Przeczytaliśmy

Tak samo jak tu

Źródło grafiki: Artur Baranowski
Mamy na rynku księgarskim kolejną pozycję opowiadającą o pobycie na oddziale psychiatrycznym. Czym Psy ras drobnych Olgi Hund różnią się od opisywanych przez nas kiedyś Zapisków z domu wariatów Christiny Levant? Pomimo wspólnych wątków i miejsca akcji to dwie różne książki. U Levant dominuje przygnębienie, u Hund znalazłem elementy szaleństwa. 
Książki o oddziałach psychiatrycznych (i nie tylko, bo dotyczy to także choćby filmów) najczęściej albo są głęboko poruszające, albo bawią do rozpuku. Słowem – zawsze wywołują silne emocje. Wiąże się to oczywiście ze swoistą sytuacją pacjentów i lekarzy. Królują brutalność i obojętność, tłumaczone wskazaniami lekarskimi i względami bezpieczeństwa, a niekiedy na pierwszy plan wysuwa się prześmiewczy stosunek do „wariatów”, wszelkie zachowania doprowadzone są do ekstremum, wywołującego zwykle śmiech.

Levant znajduje się na tym biegunie, gdzie chorobę psychiczną traktuje się bardzo serio. Gdybym miał porównać Zapiski z domu wariatów do filmu, to skojarzenie byłoby jedno – Lot nad kukułczym gniazdem. Psy ras drobnych są inne. Może dlatego, że książka składa się z minizapisków, jakby małych opowiadań o kolejnych wydarzeniach. Pozwala nabrać oddechu i odnaleźć się łatwiej w tej rzeczywistości. Krótka forma wymaga zwięzłości szybkostrzelnego języka. Nie ma zawiłych rozważań nad problemami. Jest przez to autentycznie jak w szpitalu – kiedy pojawia się problem, dostaje się zastrzyk lub tabletkę. Dlatego ta narracja ma krótkie epizody, jakby była efektem nagłych przebłysków natchnienia, które po chwili usypia pod wpływem jakichś proszków uspokajających. Na szczęście nie musimy czekać na przebudzenie autorki, bo wystarczy spojrzeć na następną stronę. Hund w gruncie rzeczy opisuje cały otaczający nas świat, tylko taki wyciśnięty jak gąbka. Zostaje tylko dziurawa struktura, jak wypłukana kość przeżarta osteoporozą. Okazuje się, że w gruncie rzeczy szpital psychiatryczny niczym nie różni się od świata na zewnątrz.

Pojęcia z zewnątrz bardzo się tu zresztą boimy. Jak tam jest po tym miesiącu, dwóch? Czy świat nabrał tempa? Czy my się wpasowujemy? Ewa mówi:

– Tam jest tak samo jak tu. Też są ludzie (s. 81).

Ten nasz szpital przypomina nabity ludźmi statek, kiwający się na wzburzonym oceanie. To taka antyarka załadowana smutnymi i samotnymi kobietami, kobietami o fatalnej kombinacji genów, kobietami przeznaczonymi do wyginięcia. Antyarka nikogo nie ratuje, donikąd nie zmierza. (…) Tu gdzieś jest na pewno dziurka, przez którą na pokład dostaje się woda i ona tę naszą antyarkę podtapia (s.89).

A jednak Zapiski z domu wariatów opowiadają historię jakby prawdziwszą. Może autorka Psów… jeszcze w swojej narracji nie do końca oszalała i niektóre objawy szpitalnego życia opowiada zbyt lekko? Może wygładza kanciaste życie „wariatów” i chce zamienić pacjentów w klaunów? Może sama siebie przekonuje, że to, co widzi, jest nieprawdziwe, a skoro tak, to niech będzie chwilami chociaż zabawne? A może Levant miała źle dobrane lekarstwa i zamiast leczyć się z depresji, popadała w nią coraz głębiej, za to u Hund lekarze stawiają w terapii na silniejsze medykamenty?

Bohaterki książki i sama narratorka to pacjentki oddziału psychiatrycznego. Autorka charakteryzuje je niezbyt dokładnie, opisując przede wszystkim zachowanie w izolacji. To ma nam wystarczyć za wszystko. Tylko narratorce poświęca jeden cały akapit. Pacjentka lat 28. (…) Postępująca apatia, spadek energii z zaleganiem w łóżku, utrata zainteresowań, gorsze skupienie i koncentracja uwagi, unikanie ludzi, płaczliwość z myślami i tendencjami samobójczymi (s. 14).

Zestawienie groteskowych opisów, szpitalnych anegdot z objawami chorób psychicznych pacjentów powoduje, że jesteśmy rzucani z emocji w emocję. Jakbyśmy razem z bohaterkami płynęli tą antyarką po bardzo wzburzonym morzu. I co prawda przewracamy się zabawnie, ale siniaki jednak bolą. Jednak na to mamy kolejną pigułkę, po której będziemy się już tylko śmiać.

Hund napisała książkę, po lekturze której ma się wrażenie, że szaleństwo jest jednak stanem błogosławionym. Jest medycznym wyzwoleniem, najbardziej poetycką formą życia, w której upojenie nigdy nie kończy się kacem. A tytułowe psy ras drobnych? Pojawiają się w snach pacjentek i na jawie. Same kobiety zamknięte w zakładzie wydają się ludźmi skurczonymi do roli piesków, którym wystarczy podać jedzenie i dać zastrzyk. Żeby nie gryzły, tylko machały ogonkami.


autor: Olga Hund

tytuł: Psy ras drobnych

wydawnictwo: Korporacja Ha!Art

miejsce i rok wydania: Kraków 2018

liczba stron: 117

format: 125 × 200 mm

oprawa: miękka ze skrzydełkami


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.