Lwy salonowe

39. Festiwal Filmowy w Gdyni - dzień piąty

Źródło grafiki: http://www.festiwalgdynia.pl/
Mamy stale oko na kulturę i bacznie śledzimy ważne wydarzenia kulturalne. Nasza redakcyjna ekipa zawitała tym razem na Festiwal Filmowy w Gdyni i codziennie będzie raczyła Was relacjami z tego wspaniałego święta kina!

Dzień piąty obfitował we wrażenia filmowe - Paweł i Antoni obejrzeli aż cztery konkursowe filmy. Poniżej opowiadają, czy było warto.

Paweł Gładysz: Dzisiaj dowiedziałem się, że „w życiu można roznosić nie tylko kiłę, ale również płomień”. Ten niezwykle inspirujący cytat pochodzi z filmu z sekcji Inne spojrzenie zatytułowanego Polskie gówno.

Antoni Kaja: Wyjątkowo inspirujący ten tytuł.

P.G.: No wyjątkowo. W ogóle jestem bardzo zaskoczony, bo nie spodziewałem się po takiej nazwie dobrego kina, a okazuje się, że Tymon Tymański i wielu innych ludzi, między innymi Grzegorz Halama ze wsparciem Wojciecha Smarzowskiego, potrafią zmontować film, w którym panowie wygłupiają się, a który jednocześnie stanowi musicalowy paradokument- manifest dotyczący polskiego rynku muzycznego  i tego, że nie każdy artysta potrafi się w tym świecie odnaleźć. Film zrealizowany z przymrużeniem oka, z dowcipem brudnym, momentami rynsztokowym, ale mimo wszystko niezwykle dojrzałym, z dosyć gorzkim i troskliwym spojrzeniem na współczesną polską muzykę,na media i na odpowiedzialność zbiorową, naszą – odbiorców.



To była pierwsza produkcja. Dzisiaj widzieliśmy łącznie aż cztery. Drugi film z Innych spojrzeń, czyli Małe stłuczki, zobaczyliśmy już razem.

A.K.: Niezwykle ciekawy początek, naprawdę fajne napisy początkowe, które zrobiły na mnie spore wrażenie.

P.G.: Jakie kreatywne!

A.K.: Wyjątkowo!

P.G.: Przedmioty usuwane ze swoich miejsc…

A.K.: …a za nimi ukryte nazwiska twórców i obsady.

P.G.: Pomysł jest bardzo spójny estetycznie i dlatego jako widz miałem duży problem z oceną tego filmu. Dysponujemy pięciostopniową skalą. Jaką przyznałeś ocenę?

A.K.: Pięć, ponieważ otrzymaliśmy film poetycki, niesztampowy. Jak już powiedziałem, to było kino z innego świata, zupełnie nowe, nietypowe, a ja bardzo coś takiego cenię. Już nawet nie wspomnę o tym, że aktorstwo tam pokazane należy uznać za intrygujące.

P.G.: Chyba się ze mną zgodzisz, że jest to film o drobiazgach, składa się z detali. I też tak naprawdę wszystko, co oglądamy na ekranie, albo w zasadzie się nie wydarzyło, albo wydarzyło się w dużym dystansie. Mówi się tam o relacjach interpersonalnych, o tym, co jest między ludźmi możliwe, a co nie. Bohaterowie tłuką się o siebie. W tym filmie ich pragnienia są niemożliwe do zrealizowania – z różnych powodów, czasem absurdalnych. Poczucie humoru ten obraz ma bardzo specyficzne. Myślę, że spodoba się większości widzów.

A.K.: Momentami czuć wręcz groteskę!

P.G.: Ale taką ujmowaną w kategorie filozoficzne – każdy z nas mógłby przyjąć taki światopogląd jak bohaterowie i w taki sposób się zachowywać. Mam wrażenie, że zanim oni cokolwiek zrobią, mówią sobie: bo niby dlaczego nie?

A.K.: Ich refleksje były interesujące.

P.G.: Oderwane od przeciętnego schematu myślenia. Dziwni ludzie.

A.K.: Szły w diametralnie innym kierunku i pokazywały zupełnie nową perspektywę. Odświeżający nurt w naszym rodzimym kinie!

P.G.: Tak, właściwie to zostały podważone takie podstawowe dogmaty życia społecznego. Bo niby dlaczego kolega nie miałby zapytać rodziców swojej koleżanki, których dopiero co poznał, czy przypadkiem nikt jej nie molestował w dzieciństwie, skoro ona tak unika kontaktu fizycznego? I dlaczego ci rodzice nie mieliby spokojnie odpowiedzieć na to pytanie?



A.K.: Kolejna propozycja to Onirica – Psie pole. Tytułu nadal nie potrafię rozszyfrować, wiem tylko tyle, że z pewnością był to film oniryczny. Mnie osobiście potężnie ten obraz rozczarował.

P.G.: Mnie też.

A.K.: Rozczarował, a momentami wręcz zniesmaczał.

P.G.: A czemu?

A.K.: Zniesmaczał natłokiem, tym, że reżyser chyba chciał za dużo.

P.G.: Ja nie lubię filmów, które obciążają widza nadmiarem symbolizmu. Ten film się na symbolach opiera.

A.K.: Jest napchany symbolami.

