Prime time

Oscarowi wyostrzył się dowcip

Źródło grafiki: http://www.trbimg.com/img-5314c4cc/turbine/tn-dpt-et-0307-oscars-reaction-20140303-001/2048/2048x1415
Ani ci zgromadzeni przed ekranami telewizorów, ani ci, którzy skąpani w blasku reflektorów i fleszy aparatów fotograficznych przechadzali się po czerwonym dywanie rozciągniętym przed Dolby Theatre w Los Angeles, nie spodziewali się, że wydarzenia oscarowego wieczoru 2 marca 2014 roku pobiją aż tyle rekordów: od najczęściej udostępnianego na Twitterze zdjęcia po liczbę widzów. Tak właśnie kończy się zapraszanie Ellen…
„Bądźcie dla siebie mili!”

86. ceremonię wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej poprowadziła Ellen DeGeneres – słynna nie tylko za Oceanem pani komik, aktorka i gospodyni talk show od 11 sezonów cieszącego się niesłabnącą popularnością, znana z błyskotliwego poczucia humoru oraz wielkiego serca. Laureatka 13 nagród Emmy, 14 People’s Choice Awards oraz wielu innych wyróżnień za swoją pracę i działalność charytatywną. Osoba o barwnym życiorysie – zanim DeGeneres trafiła do telewizji, pracowała jako sekretarka w kancelarii prawniczej, sprzedawczyni w sieciówce odzieżowej, kelnerka, malarka, hostessa i barmanka. Do tej pory napisała trzy książki o wiele mówiących tytułach: My Point... And I Do Have One, The Funny Thing Is... oraz Seriously... I'm Kidding, a także wcieliła się w filmie Gdzie jest Nemo? w postać rybki Dory.

„Nie jesteście głodni?"

Tylko DeGeneres mogła wpaść na pomysł, żeby podczas ceremonii zamówić pizzę dla zgłodniałych celebrytów oraz żeby wraz z aktorką Meryl Streep, nominowaną do Oscara rekordową liczbę 18 razy, pobić jeszcze jeden rekord i zaprosić do wspólnej fotografii gwiazdy zgromadzone na sali. Po godzinie zdjęcie to udostępniło 1,8 miliona użytkowników Twittera, a w niecały dzień po gali – już 2,8 miliona.

„Wszyscy wiemy, że najważniejsze w życiu są młodość, miłość, rodzina i przyjaźń. Ten, kto ich nie ma, trafia do showbiznesu.”

Niespożyta energia i odważny humor Ellen DeGeneres zgromadził przed telewizorami 43 740 000 widzów – najwięcej od 14 lat. Liza Minelli dowiedziała się, że jest swoim sobowtórem i nieźle jej to wychodzi, a Jeniffer Lawrence usłyszała, że skoro tak się przewraca (gospodyni nawiązała do słynnego ubiegłorocznego upadku aktorki na schodach w drodze po Oscara oraz do tegorocznego potknięcia się Lawrence podczas wysiadania z samochodu przed teatrem), to jeśli w tym roku wygra, ktoś powinien przynieść jej statuetkę, żeby znów nie narobiła sobie wstydu. Ellen wykonała również drobne działania matematyczne, z których wynika, że – jak stwierdziła – wszyscy nominowani razem wzięci mają w swoim dorobku łącznie jakieś 1400 filmów i tylko 6 lat studiów, po czym zaapelowała do dzieci, aby mimo wszystko pozostały w szkołach. W przeciwnym razie zawsze istnieje ryzyko, że staną się częścią instytucji, która dziś zrzesza około 6000 specjalistów.



