Prime time

Muzyka ma znaczenie

Jak niebo w piosence zespołu Coldplay pełne jest gwiazd, tak wyjątkowo rozgwieżdżona była tegoroczna, 57. gala rozdania nagród Grammy. A ponieważ wszystkie muzyczne galaktyki zgrupowały się wokół Sama Smitha, również moja krótka relacja podda się jego przyciąganiu. W jaki sposób zatem tym razem celebrowano święto niezaprzeczalnej i wiecznie żywej siły muzyki?
Sam po raz pierwszy, Sam po raz drugi

Przeszło 25 milionów widzów grzało się przy ogniu legendarnego zespołu AC/DC, który zainaugurował uroczystość kawałkami Rock or Bust oraz Highway to Hell. Chwilę później prowadzący LL Cool J zapowiedział ogłoszenie werdyktu w pierwszej kategorii, a po statuetkę dla najlepszego nowego artysty zgłosił się Sam Smith, który skromnie podziękował za wyróżnienie.

To już swego rodzaju tradycja, że rozdanie nagród Grammy uświetniają tytani sceny muzycznej, wykonujący znane utwory wraz z reprezentantami młodego pokolenia artystów. W tym roku oglądaliśmy takich duetów całkiem sporo. Dla przykładu – Jessie J i Tom Jones kunsztownie wykonali utwór You’ve Lost That Loving Feeling, któremu magazyn Rolling Stone przyznał 34. pozycję na liście 500 utworów wszech czasów [1].


Chyba nikogo nie zaskoczyło, a niektórych nawet ucieszyło, że za najlepsze solowe wykonanie pop National Academy of Recording Arts and Sciences (pol. Narodowa Akademia Rejestracji Sztuki i Nauki) uznała Happy Pharella Williamsa. Piosenkę tę wykonał on oczywiście na żywo i nie warto byłoby o tym pisać, gdyby nie po części złowroga aranżacja utworu, opracowana we współpracy z – uwaga – Hansem Zimmerem. Tak, słychać, że minionym sezonie przepis na sukces tkwił w orkiestrze i chórach gospel.

Następnie Miranda Lambert dała jasno do zrozumienia, że bliżej nieznany mężczyzna na pewno nie pojedzie jej małym czerwonym wagonikiem (jednocześnie wyraźnie pokazując, że country JEST cool). Dodam, że za krążek, z którego pochodzi ten utwór, piosenkarka odebrała statuetkę dla najlepszej płyty country.



A zaraz potem ogłoszono: na miano najlepszego albumu pop zasługuje In The Lonely Hour Sama Smitha. Wtedy padły pierwsze ważne słowa tego wieczoru. Muzyk przyznał, że początkowo próbował dostosować się do panujących kanonów; starał się nawet schudnąć, ale wówczas tworzył kiepską muzykę, która nikogo nie interesowała. Dopiero kiedy postanowił pozostać sobą, ludzie zaczęli go słuchać. Podziękował więc słuchaczom za to, że pozwolili mu zachować swoją tożsamość i zaakceptowali go takim, jakim jest. Te słowa nie wymagają rozwinięcia. Człowiek żyje naprawdę dopiero wówczas, gdy nie musi nikogo udawać.

Nowe nadchodzi, a stare wciąż trwa

Chcąc przybliżyć tylko niektóre z występów, które miały miejsce podczas gali, nie mogę pominąć piosenki Only One, która podobno powstała z myślą o córce Kanyego Westa w wyniku współpracy muzyka z Paulem McCartneyem. West przypomina w niej, że może daleko nam do ideału, ale nie składamy się też wyłącznie z naszych błędów.

Koniecznie muszę również wspomnieć o Rewolucji Miłości, czyli o nowej krucjacie Madonny. Ma ona być walką o samoakceptację rasy ludzkiej, a artystka za pomocą albumu zaplanowanego na marzec postara się udowodnić nam, że jesteśmy unikalni i mamy prawo dzielnie kroczyć przez życie, zwyciężając na swojej drodze wszystkie demony.

Polecam Waszej uwadze występ Adama Levine’a i Gwen Stefani – artyści naprawdę wzruszająco zaśpiewali jeden z najnowszych utworów zespołu Maroon 5.

W sposób szczególny zachwycił mnie występ Hoziera i Annie Lennox. Każdy chciałby się starzeć tak jak ona. Ta para to kolejny czarny koń tegorocznej gali –zebrała owacje na stojąco. Sam utwór Hoziera Take Me to Church ma bardzo istotne ideologiczne przesłanie i w tym roku został wyróżniony nominacją do złotego gramofonu.