P.G.: I trudną filozofią, chociaż jasno przedstawioną.

A.K.: Ale to już nachalne wręcz.

P.G.: Wizualnie jednak obraz bardzo zaskakuje.

A.K.: Wizualnie tak.

P.G.: Swoją drogą, myślę, że po raz pierwszy w tym roku (i w porównaniu z rokiem ubiegłym) mamy do czynienia z filmem, który rewelacyjnie radzi sobie z efektami specjalnymi i wprowadza obrazowanie komputerowe.

A.K.: Szczególnie poświadcza to scena w supermarkecie.

P.G.: Obraz zrealizowano pięknie, teatralnie. Film ma fantastyczną muzykę, opiera się na mocnej literaturze. Mimo to jest ciężki. Nie zrozumiałem go do końca na pewno, przyznaję się bez bicia.

A.K.: Ja również.

P.G.: Gdybym miał go streścić, to powiedziałbym, że jest to opowieść o pokonywaniu własnego piekła, o żałobie.

A.K.: O beznadziei.

P.G.: Beznadziei? Raczej bezsilności w obliczu tragedii. O tym, jak każdy z nas radzi sobie z wewnętrznym, prywatnym piekłem, w wyniku którego rozpadają się sensy i zmieniają kategorie pojmowania rzeczywistości, a nawet zmienia się samoświadomość. O tym, jak człowiek poszukuje nadziei, która poprowadzi go przez cały proces tak, jak Wergiliusz poprowadził Dantego: z piekła przez czyściec do nieba, gdzie wreszcie osiąga się spokój. Chociaż to też w tym filmie nie wygląda na takie znowu jasne.

A.K.: Z pewnością Onirica to dziwny twór.

P.G.: No i nie podobał nam się przedłużony wątek Smoleńska. Bo powrócił.

A.K.: Bo mam wrażenie, że był jedną z przyczyn uzyskania przez ten film festiwalowej nominacji. Nie podoba mi się takie podejście do sprawy.

P.G.: A wiesz, że to zahacza o teorię spiskową?

A.K.: Patrz, jaka ironia! Podoba mi się to, że do tego tematu już się wraca i stosuje się go w kinie…

P.G.: … już nie jako epopeję, a jako wydarzenie.

A.K.: Tak! Ale wolałbym, żeby to się odbywało w inny sposób.

P.G.: Tragedia smoleńska wprowadziła ludzi w oniryczny marazm – patrz problem głównego bohatera, którego potwory są jednak dużo bardziej osobiste. Z kolei moja teoria na pojawienie się tego filmu w konkursie głównym wygląda mniej więcej tak, że to wycinek kina bardziej artystycznego, bardziej niezależnego i niestety też, moim zdaniem, skierowanego do bardzo wąskiej grupy odbiorców. Nie wiem, czy Wam się spodoba, musicie go wypróbować na własnej skórze.



Ostatni film, który dzisiaj widzieliśmy, właściwie wszechobecnie króluje już w mediach, bo dużo się mówi o roli Tomasza Kota.

A.K.: Tak, jako Zbigniewa Religi.

P.G.: Poradził sobie rewelacyjnie.

A.K.: Oj, wyśmienicie. Najmocniejszy punkt tego filmu.

P.G.: Fabułę skonstruowano wokół transplantacji serca, których podejmował się Religa i które świetnie wpisano w konstrukcję scenariusza.

A.K.: Nie jest to film stricte medyczny i to jego zaleta.

P.G.: To film o bohaterze, który pokonuje kolejne przeszkody, słabości i skazy w drodze do celu, który wcale nie zakrawa na oczywisty do osiągnięcia.

A.K.: Zresztą ukazano go nawet jako człowieka ambiwalentnego moralnie, biorąc pod uwagę wszystkie wątpliwości ukazane w filmie.

P.G.: Tak, można Religi nie lubić i podważać jego decyzje.

A.K.: On przede wszystkim nie jest jakimś herosem medycyny, tylko zwyczajnym człowiekiem.

P.G.: Czyli tytuł staje się przewrotny.

A.K.: Dokładnie tak.

P.G.: Świetny film biograficzny, ma dobrą dynamikę i rewelacyjny humor.

A.K.: Ale nie jest to obraz wybitny.

P.G.: No nie jest. W tym miejscu chciałbym jeszcze wspomnieć o Jacku Strongu, jego trzeba tutaj połączyć z Bogami, bo również tam przedstawiono fabularyzowaną wizję wybranego momentu z życia autentycznej postaci. Bogowie wiodą nad Jackiem Strongiem prym, bo nie nadinterpretują informacji. To dwa bardzo różne filmy, natomiast po ich obejrzeniu możemy być dumni nie tylko z polskiego kina, lecz także z naszych bohaterów, którzy bynajmniej nie walczyli szabelką, tylko chociażby skalpelem na sali operacyjnej. Bywają cisi i dysponują tylko prostym komunikatorem, własną odwagą i kodeksem moralnym. Są zdani sami na siebie i przez lata nie było o nich nic słychać.



Jutro oglądamy dalej. Poznamy również laureata nagrody głównej 39. Festiwalu – Złotych Lwów, w tym roku w nowym kształcie.


Paweł Gładysz, Antoni Kaja