Towarzystwo wzajemnej adoracji

„The Los Angeles Times” obliczył w 2012 roku, że średnia wieku jej członków to 62 lata. 94% jej składu osobowego stanowią biali, a 77% – mężczyźni. Oto właśnie Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej (The Academy of Motion Picture, Arts and Sciences), na którą pomysł zrodził się w umyśle Louisa B. Mayera, szefa wytwórni Metro–Goldwyn–Mayer krótko po świętach Bożego Narodzenia 1926 roku. Spotkał się on w tej sprawie z reżyserem Fredem Niblem, aktorem Conradem Nagelem i szefem stowarzyszenia producentów Fredem Beetsonem w swoim domu w Santa Monica. Panowie doszli do wniosku, że potrzebna jest instytucja przygotowana do dyskusji ze związkami zawodowymi, która ponadto zadba o kinematografię pod względem utrzymywania wysokiego poziomu tworzonych filmów i zapewniania odpowiednich nakładów finansowych oraz raz do roku urządzi proszony obiad dla elity Hollywood. Pięć części jadłospisu, które Mayer osobiście wymyślił, ładnie korespondowało z pięcioma planowanymi oddziałami Akademii: aktorskim, reżyserskim, pisarskim, technicznym i producenckim. Decydujące słowo na temat tego, kto zasiądzie do stołu, a kto nie, miał nie kto inny jak Mayer.

Pierwszy bankiet Akademii zorganizowano już 11 stycznia 1927 roku. Przybyło na niego 36 gości: 12 producentów, 7 aktorów, 6 pisarzy, 6 reżyserów, 3 techników (w tym projektant domu Mayera) i 2 adwokatów. Po zapisaniu statutu i wywalczeniu statusu organizacji charytatywnej powołano prezesa. Nie, nie Mayera, lecz aktora – Douglasa Fairbanksa seniora.

Co zamiast koperty?

Gdy powstał już Komitet do spraw Nagród, opracowano kryteria przyznawania statuetki, tyle że… bez statuetki. W roli projektanta Mayer zatrudnił scenografa Cedrica Gibbonsa (który zresztą odbierał za swoją pracę nagrodę od Akademii aż 11 razy). Narysował on nagiego mężczyznę wbijającego miecz w szpulę filmowej taśmy o pięciu otworach. Amerykański reżyser Emilio Fernandez niechętnie zapozował nago, a George Stanley (tym razem już całkiem ochoczo) wyrzeźbił gliniany model. Koniec końców stworzono figurkę w stylu art deco o wadze 3 kilogramów i wysokości 34 centymetrów.

Dziś Oscary produkuje firma R.S. Owens & Company z Chicago. Choć wolelibyśmy wierzyć, że statuetki są z czystego złota, w rzeczywistości to stop britannium: 92% cyny, 6% antymonu, 2% miedzi i cienka warstwa 24-karatowego złota. Łącznie to prawie 4 kilogramy najcenniejszego filmowego kruszcu.

Oscarze, ja ciebie chrzczę!

Nie, nikt tak nie powiedział. Plotek na temat tego, kto nazwał Oscara Oscarem, jest wiele, a każdy zaklina się na wszystkie świętości, że ma rację. Najbardziej prawdopodobna wieść głosi, że pomysłodawczynią nazwy została niechcący sekretarka Mayera – Eleanor Lilleberg. Któregoś dnia stwierdziła, że stojąca na biurku figurka przypomina jej króla Oscara II (była Norweżką), zapytała więc, co ma z tym Oscarem zrobić. Usłyszała, że ma go zamknąć w pancernej szafie.

And the Oscar goes tooo… ups!

Za pierwszym razem jury zaliczyło wpadkę. 15 lutego 1929 roku członkowie zebrali się, żeby wytypować zwycięzców. Statuetkę za najlepszą produkcję postanowiono przyznać Kingowi Vidorowi, twórcy Człowieka z tłumu. Telefonicznie pogratulowano reżyserowi, a następnie powiadomiono Mayera, a więc zrobiono to w co najmniej złej kolejności.

Mayer wykłócał się całą noc, aby film z jego wytwórni nie został nagrodzony, gdyż już wtedy (nie bezpodstawnie) posądzano go o nepotyzm. Ostatecznie Oscara dostał Friedrich Wilhelm Murnau za Wschód słońca. Powiedzmy oględnie, że Vidorowi było przykro.

