Relacje

20. Przystanek Woodstock. Relacja bardzo subiektywna

Jako że tematem przewodnim na sierpień jest bunt, postanowiłem wyzwolić się z okowów konwenansów, sprzeciwić się skostniałej obyczajowości pokolenia odchodzącego w cień i wyzwolić się spod opresyjnej władzy rodziców, którzy (jak zwykle) nie rozumieją młodych. Zdjąłem więc maskę grzecznego syna, szczelnie wypełniłem torbę konserwami i uciekłem do Kostrzyna nad Odrą na dwudziesty Przystanek Woodstock.
No, może trochę przesadziłem w tym wstępie. Na Woodstock jeżdżę regularnie, każdorazowo otrzymując błogosławieństwo zarówno bliższej, jak i dalszej rodziny. Trudno zresztą mówić o buncie, gdy okres trudnego dojrzewania ma się już od kilku lat za sobą. Wyjazd stanowił dokładnie zaplanowaną akcję obliczoną na obcowanie z kulturą w ekstremalnych warunkach życiowych. Dlatego też, w przerwach między brudzeniem się i spożywaniem napojów na bazie chmielu i słodu jęczmiennego, starałem się chodzić na koncerty i uczestniczyć w wykładach. O kilku z nich warto tu na pewno opowiedzieć.


Już w środę, na dzień przed rozpoczęciem festiwalu, można było skorzystać z oferty przygotowanej przez woodstockową Akademię Sztuk Przepięknych. Tego dnia gwoździem programu, a zarazem tym, co mnie najbardziej interesowało, okazało się spotkanie z Włodzimierzem Pawlikiem – pierwszym polskim laureatem nagrody Grammy, przyznanej mu za album Night in Calisia. Rozmowę z jazzmanem przeprowadził Piotr Metz. Już samo zestawienie jednego z najlepszych pianistów jazzowych z moim ulubionym dziennikarzem muzycznym czyniło z wydarzenia żelazny punkt festiwalowego harmonogramu. Nie zawiodłem się. W rozmowie poruszono temat, który z obłąkańczą pasją sam drążę już od dawna – debatowano o rodowodzie dzisiejszej muzyki popularnej oraz o jej afrykańskich i europejskich korzeniach, splecionych gdzieś na terenie Ameryki.

Następnego dnia omijając namioty, rozpięte folie stretchowe i poległych fanów punk rocka, udałem się na rozpoczęcie festiwalu. Rzeszę ludzi pod główną sceną tradycyjnym orędziem przywitał Jurek Owsiak. Nad głowami publiczności jak co roku przeleciały samoloty Iskra, a kostrzyńska orkiestra dała sygnał do odjazdu.


I zaczęło się. Koncerty zainaugurowała grupa T. Love. Gawiedź spragniona rozrywki dostała to, czego chciała. Muniek z zespołem zaserwowali cały przekrój swojego dorobku od najwcześniejszych utworów po te najnowsze, takie jak Italia.

Następnym koncertem, na którym zdarzyło mi się brudzić, był występ amerykańskiej kapeli Hatebreed. Szczerze mówiąc, zespołu wcześniej nie znałem, ale muszę przyznać, że energia wyzwalana przez muzyków podczas koncertu wręcz rozbrajała! W takim przeświadczeniu utwierdził mnie zresztą widok wraków ludzi wracających z pogo.

Dobrze przygotowałem się za to na występ Skid Row. Portfel, aparat i wszystkie łatwo obrywające się rzeczy zostawiłem w namiocie. Założyłem brudne trampki na brudne nogi i ruszyłem na spotkanie z grupą z New Jersey. Zdzierałem gardło i podeszwy przy 18 and Life, I Remember You czy Slave to the Grind.

Mimo skrajnego zmęczenia nie mogłem sobie odpuścić też nocnej sceny ASP. Ja i mój pot dowlekliśmy się na górkę, na której miały się odbyć po kolei dwa, niespotykane jak na Przystanek Woodstock, koncerty jazzowe. Jako pierwsi około północy zagrali Pink Freudzi, a zaraz po nich – muzycy z Włodek Pawlik Trio. Oba występy, choć mocno osadzone w jazzie, bardzo różniły się od siebie. Skład z Gdańska od początku do końca raczył słuchaczy niezwykle jadowitym bebopem, który wręcz czuło się w brzuchu. Punkt kulminacyjny Pink Freudzi osiągnęli, gdy na scenie wsparła ich grupa Lao Che – zdecydowanie był to jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem na tegorocznym Przystanku. Występ składu Włodzimierza Pawlika podziałał za to kojąco po ciężkim dniu zmagań ze zmęczeniem, kurzem i decybelami.

