Lwy salonowe

39. Festiwal Filmowy w Gdyni - dzień szósty

Źródło grafiki: www.festiwalgdynia.pl/; polskifilm.com.pl/wp-content/uploads/2013/12/PMA_poster_261.jpg; kinoactive.pl/wp-content/uploads/2014/02/OBIETNICA_plakat_net1.jpg; ia.media-imdb.com/images/M/MV5BMTQ3NzQyMDk0OF5BMl5BanBnXkFtZTgwODg5OTk1MjE@._V1_SY317_CR5,0,214,317_AL_.jpg;
Mamy stale oko na kulturę i bacznie śledzimy ważne wydarzenia kulturalne. Nasza redakcyjna ekipa zawitała tym razem na Festiwal Filmowy w Gdyni i codziennie będzie raczyła Was relacjami z tego wspaniałego święta kina!

Ostatni dzień Festiwalu, ostatnie seanse, ale słowa naszych reporterów bynajmniej nie ostatnie! Zanim podsumujemy wszystkie gdyńskie wydarzenia, pochylmy się jeszcze nad filmowymi propozycjami dnia szóstego.

Paweł Gładysz: Już po jedenastej. Antoni zaspał na nasz pierwszy seans zaplanowany na kwadrans po dziewiątej. W oczekiwaniu na niego podzielę się z Wami refleksjami na temat filmu Pod mocnym aniołem.

Smarzowski trafnie diagnozuje problem uzależnienia. Przez większą część obrazu jest dla alkoholików bezlitosny. Bezkompromisowo piętnuje ten nałóg, do szału doprowadza go narodowa duma Polaków z picia. Nie pozostawia złudzeń: ludzie sami się upadlają. Wymiotują, nadzy i umazani kałem leżą pod toaletą. Nie mają kontroli nad życiem, które traktują mechanicznie. Chyba – bo ono zlewa się z placówką odwykową.

Pod mocnym aniołem jak nieustanne „pod wpływem”. Ciągle nas ten anioł pilnuje i nie odstępuje na krok, czyli to jego wina, nie? W pewnym momencie wszystkie postaci zlewają się w jedną. Jest tylko jeden alkoholik, jego poszczególne wcielenia nie różnią się od siebie. Ale różnie kończą.

Razem ze Zbliżeniami to film-przestroga o wyraźnym nałogu. Jak dla mnie – obowiązkowa lektura szkolna. Nauczmy się wreszcie czegoś.



Paweł Gładysz: Co masz do powiedzenia na temat Sąsiadów?

Antoni Kaja: Sąsiadów wezmę w obronę, bo wiem, że Ty ich nie lubisz. Są specyficzni i to bardzo, nawet do przesady. Przede wszystkim mamy do czynienia ze swoistym zbiorem historii, film powstał zresztą na podstawie opowiadań, otrzymujemy tam tych historii bodajże kilkanaście. Osadzono je w czymś, co wygląda jak nasz świat, ale kiedy się bliżej przyjrzymy, to zobaczymy, że to coś do końca tym światem nie jest. Czas też płynie nieskonkretyzowany, jeden z bohaterów mówi nawet w pewnym momencie, że wszystko dzieje się „gdzieś między tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym a dwa tysiące którymś”.

P.G.: Ale bliżej dwutysięcznego.

A.K.: PRL nam trochę prześwituje. Pojawia się taka historyjka o cukrze, która strasznie przypomina mi film Poszukiwany, poszukiwana i motyw z procentem cukru w cukrze, są też kartki żywnościowe. Dla mnie Sąsiady to film na pewno ciekawy, ale nie do końca udany. Mam wrażenie, że znowu reżyser chciał za dużo.

P.G.: Jak przy Onirice?

A.K.: Tak, ale poszedł w inną stronę, bo stworzył coś tkwiącego pomiędzy Davidem Lynchem a Brunonem Schulzem. I tak jak cenię nietypowe podejście, poruszanie problemów rzeczywiście obecnych w naszej kulturze, tak samo nie mogę powiedzieć, że obejrzałem film dobry.

P.G.: Ja ze swojej strony powiem tak: uważam, że był to film beznadziejny. Zmarnował czas mój i innych widzów. Jeżeli rzeczywiście powstał na podstawie jakiejś dobrej literatury, to w moim odczuciu zrobiono go dla bardzo wąskiej grupy odbiorców – ciasne, własne grono intelektualistów, których świat nie rozumie, zrobiło film samo dla siebie, a potem zorganizowało seans, żeby towarzystwo wzajemnej adoracji mogło go sobie obejrzeć. Obraz kompletnie niestrawny dla przeciętnego widza, przeładowany symboliką. Do tej pory nie rozumiem, o co tam chodziło tak naprawdę. Mam na niektóre opowieści kilka pomysłów, ale umiem sobie tego filmu wyjaśnić. Siedziałem wymęczony już w połowie seansu, po wielokroć miałem ochotę wyjść.

