Relacje

G-l-o-r-i-a artis

Źródło grafiki: www.musicalling.pl/wp-content/uploads/2014/03/Patti_Smith.jpg; i.imgur.com/KsHtPfa.jpg
Wiele spośród tych gwiazd muzyki punkowej, które zdążyły się już zestarzeć, jedynie odcina dziś kupony od swojego dorobku, bawiąc się raczej w jego muzealne odtwarzanie. Na pewno jednak nie można tego powiedzieć o Patti Smith. Na koncercie w Warszawie udowodniła ona, że rock’n’roll wciąż je jej z ręki.
Szczerze mówiąc, gdy kupowałem bilet na występ Patti Smith Group w amfiteatrze parku Sowińskiego, kierowałem się raczej chęcią zobaczenia artystki póki jeszcze czas. Kto wie, jak długo prawie siedemdziesięcioletnia piosenkarka będzie chciała wciąż pojawiać się na scenie? Uwielbienie dla muzyki Patti Smith mam oczywiście wielkie, ale na miejscu pojawiłem się, myśląc o wokalistce bardziej już w kategoriach legendy nowojorskiej bohemy, której klimat tak wspaniale oddaje utwór Poniedziałkowe dzieci.

Koncert miał się rozpocząć o godzinie 20. Do tego czasu królował festyniarski nastrój wprowadzany przez mobilne punkty gastronomiczne żerujące na kiełbaskożercach. W pewnej chwili nawet zwątpiłem w to, czy muzyka, a raczej bunt, którego od niej oczekiwałem, przebije się przez ten sielski, parkowy, niedzielny klimat.

O tym właśnie dumałem do momentu, w którym to z zamyślenia wyrwały mnie okrzyki publiczności. Oto na scenę weszło czterech mężczyzn, którzy wkrótce potem zajęli miejsca przy instrumentach, oraz drobna kobieta o siwych włosach, ubrana w niezwykle obszerną marynarkę – Patti Smith we własnej osobie.

Artystka uraczyła słuchaczy mieszanką fantastycznych kompozycji, pochodzących zwłaszcza z jej twórczości w latach siedemdziesiątych. Były to utwory z wydawnictw takich jak wspaniały album Horses, rozpoczynający jej karierę, czy też Radio Ethiopia i Easter. Sięgnięto wprawdzie zaledwie po kilka piosenek z płyt powstałych już w nowym milenium, ale za to wybrano te najlepsze – świetnie wybrzmiał chociażby kawałek Beneath the Southern Cross.

Największe wrażenie zrobiła na mnie końcówka koncertu. Patti i zespół rozpoczęli tę część od przeboju Because the Night zadedykowanemu Fredowi „Sonic” Smithowi, zmarłemu mężowi piosenkarki. Po tym akcencie pięcioro muzyków przeszło do stałego punktu koncertowego programu, czyli do piosenek Land i Gloria połączonych w jedną kompozycję. Z Glorii pochodzą zresztą słowa chyba najlepiej definiujące artystkę: „Jesus died for somebody’s sins, but not mine”.


 

Cały zespół na chwilę zszedł ze sceny, żeby złapać oddech przed bisami. Te zaczęły się BARDZO ostro, bo od tytułowego utworu z najnowszej płyty Banga. Podczas wykonywania go Patti była dzielnie wspierana przez słuchacza wziętego spod sceny – wokalistka oddała mu swoją gitarę akustyczną, a sama zajęła się śpiewaniem. Potem rozległa się niezwykła piosenka People Have the Power – w tym momencie naprawdę chciało się wywołać rewolucję!

 

Jako ostatni wykonany został utwór, który już niemal tradycyjnie stanowi zakończenie koncertów Patti Smith Group: ostry, surowy i gniewny Rock’n’Roll Nigger. Publiczność napięta do granic wytrzymałości zobaczyła, jak w ostatnim akcie muzycznej ekspresji artystka wyrywa (dosłownie) struny ze swojej gitary – to właśnie jest ROCK!



Od jednej z najważniejszych kobiet w historii muzyki, matki chrzestnej punk rocka wykrzykującej poezję, oczekuje się czegoś więcej niż tylko występu. Te oczekiwania Patti Smith spełniła z nawiązką. Wspaniale widzieć, jak mimo upływu lat Smith zachowuje się na scenie jak młoda rebeliantka nowojorskiej sceny. Trudno uchwycić emocje towarzyszące wszystkim zgromadzonym przed sceną w chwilach, gdy Patti zamieniała się niemal w kaznodziejkę przywracającą wiarę w siłę muzyki! Banalne wydaje się powiedzenie, że tego wieczoru muzyka niosła przesłanie, ale chyba tak właśnie było. Istota rocka tkwi w buncie, a ten wprost czuło się w powietrzu. Jeśli więc istnieje jakaś „czysta forma” tej muzyki, to niewątpliwie Patti Smith zbliżyła się do niej w sposób mistrzowski.

PS A tak swoją drogą – organizatorzy, którzy na płycie pod sceną rozstawili krzesełka, chyba nie wiedzieli, dla jakiego kalibru artystki przygotowują ten koncert.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.