Przeczytaliśmy

W poszukiwaniu najgorszej: 365 dni

Źródło grafiki: Anna Kuksinowicz
Decydując się na lekturę 365 dni Blanki Lipińskiej, dobrze wiedziałam, w co się pakuję. Jednak w głębi duszy wciąż miałam nadzieję, że ta powieść mnie zaskoczy. Niestety tak nie było. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam, czyli kandydatkę na najgorszą książkę roku 2018.
Zacznijmy od tego, że jest ona dość długa i łatwo zapomnieć, co dzieje się na pierwszych jej stronach, mimo że otwiera ją okropna scena. Massimo, późniejszy obiekt pożądania Laury, głównej bohaterki, gwałci stewardessę. Wykorzystując swoją wysoką pozycję, zmuszą ją do seksu i chociaż w pewnym momencie (gdy sprawy już i tak zaszły za daleko) pyta ją o pozwolenie, ona zdaje się zbyt wystraszona, żeby odmówić.

Mimo to oczekuje się od czytelnika, że już w połowie książki, a najlepiej jeszcze wcześniej, zapomni o tym wydarzeniu. Już na 101 stronie Laura mówi: „Odnosiłam wrażenie, że nie jest jednym z tych mężczyzn, którzy katują kobiety i biorą je siłą”. Dzięki temu zdaniu poznajemy ważną cechę bohaterki: jest naiwna (albo może głupia?) do granic możliwości. W najlepszym wypadku niezbyt dobrze sobie radzi z ocenianiem ludzi. Ale mniejsza o szczegóły – najważniejsze, by czytelnik skupił się na tym, jak bardzo Massimo kocha Laurę. Przez wzgląd na bogactwo i urodę mafioso jego obsesyjna miłość jest pokazana jako coś romantycznego – tak w każdym razie widzi ją Laura, dziewczyna niezbyt rozgarnięta, co zaburza obraz mężczyzny.

Dzięki otaczającym ją bogactwom główna bohaterka niezwykle szybko przyzwyczaja się do swojej sytuacji. Na stronie 44 Laura zostaje porwana, na 90 nazywa już swoją sytuację „przygodą zgotowaną jej przez los”, a na stronie 99 rozmyśla: „Poza tym która dziewczyna nie chciałaby się znaleźć w pięknej willi, ze służbą i wszelkimi wygodami”. Ja. Jeżeli oznaczałoby to bycie uwięzioną i jeżeli mój oprawca groziłby mi zabiciem mojej rodziny. Wydaje mi się, że wiele osób podzielałoby moje zdanie.

Jednak Laura zdaje się zaślepiona bogactwem Massima oraz ubraniami i kosmetykami, które od niego dostaje. Wszystkie ich nazwy narrator wymienia zastanawiająco skrupulatnie. Narrator bezustannie informuje czytelnika o tym, co każda z ważniejszych postaci ma na sobie, przez co powieść przypominała mi fanfiki pisane przez nastolatki. Czytałam takie rzeczy kilkanaście lat temu.

Ponieważ Laura tak szybko przyzwyczaiła się do swojej sytuacji, ciężko mi z nią sympatyzować. Zdaje się, że została przekupiona. Inna rzecz, że mój chłopak przekupił mnie paczką przeterminowanych m&m’sów. Może więc powinnam jej kibicować, bo ceni się wyżej? Drażni mnie w niej też to, że wydaje się niezwykle zadufana w sobie, często podziwia samą siebie: („Wyglądałam niesamowicie”, s. 212, „Z podziwem zauważyłam, że wyglądam całkiem smacznie…”, s. 227). Drogie ubrania, kosmetyki oraz wygląd są dla niej najważniejsze. Co więcej, jest niekonsekwentna. W jednym rozdziale postanawia nie włożyć bielizny, a w kolejnym stwierdza: „jednak nie zmieniało to faktu, że lubiłam mieć na sobie choćby najskromniejsze stringi” (s. 212).