Części z Was jednak i tak nie mógłbym niczym bardziej zaskoczyć jak tylko brawurowym wykonaniem przez Tony’ego Bennetta i Lady Gagę uwielbianej, czarującej, jazzowej piosenki Cheek to Cheek. Ich wspólną płytę pod tym samym tytułem uznano za najlepszy tradycyjny album pop. Tylko pozornie tych dwoje to groteskowy duet!

Na oficjalną premierę najnowszego singla Rihanny FourFiveSeconds czekano bardzo długo. Ani ona, ani Kanye West i (tym bardziej) Paul McCartney, z którymi pracowała nad tą piosenką, nie zawiedli publiczności zgromadzonej w Staples Center w Los Angeles i po prostu razem zaśpiewali, dobrze się przy tym bawiąc, choć – o ironio - mam niestety podejrzenia, że mikrofon Paula był odłączony.

Biała wstążka muzyki

Po którejś z kolei przerwie reklamowej na telebimie niespodziewanie pojawiła się twarz Baracka Obamy. Prezydent Stanów Zjednoczonych nawoływał do wspólnej walki z przemocą wobec kobiet, które są najczęstszymi ofiarami gwałtów i agresji domowej. Obama powoływał się na ogromną siłę, jaką ma przykład dawany przez muzyków swoim fanom – twórcy kultury kształtują poglądy milionów ludzi, do których dociera ich dorobek artystyczny. Przekaz wzmocniło wykonanie przez Katy Perry utworu By The Grace of God, którego treść mocno koresponduje z orędziem prezydenta USA.



Rozleglejszy kontekst towarzyszył również wypowiedzi Prince’a, który przed wręczeniem nagrody za najlepszy album powiedział: Albumy. Pamiętacie, co to takiego? Wciąż mają znaczenie, podobnie jak książki i życie czarnych ludzi. W tych ostrych słowach odnaleźć można nawiązania do ostatnich wydarzeń w Stanach Zjednoczonych: na skutek nieuzasadnionego, śmiertelnego postrzelenia czarnoskórego chłopca przez białego policjanta nasiliły się głosy protestu przeciw rasizmowi służb porządkowych.

Temat został rozwinięty podczas finału gali. Beyoncé zaśpiewała Take My Hand Precious Lord, po czym John Legend i Common wykonali swój utwór Glory, który powstał na potrzeby filmu o Martinie L. Kingu (obraz zatytułowany jest Selma i walczy w tym roku o Oscara). W swojej treści utwór nawiązuje do sytuacji osób czarnoskórych w Stanach Zjednoczonych oraz do słynnego ruchu Civil Rights Movement, aktywnego w latach 1954-1968, a według wielu – czemu trudno odmówić słuszności – trwającego do dzisiaj.

Sam po raz trzeci, Sam po raz czwarty

Po tym, jak rozbrzmiał powszechnie rozpoznawany już utwór Sii Chandelier, wyreżyserowany w nietypowej scenografii, dokładnie w pięćdziesiąt siedem lat po sukcesie Volare, nagrodę za piosenkę roku – Stay With Me – ponownie odebrał Sam Smith, a chwilę później znów został wywołany po odbiór trofeum za nagranie roku. Wtedy otwarcie podziękował mężczyźnie, który złamał mu serce, za to, że dzięki niemu właśnie dostał swoją czwartą statuetkę Grammy. My również dziękujemy!



W tym roku oficjalnie ogłoszono również utworzenie stowarzyszenia Grammy Creators Alliance. Jego zadaniem jest promowanie tych zmian w amerykańskim prawie, które zabezpieczają rozwój i finansowe roszczenia zarówno obecnych, jak i przyszłych pokoleń twórców [2]. To pierwszy zakrojony na tak dużą skalę krok w walce z muzycznym piractwem.

Na zakończenie postaram się odpowiedzieć na pytanie, które nurtuje bardzo wiele portali plotkarskich: czy Kanye West wbiegł na scenę, żeby zaprotestować przeciw nagrodzie za album roku wręczonej Beckowi i ponownie zamanifestować swoje przekonanie o niesprawiedliwości wymierzonej w Beyoncé? Obawiam się, że wbrew opiniom bulwarowych mediów mieliśmy do czynienia jedynie z bardzo błyskotliwym przykładem autoironii.

 


PEŁNA LISTA NOMINOWANYCH I NAGRODZONYCH PODCZAS 57. GALI ROZDANIA NAGRÓD GRAMMY: http://www.grammy.com/nominees  


Źródła:

[1]http://www.rollingstone.com/music/lists/the-500-greatest-songs-of-all-time-20110407 [dostęp 10.02.2015].
[2]http://www.grammy.com/Alliance [dostęp 10.02.2015].


Paweł Gładysz

Student biologii na Uniwersytecie Gdańskim, anglista i tłumacz. Scenarzysta samouk i obserwator kultury popularnej. Uważa, że najważniejsze są drobiazgi oraz że dzień bez kubka zielonej herbaty to dzień stracony.