A.K.: Zdarzyły się osoby, które nawet opuściły salę. Potrafię to zrozumieć, na pewno.

P.G.: Nie jest to film, na który warto pójść w piątek wieczorem. Jest dla Was, jeżeli lubicie ciężkie, artystyczne kino, takie jak Onirica, która mimo wszystko okazała się już bardziej przystępna… Nie sądziłem, że to dzisiaj powiem.

To co? Zgadzasz się, że dla wielbicieli kina artystycznego – tak?

A.K.: Tak. Ale dla przeciętnego widza – zdecydowanie nie.



P.G.: Kolejny film.

A.K. Obietnica, po której wiele się nie spodziewałem, ponieważ sądziłem na podstawie zwiastuna, że będzie to film o miłości. Zupełnie nie był, a przynajmniej nie wprost.

P.G.: Oglądałem Obietnicę z bardzo dużym zainteresowaniem. Uważam, że zasługuje na miano jednej z najlepszych propozycji konkursowych. Zdecydowanie jeden z moich dwóch bądź trzech faworytów! Film napisano fantastycznie, co powtarzam chyba za każdym razem, kiedy mi się coś podoba, ale scenariusz to przecież kręgosłup filmu. Świetna kreacja młodej Elizy Rycembel.

A.K.: Niezwykle ambiwalentna postać.

P.G.: Wyjątkowo dojrzała rola tak młodej osoby. Plejada moich ulubionych aktorów: Bartłomiej Topa, Magdalena Popławska, Jowita Budnik, Andrzej Chyra. Świetnie zagrali. Obietnica to chyba pierwszy film na tym Festiwalu, podczas którego autentycznie zapomniałem, że siedzę na sali kinowej, i się wciągnąłem.

A.K.: Mnie się trochę dłużył.

P.G.: A ja zanurzyłem się całkowicie. Kwestia odbioru. Historia psychologiczna i znowu, już chyba trzeci raz w tym tygodniu, film o problemie wyjętym z szarej rzeczywistości – o jednej z drobnych (nie widowiskowych), codziennych patologii, których czasem nawet nie dostrzegamy, których takim hasłem byśmy nie określili.

Moim zdaniem chodzi o nieobecność ojca i skutki tego stanu, o wady dorosłych – o rodziców, którzy nie dostrzegają błędów popełnianych przez siebie, a przecież rzutujących radykalnie na życie młodych ludzi. I wcale nie muszą one odbijać się głośnym echem czy dotyczyć przemocy fizycznej.



P.G.: Ostatnim festiwalowym filmem, który oglądaliśmy i którym zamknęliśmy nasz pobyt w Centrum Kultury i Rozrywki Gdynia Waterfront (dawne Gemini), był Kebab i Horoskop.

A.K.: Już sam tytuł wskazuje na to, że to film nietypowy.

P.G.: W tym roku każdy film był nietypowy.

A.K.: Tak, ale ten na sposób słodko-gorzki. Po raz kolejny, trochę jak Obywatel.

P.G.: Poczucie humoru podobne do Małych stłuczek. Gdybym miał Wam streścić, o czym opowiada ta produkcja, to powiedziałbym, że o ludziach, którzy chcieliby, żeby ktoś powiedział im, jak żyć. O nas.

A.K.: Niestety jest to również film o próżnych wysiłkach wkładanych w poszukiwanie szczęścia. Smutno.

P.G.: Trochę smutno, ale humor dostajemy absurdalny. Tu przeciągnięte ujęcia są zamierzone i mają swój urok. Ładny wizualnie film, bo nie sposób nie docenić pojawiających się w nim kompozycji kolorystycznych.

A.K.: Dywany…

P.G.: I dywanów. Mnóstwa dywanów. Ciekawa jest grupa bohaterów.

A.K.: Barwne osobowości. Prawie każdej z nich poświęcono jedną część filmu.

P.G.: Zaczyna się przesympatycznie, bo właśnie tytułowym kebabem i horoskopem.

Nie zepsuję Wam zabawy, jeśli powiem, że dwóch panów spotyka się w barze serwującym kebab. Jeden z nich właśnie zwolnił się z pracy, drugi jako wróżka Ellena przez rok pisał horoskopy, według których ten pierwszy przez ostatnie dwa lata układał swoje życie. Dlatego między innymi zrezygnował z pracy – przeczytał taką poradę w gazecie. W ten sposób zaczyna się ich przygoda z nowym biznesem…

A.K.: … którym staje się marketing…

P.G.: … i który ma wpływ na życie pozostałych bohaterów.

A.K.: Warto się na tę produkcję wybrać.



P.G.: No cóż. Nadchodzi koniec naszej tegorocznej przygody z Festiwalem. O godzinie dwudziestej odbędzie się uroczystość rozdania nagród i oficjalne zakończenie. Tam wszystkiego się dowiemy. My tymczasem biegniemy na czerwony dywan. Staniemy najbliżej jak się da!


Paweł Gładysz, Antoni Kaja