Laura mówi o sobie: „Przez lata nauczyłam się eliminować niedoskonałości ze swojego charakteru” (s. 223) i to chyba najbardziej zaskakująca rzecz, jakiej można się o niej dowiedzieć. Z pewnością udoskonaliła swój charakter, jeśli zależało jej na byciu próżną materialistką. Wkrótce po porwaniu Laura wybiera się z Massimem na zakupy. Marzy o scenie jak z Pretty Woman, a gdy zauważa, że Włoch nie poświęca jej tyle uwagi, ile by chciała, jest jej przykro. To zaskakujące, że w jednej chwili nazywa go swoim oprawcą, a w drugiej chce mu zaimponować swoim wyglądem. Czyżby syndrom sztokholmski? Wszak główna bohaterka, świadoma braku wpływu na swoją sytuację, mogłaby próbować uchronić się od załamania nerwowego przez skupianie się na dobrych cechach porywacza („niezaprzeczalnie i bezsprzecznie mój oprawca bardzo mnie kręcił”, s. 71). Tym bardziej że prawie bez przerwy sączy alkohol i bardzo często się upija. To jednak tylko spekulacja, niewiele wskazuje na to, by w tej książce naprawdę poruszany był temat tego syndromu.

Prawdopodobnie najgorszą rzeczą, jaka wydarzyła się w tej książce, jest – zaraz po gwałcie na stewardessie – to, że Massimo wszczepia Laurze bez jej wiedzy nadajnik śledzący i mówi jej, że to rodzaj antykoncepcji. Kiedy więc bohaterka postanawia oddać się Włochowi, uprawia z nim seks bez zabezpieczenia, myśląc, że ciąża jej nie grozi. Dlaczego Massimo to zrobił? Ponieważ chciał ją zapłodnić i zatrzymać przy sobie. Chyba nie muszę wyjaśniać, dlaczego jest to nienormalne i wręcz przerażające, prawda?

Przez okropne czyny mafioso i niezwykłą głupotę oraz próżność Laury ciężko jest polubić głównych bohaterów, a gdy nie lubi się głównych bohaterów, powieść może stracić na atrakcyjności. Gdy bohaterowie celowo konstruowani są w ten sposób, wtedy powieść może nadrobić fabułą lub stylem, jednak tutaj ani jedno, ani drugie nie jest na zbyt wysokim poziomie. Gdyby porównać postaci, fabułę i styl tej książki do rzeczy, które kojarzą mi się ze Świętami, to postaci byłyby ludzikami z piernika, ponieważ nic nie odróżnia ich od szablonowych bohaterów wykreowanych w podobnych powieściach, fabuła byłaby kolędą, ponieważ doskonale się ją zna, a styl byłby Świętym Mikołajem, gdyż nie da się go znaleźć.

Jednym z większych problemów 365 dni są luki fabularne i nieuzasadnione decyzje postaci. Ponieważ nikt nie może się dowiedzieć o porwaniu Laury, Massimo proponuje jej, żeby powiedziała rodzicom, że dostała lukratywną ofertę pracy na Sycylii w hotelarstwie. Laura, słysząc to, uznaje, że „sytuacja była dobrze zaplanowana i logiczna” (s. 98). W przeciwieństwie do fabuły tej książki. Główna bohaterka poleciała na Sycylię na wakacje, a nie po to, żeby szukać pracy. Jakim więc cudem ktoś miałby jej zaproponować zatrudnienie? Jej rodzina z pewnością by ją o to zapytała. Tym bardziej że wcześniej Laura sama zdecydowała się zrezygnować z pracy w hotelarstwie, bo nie mogła znaleźć czasu dla siebie… Tak że nie, sytuacja nie była ani dobrze zaplanowana, ani logiczna.

