Relacje

Wielki spektakl drobnej kobiety

Źródło grafiki: d.naszemiasto.pl/k/r/8c/dd/5482d6beb56e8_gd.jpg?1606238702 (fot. Marta Rzepka, zdjęcie z portalu "Nasze miasto"); progresja.com/wp-content/uploads/2014/09/zaz_plakat.jpg
Było jak w musicalu: muzyka, zwroty akcji, kreacje grupowe i gwiazda – Isabelle Geffroy, czyli Zaz. Jej koncert na festiwalu Francophonic przeniósł nas z zimnej Warszawy do wrzącego centrum paryskiej bohemy.
Piotrek Wróblewski: Piękny, zaskakujący i porywający spektakl. Z utworu na utwór coraz bardziej przenosiliśmy się do bajkowej krainy artystki. Rozpoczęło się od popowego akcentu, szybko jednak pojawiła się muzyka z kabaretu, piano barów i swingu lat trzydziestych. Nie było przeciętnych piosenek, nie było przerw ani przestojów. Zaz i jej fenomenalny zespół zagospodarowali nam każdą chwilę. Artyści wspólnie budowali napięcie, przechodząc płynnie między muzycznymi gatunkami. Gdy Zaz zmieniała kreacje za kulisami, muzycy zajmowali się publicznością tak dobrze, jakby wcale nie potrzebowali francuskiej wokalistki. Ale kiedy powracała na scenę...

Michał Ciemniewski: …to publiczność jadła jej z ręki. Faktycznie, Zaz udowodniła, że jest dziewczyną potrafiącą narzucić tempo. Ma w sobie coś z buntowniczej charyzmy Patti Smith czy Joan Jett, a i nie brak jej dyrygenckiej zdolności do kierowania publicznością. Zupełnie jak u Freddiego Mercury’ego! No i to ciągłe skakanie między stylami! Trzyczęściowe przedstawienie, upływające pod znakiem oddzielnych kreacji dla każdej odsłony (chodzi zarówno o stylistykę, jak i o sceniczny wizerunek), przenosiło nas od współczesnej francuskiej muzyki popularnej przez tradycję uliczno-barowego gypsy jazzu aż do rewiowo-tanecznych rytmów. Wszystko to trzymane było w ryzach przez jej charakterystyczny, emocjonalny wokal. F-A-N-T-A-S-T-Y-C-Z-N-E!



Mnie najbardziej podobała się druga, swingująca część. Zaz świetnie wykonała Comme ci comme ça oraz Paris sera toujours Paris – obecnie ukochany przeze mnie hit radiowy. Artyści złożyli też w tej części hołd Django Reinhardtowi, jednemu z moich ulubionych gitarzystów, odgrywając brawurowo jego słynną kompozycję Minor swing.

PW: Zobacz, jak szybko można nauczyć się polskiego. Zaz w przerwach między utworami grała, bawiła się z widownią i do tego całkiem sporo mówiła w naszym języku. Przyznasz, że było to urocze.

MC: Ja po francusku potrafię powiedzieć tylko „Citroën”, więc tym bardziej podziwiam szczerą chęć Isabelle do zmagania się z polszczyzną – wszak mieszkańcy kraju nad Sekwaną słyną z niechęci do nauki języków obcych.

Tekstów piosenek i francuskojęzycznych wypowiedzi artystki nie rozumiałem, zapewne mało kto je rozumiał. Ale nie przeszkadzało to w odbiorze muzyki. Emocje obywały się bez tłumaczenia i natychmiast udzielały się wszystkim zgromadzonym w klubie Progresja.

PW: Zaz przywróciła mi wiarę w muzykę. Jej twórczości nie można klasyfikować: to jazz, pop, blues, muzyka świata – wszystko zarazem. Co najważniejsze, każdy z tych elementów idealnie pasuje do pozostałych. Czułem się jak na dobrym musicalu.

Powiem szczerze, że wcześniej nie przepadałem za Zaz, a jednak jej koncert opuściłem z pozytywną energią i uśmiechem zadowolenia na twarzy.

MC: Mnie Zaz nie musiała niczego przywracać. Nie wiem jak ty, ale ja mam tak, że podobają mi się koncerty, które mi się podobają . Jeśli występ miał jakieś minusy, to ich nie zarejestrowałem, bo zupełnie wyzbyłem się obiektywizmu.

Czy warto było tłuc się na koncert przez całe miasto i w dodatku zabłądzić po drodze? Warto. Muzyczny klimat paryskiej ulicy bardzo mi pasuje, a Zaz to od teraz jedna z moich ulubionych emanacji kultury francuskiej. Wyprzedza nawet Zinedine’a Zidane’a i bagietki.

Allez les Bleus! I niech Gerard Depardieu żałuje, że nie jest już Francuzem.  


       


Michał Ciemniewski, Piotr Wróblewski