjął się wyprawy do stolicy, ponieważ oznaczałoby to opuszczenie jego ludu na wiele miesięcy, a na to nie mógł sobie pozwolić.

Po kilku dniach wiedzieliśmy już o Agarthcie wszystko, czego potrzebowaliśmy do odbycia naszej wyprawy. Wszystko, w co i tak ledwo uwierzyliśmy. Najbardziej podekscytowana wydawała nam się Eufegenia. Nie widziałem jej wcześniej tak poruszonej. Trudno zresztą powiedzieć, czym dokładnie. Wiem tylko, ponieważ uczestniczyłem w tej rozmowie, iż postanowiła po zakończeniu naszej wyprawy wrócić do Dalajlamy i spędzić życie w jego otoczeniu. On natomiast zapytany, dlaczego właściwie podzielił się z nami wszystkimi informacjami na temat tajemniczego świata oraz wejścia do niego, odpowiedział, iż lęka się o przyszłość swojego ludu. Poprosił, abyśmy porozmawiali z królem podziemia i wybłagali u niego pomoc dla Tybetu. Obiecaliśmy, że zrobimy, co w naszej mocy, ale moment spotkania z władcą wnętrza ziemi był dla nas równie odległy, co niewyobrażalny.

Opuściliśmy Indie dopiero w listopadzie. Dalajlama przekonywał nas, że wyprawa do Tybetu o tej porze roku nie jest rozsądna, ale uznaliśmy, że dość czasu już zmarnowaliśmy i we trójkę (Hans zmarł w drodze do Tybetu) wyruszyliśmy w drogę. Tym razem jednak nie podróżowało się nam tak trudno. Gdy tylko przekroczyliśmy granicę, Eufegenia postanowiła zaryzykować i chińskim żołnierzom napotkanym po drodze oświadczyła, że udajemy się do Tybetu. Przyznała, że pochodzi z Rosji i że ze względu na wieczne przymierze między Rosją a Chinami, ogłoszone przez Stalina i przywódcę Mao, żąda pomocy w bezpiecznym dotarciu do celu naszej wędrówki. Na szczęście spotkaliśmy się z prostymi ludźmi, którym wystarczyło rzucić w oczy nazwiskami ważnych osobistości oraz kilkoma kosztownościami, i natychmiast spełnili wszystkie nasze żądania. Zastanawiam się dziś, czy gdybyśmy użyli tego sposobu podczas pierwszej części naszej ekspedycji, Hans nadal by żył?

Dotarliśmy do Tybetu w kilka tygodni w eskorcie chińskich żołnierzy, wmówiliśmy miejscowym, że mamy do wykonania zadanie zlecone przez rosyjskie władze i udało nam się dostać do kompleksu, w którym mieszkał jeszcze rok wcześniej Dalajlama. Opuszczone budynki, zaniedbane święte przybytki. Był to bardzo przykry widok i bardzo się cieszę, że już nigdy nie będę musiał go oglądać.

Nie odważę się wymienić na piśmie nazwy miejsca, które zaprowadziło nas do wnętrza ziemi. Powiem jedynie, że zrobiliśmy to pod odsłoną nocy, wiedzeni światłem księżyca w pełni, dokładnie tak, jak poinstruował nas Dalajlama. Przed naszymi oczami stanęła ciemność – nieprzenikniona i nieprzejednana. Rozpaliliśmy pochodnie i przez kilka dni schodziliśmy, widząc wokół siebie jedynie skały. Zapasy wody zaczęły nam się kurczyć, ale nie umierała w nas nadzieja, że tak jak bohaterowie Verne’a znajdziemy w końcu źródło bijące w ścianie. Wprawdzie była to nadzieja dosyć naiwna, ale wierzyliśmy w to, co powiedział nam Dalajlama, kiedy opowiedzieliśmy mu o książce Francuza:

„Podróż do wnętrza ziemi jest tylko mglistą wizją rzeczywistości. Niemożliwym jest, abyście po drodze nie znaleźli wody i źródła pożywienia, skoro posłannicy Agharty, odwiedzający mnie na powierzchni, mogli przetrwać wyprawę do mnie, a przecież żywią się tak samo jak my: płodami ziemi i również potrzebują wody, aby przeżyć”.


Jako że odnaleziony przez nas materiał jest bardzo obfity a do tego napisany został koślawą łaciną, publikujemy teraz tylko jego część, pozostawiając Paulinie jeszcze trochę czasu na tłumaczenie reszty tekstu. Przypominamy, że wcześniej opublikowaliśmy starsze dokumenty: cz.1 i cz. 2.

Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.