Co więcej, książka pełna jest zbędnych wątków. Wokół Laury często pojawiają się mężczyźni. Znikają równie często. Żeby nie tracić czasu, wymienię jedną taką postać: Piotra. Jest to jej były chłopak, od którego uciekła, ponieważ źle ją traktował i zażywał narkotyki. Spotyka go po latach na ślubie swojej kuzynki i pije z nim wino, po czym urywa jej się film. Okazuje się, że chłopak dodał jej coś do alkoholu i chciał ją wykorzystać, ale – całe szczęście – Massimo był w pobliżu i temu zapobiegł, po czym go zabił. Laura chce się przekonać, czy Piotr naprawdę dosypał jej coś do kieliszka, więc udaje się do lekarza, który to potwierdza, a do tego informuje ją, że zaszła w ciążę. Wydaje się, że Piotr miał się pojawić w powieści po to, żeby bohaterka mogła się właśnie tego dowiedzieć. Jednak już wcześniej Laura wspominała, że ostatnio było jej niedobrze, nie miała apetytu, więc i tak wkrótce poszłaby pewnie do lekarza, i tak dowiedziałaby się o ciąży.

Tak samo bezcelowe jak wprowadzenie do akcji Piotra było poszukiwanie w internecie informacji na temat tego, czy ciężarne kobiety mogą się opalać. Spodziewałam się, że Massimo sprawdzi, czego Laura szukała w sieci, i w ten sposób dowie się o jej ciąży. Ale nie, ona sama informuje go o dziecku. Więc po co ten wątek? Niech mnie ktoś, proszę, oświeci.

Pomimo nadmiaru takich niepotrzebnych scen oraz drobnych usterek (na przykład pomijania pauzy dialogowej, dość częstego w połowie książki), jest coś, co mi się w powieści podobało. Były to zabawne w swojej niezgrabności zdania, które pojawiały się od czasu do czasu i wywoływały na mojej twarzy uśmiech, więc chciałabym się podzielić kilkoma:

„Doba zupełnie straciła proporcje” (s. 17). Doba powinna brać przykład z Laury – ona nigdy nie traci swoich cudnych proporcji.

„Jakby zabrał mi tarczę, która była moją ochroną” (s. 39).

„Portret przedstawiał kobietę, a dokładnie moją twarz” (51).

„Otworzyłam szeroko oczy, a moje serce wybijało rytm jak oklaski po koncercie Beyoncé” (s. 152).

„Ten tekst zagotował go jak wodę w czajniku” (s. 163).

Ta krytyka jest właściwie krytyką wszystkich takich książek. Są one do siebie niezwykle podobne, ich autorzy tak samo konstruują postaci, korzystają z tych samych motywów, wątków, w ten sam sposób rozwiązują problemy. Zajmuję się tłumaczeniem podobnych powieści, więc poniekąd uczestniczę w dostarczaniu tego typu literatury czytelnikom i byłabym hipokrytką, gdybym potępiła Blankę Lipińską za napisanie 365 dni. Moim marzeniem jest po prostu przeczytać choć jedną taką książkę, w której nie wystąpi porwanie, pobicie, ciąża, która nie będzie w jednej trzeciej składała się z opisów strojów, w której bohaterowie będą postępowali jak ludzie z krwi i kości, a fabuła nie będzie dziurawa niczym ser szwajcarski. Ale czy nie tego właśnie oczekuje czytelnik, sięgając po taką powieść? Wszak, gdyby zmienić te wszystkie elementy, nie byłoby to już to samo, prawda?


autor: Blanka Lipińska

tytuł: 365 dni

wydawnictwo: Edipresse Książki

miejsce i rok wydania: Warszawa 2018

stron: 448

format: 215 × 135 mm

oprawa: miękka ze skrzydełkami



Gdybyście dla odmiany chcieli się dowiedzieć, co dobrego wydarzyło się w literaturze w zeszłym roku, zajrzyjcie do tego artykułu. Z kolei o najlepszych polskich płytach hip-hopowych pisaliśmy tutaj.

Anna Kuksinowicz

Marzy o zostaniu zawodową degustatorką czarnej herbaty lub opiekunką do kotów, ale lubi wszystkie zwierzątka. Stara się walczyć ze swoim neurotyzmem, chociaż pisanie o sobie w trzeciej osobie nieco zaburza jej i tak osłabioną już psychikę.