Reguły gry

Jeśli myślicie, że nominacja bez statuetki jest tylko nagrodą pocieszenia, przemyślcie to. W zasadzie samo bycie w ten sposób wyróżnionym, według wielu, graniczy z cudem. Zaryzykuję stwierdzenie, że to jedyna nagroda filmowa, która ulega wpływom rynku dopiero od momentu ogłoszenia listy osób nominowanych – wtedy zaczynają się bankiety, pokazy, spotkania z twórcami i nieoficjalne rozmowy, m. in. o tym, jak mocno trzeba było sponiewierać się dla roli lub żeby dotrzeć do prawdy o człowieku.

Wcześniej nikt nikomu oczu nie zamydli: reżyserów typują reżyserzy, aktorów aktorzy i tak dalej. Najlepszy film wybierany jest natomiast przez całe gremium ponad 6000 członków Akademii (do którego dołączają zwycięzcy z ubiegłych lat), spośród których każdy ma prawo ocenić nominowane filmy w skali od 1 do 9. Wygrywa produkcja z największą liczbą punktów.

Inne przepisy obowiązują w odniesieniu do filmów krótkometrażowych i obcojęzycznych. Komisje wybierające faworytów składają się z przedstawicieli wszystkich oddziałów i liczą od 15 do 60 osób, a ich skład osobowy zmienia się co roku. Produkcje nieanglojęzyczne analizowane są pod kątem narodowości i języka. Polski film po angielsku lub hiszpański po francusku nie przejdzie, podobnie jak, uwaga, brytyjski po angielsku (ale kanadyjski po francusku już tak). Dla Brytyjczyków więc ta kategoria jest poza zasięgiem.

Jeśli ciekawi Was, dlaczego w pewnym momencie rozszerzono listę nominowanych w kategorii „Najlepszy film” z 5 do 9, to wiedzcie, że odpowiedź kryje się w pieniądzach. Nominacja to jakieś 25 milionów dolarów dodatkowego dochodu, zwycięstwo – co najmniej dwa razy tyle. A ponieważ od dłuższego czasu nagrody dostawali niezależni producenci, wielkim studiom przechodziły koło nosa naprawdę duże pieniądze. Więcej obrazów na liście nominowanych to większa szansa na większy zysk.

Wizjonerzy

Akademia wyraźnie wyróżniła w tym roku Alfonsa Caurona i jego Grawitację – dzieło nowatorskie i wizualnie zachwycające. Większość elementów tego obrazu  wygenerowano komputerowo. Udowodniono tym samym, że ani przestrzeń kosmiczna, ani nieustający przez 2,5 godziny ruch kamery oraz towarzyszący jej realistyczny dźwięk nie są dla kina niemożliwe do osiągnięcia.

Witaj w klubie, czyli historia inspirowana epidemią AIDS z lat 80. XX wieku, kreacja Jareda Leto, technicznie rewolucyjna animacja Kraina Lodu, uzależniająco wesoły utwór Happy Pharella Williamsa, wzruszająca mowa pochodzącej z Kenii Lupity Nyong’o i barokowa scenografia Wielkiego Gatsby’ego należą do najważniejszych haseł minionej gali. Nie ulega wątpliwości, że dla filmowców niezmiennie największą inspiracją staje się codzienne, zwykłe życie, niezwykli ludzie i bezgraniczna wyobraźnia.



Odwiedź oficjalną stronę Akademii, zapoznaj się z nominowanymi oraz zwycięzcami i zdecyduj, który film obejrzysz w piątek wieczorem!

http://oscar.go.com/nominees



Artykuł powstał na podstawie następujących tekstów:

Krakowski Andrzej, Jak Oscar stał się Oscarem, „Film” 2013 (2), s. 22–27

http://en.wikipedia.org/wiki/Ellen_DeGeneres


Paweł Gładysz

Student biologii na Uniwersytecie Gdańskim, anglista i tłumacz. Scenarzysta samouk i obserwator kultury popularnej. Uważa, że najważniejsze są drobiazgi oraz że dzień bez kubka zielonej herbaty to dzień stracony.