Około trzeciej sturlałem się do obozu. Krótki półsen, pobudka, i już rześki jak jutrzenka witałem kolejny dzień. Czas przed koncertami i wykładami wypełniałem głównie antropologicznymi obserwacjami festiwalowej ludności pstrokatej jak sny Timothy’ego Leary’ego. Ponownie odwiedziłem ASP, aby posłuchać, co do powiedzenia ma Bogusław Linda. Ukazał on twarz spokojnego i bardzo sympatycznego człowieka, z którym chciałoby się wypić piwo. We Franza zamienił się tylko na chwilę, gdy poproszono go o wygłoszenie najsłynniejszej kwestii z Psów, w której to, jak pamiętamy, dobitnie ukazał, czym są zasady.

Jeśli zaś chodzi o koncerty – po pierwsze Acid Drinkers. Obiecywałem sobie, że w pogo nie pójdę, że pstryknę tylko parę fotek, może potupię nogą. Ale gdy Titus oświadczył wszem i wobec, że zaraz „skopie nam tyłki”, nie wytrzymałem. Mieć tyłek skopany przez osobę cieszącą się w metalowym światku taką estymą jak Titus to przecież nie byle co! Złamałem więc daną sobie obietnicę i przez około godzinę obtłukiwałem się przy utworach z albumów Fishdick i Fishdick Zwei. Największe zaskoczenie podczas tego koncertu? Pojawienie się Czesława Mozila, który przyjechał właściwie tylko po to, aby wykonać z Kwasożłopami jedną piosenkę, mianowicie Nothing Else Matters.


Reszty dnia aż do występu Ky-Mani Marleya po prostu nie pamiętam. Właściwie to nie planowałem iść na jego koncert, raczej zostałem tam wyciągnięty. Ale nie żałuję, bo Ky-Mani w bardzo przyzwoity sposób przedstawił dorobek swojego ojca, sprowadzając na publiczność specyficzny, jamajski chill, a podczas I Shot The Sheriff poczułem się tak, jakbym to ja go zastrzelił.

Ostatniego dnia gorączkowo biegałem po całym terenie festiwalowym, żeby zaznać wszystkich oferowanych atrakcji, które w głównej mierze opierały się na wydawaniu pieniędzy. Po południu zjadłem trochę kurzu i upału, przekąszając to wszystko zapachem toi-toiów. Znów czułem koncertową gotowość. Ponieważ chciałem zasmakować odrobinę klasyki, zdecydowałem się na muzykę skrzypcową, a tę oferował stały gość Przystanku – Michał Jelonek. Wraz z orkiestrą filharmonii gorzowskiej w ekwilibrystyczny sposób zinterpretował wszystkie epoki rozwoju skrzypiec.

Później – COMA. Piotr Rogucki, który na ASP mówił o obawach co do odbioru jego muzyki, na pewno wyzbył się swoich wątpliwości po koncercie. Wraz z zespołem zgromadził pod sceną jedną z najliczniejszych publiczności.

Ostatnim koncertem, na który poszedłem, był występ Manu Chao la Ventury, hiszpańsko-francuskiego barda i alterglobalisty grającego muzykę zaangażowaną. Na Przystanku Woodstock zaprezentował on żywiołową i wielokulturową mieszankę folku, rocka i muzyki latynoskiej. Właściwie przypominało to jeden długi utwór grany praktycznie bez przerwy (widać zbieżność z zeszłorocznymi wyczynami orkiestry Emira Kusturicy). Mnie osobiście zdobył głównie swoją szczerością i energią, bo z tekstów nie rozumiałem nic oprócz powtarzającej się frazy „lo lo lo lo lo lo lo”.


Kolejny dzień był już tylko męczącym, 12-godzinnym powrotem do domu. Czy czegoś żałuję? Chyba tego, że nie dotarłem na wszystkie koncerty. Ominęły mnie na przykład występy na małej scenie. Uznałem po prostu, że uczestnictwo we wszystkich wydarzeniach mogłoby zabić mój cherlawy organizm. Żałuję też tego, że Przystanek Woodstock nie potrwał dłużej. Szczerze mówiąc, tęsknię za piachem w butach, wycieczkami po prowiant i zlepionymi włosami. Nudzi mi się w domu bez Ślązaków, z którymi przez tydzień mieszkałem w obozie. Brakuje mi zupełnie obcych ludzi zagadujących mnie w drodze do wolnostojących pryszniców. Śpiew rodzimych ptaków brzmi zbyt cicho, a zielona trawa wygląda na jakoś tak zbyt mało zdeptaną. Z tego stanu będę się leczył przez dłuższy czas. Kto dotarł na Przystanek, ten wie, o czym mówię, a kto jeszcze tego nie zrobił, niech koniecznie pojedzie za rok.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.