Recenzje

Obrazem o Munchu

Źródło grafiki: materiały własne; ocdn.eu/images/pulscms/NmY7MDQsMCwyY2QsNTAwLDJkMDswNiwzMjAsMWMy/226b2246fb43b42c9c17baaa577c5b1a.jpg; images.gildia.pl/_n_/komiks/komiksy/munch/1/okladka-600.jpg
Zdarza się czasem, że oryginalne i niespotykane wcześniej rozwiązanie formalne od razu wydaje się naturalne, w pełni uzasadnione, jedynie słuszne i godne naśladowania. Tak właśnie odebrałam połączenie komiksu i autobiografii malarza – odkąd przeczytałam Muncha Steffena Kvernelanda.



Pozycja ta, opublikowana latem przez wydawnictwo Timof Comics, sprawia zresztą niesamowite wrażenie już na pierwszy rzut oka. Olbrzymia księga (210 x 280 mm, 280 stron) w twardej oprawie przywodzi na myśl format albumów malarskich. Takie tomiszcze zdecydowanie nie nadaje się do szybkiej lektury w autobusie – należy je wygodnie kontemplować w domowych pieleszach. Już sama okładka wiele mówi o zawartości dzieła: mamy bowiem odwołanie do najbardziej rozpoznawalnego obrazu Muncha, Krzyku, mamy wizerunek samego malarza i próbkę stylu Kvernelanda – mieszankę malarskości i karykatury.

Dzieło norweskiego komiksiarza zaskakuje czytelnika na wielu poziomach. Weźmy na przykład zderzenie takiego szacownego formatu i poważnego – zdawałoby się – tematu z karykaturą, obsceną i wulgarnością! Można jednak wytłumaczyć taki zabieg naturą bohatera komiksu: wielki, genialny malarz, którego dzieła rozpoznają dzisiaj nawet niewtajemniczeni w arkana sztuki malarskiej, a który żył życiem skandalisty, pijackie wybryki przeplatając miłosnymi podbojami. Dosyć wulgarne są też fragmenty z samym Kvernelandem w roli głównej. O tak, artysta nie zawahał się przed umieszczeniem siebie samego obok wielkiego geniusza. Ale i to jest wytłumaczalne. Okazuje się bowiem, że XXI-wieczny twórca komiksów odnajduje w swoim życiu wiele punktów wspólnych z biografią XIX-wiecznego malarza. Może to nawet główny powód, dla którego Steffen Kverneland podjął się realizacji tego projektu?



Nie jest to wcale teoria wyssana z palca. „Członkowie rodziny Muncha padali jak muchy, członkowie mojej też. Tylko ja zostałem, jasne więc, że trochę się z nim identyfikuję. Czuję czasem, jakbym tworzył coś w rodzaju zastępczej autobiografii” (s. 132) – takie oto słowa padają na jednej z kart komiksu z ust Kvernelanda, a tuż obok widnieje rysunek z nim samym ucharakteryzowanym na Edvarda Muncha. W ten sposób autor zyskuje możliwość ciągłego komentowania opowieści i nieraz korzysta z tej okazji. Podobne wtręty pozwalają na autotematyczne obnażenie warsztatu, uzasadnienie pewnych wyborów artystycznych oraz dopełnienie ich autoanalizą. Bardzo cenny pod tym względem jest prolog, utrzymany właśnie w autoironicznym i metatematycznym stylu.

We wspomnianym wstępie Kverneland pisze: „Munch jest doskonałą postacią komiksową! Wszystko, co tworzył, było autobiograficzne, więc mogę korzystać na przemian z listów, dzienników, notatek, rysunków, grafik i obrazów” (s. 8). I tak norweski autor zrobił – cała warstwa literacka Muncha składa się z cytatów, z zachowanych na piśmie wypowiedzi malarza i całego panteonu postaci bezpośrednio z nim się stykających (źródła umieszcza sumiennie albo na dole strony, albo na końcu publikacji). Taki chwyt pomaga odtworzyć niepowtarzalną atmosferę berlińskiej cyganerii, w której żył, tworzył i bawił się Edvard Munch. Dobrze współgra także ze stylistyczną mieszanką komiksu, składającej się z czarno-białych rysunków, wplecionych gdzieniegdzie fotografii, pięknych, malarskich kadrów na całą stronę oraz świadectw karykaturalnego zacięcia, dodającego całości wyrazistości.



Wszystkie powyższe słowa potwierdzają, że Munch Steffena Kvernelanda to dzieło doskonałe pod względem formy, artyzmu, warsztatu. Ale przecież komiks ten jest także wyjątkowy dzięki swej treści. Życie norweskiego malarza świetnie nadaje się na temat rozpraw wszelkiego typu, a w dzisiejszych czasach dostarczałby zapewne również potężnego materiału dla pism plotkarskich. Hulanki w kawiarniach, skandale, które nie straciłyby na skandaliczności i teraz, gorące dyskusje artystyczne, nowatorskie rozwiązania twórcze, głośne romanse – a wszystko w doborowym towarzystwie Augusta Strindberga, Stanisława Przybyszewskiego, Dagny Juel i wielu innych stałych bywalców winiarni Pod Czarnym Prosiakiem.



Genialny bohater, arcyciekawa historia, ekscytujący nastrój – to zalety, które Munch Kvernelanda posiada, ale którymi mogą odznaczać się liczne dzieła. Tyle, że to nie jedyne walory tego komiksu i na pewno nie najcenniejsze. Można przecież dodać do tego jeszcze różnorodność stylu graficznego i warstwę literacką złożoną w całości z cytatów. Dla mnie jednak najbardziej wartościową cechą tej publikacji jest właśnie wybór formy komiksu dla biografii malarza. Przecież taka opcja wydaje się jedynie słuszna, skoro o Munchu równie wiele można dowiedzieć się z przekazów literackich i z jego własnych dzieł. A komiks pozwala na zachowanie równowagi między tymi dwoma elementami, szczególnie gdy świadectwami z epoki szafuje ktoś tak zręczny i utalentowany jak Steffen Kverneland.    



Tytuł: Munch
Autor: Steffen Kverneland
Przekład: Helena Garczyńska
Wydawnictwo: timof comics
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Liczba stron: 280
Format: 210x280 mm
Oprawa: twarda


Magdalena Pawłowska

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.