Recenzje

Jak rozgniewać Szackiego?

Dobry kryminał poznaję po tym, że wraz z czytaniem kolejnych stron książki zapominam o jego fikcyjności i nie mam wątpliwości, że morderca w każdej chwili może wejść przez drzwi mojego mieszkania. Cenię go jeszcze bardziej, gdy niewiele myśląc odkładam lekturę, żeby sprawdzić, czy na pewno zamknęłam wspomniane drzwi na klucz.
Właśnie takim kryminałem jest według mnie Gniew, ostatnia część trylogii napisanej przez Zygmunta Miłoszewskiego, a poświęconej sprawom prowadzonym przez Teodora Szackiego, gwiazdę polskiej prokuratury, pracującego przez lata w wielu rejonach, poczynając od warszawskiego Śródmieścia, przez Sandomierz i Kielce, kończąc w Olsztynie. Właśnie w tym ostatnim mieście toczy się akcja powieści – oto stolica Warmii, wraz z jej jedenastoma jeziorami, dobrąpruską architekturą oraz pozostałym bałaganem. Kwintesencją panującego nieładu jest intrygująca idea autora systemu sygnalizacji świetlnej (jej twórca wychodzi z założenia, że kumulacja czerwonej fazy pozwoli na utrzymanie niskiej prędkości rozwijanej przez kierowców stojących w ciągłej kolejce na kolejnych skrzyżowaniach).

Jak już wspominałam, Szacki pracował do tej pory w wielu miejscach. W pierwszym tomie (Uwikłanie) poznajemy go w chwili, gdy bada sprawę morderstwa popełnionego na warszawskim Powiślu – tuż naprzeciwko stadionu Legii. W następnej powieści (Ziarno prawdy) z osobistych przyczyn zmienia miejsce pobytu i trafia na Kielecczyznę, by tropić tam morderstwo, którego podstawą miał być domniemany mord rytualny. Po rozwiązaniu tej sprawy (oraz po kilku latach spędzonych w okolicach zamieszkiwanych przez skądinąd znanego księdza o detektywistycznym zacięciu) na chwilę przeprowadza się do Warszawy i wraca do stołecznej prokuratury, jednak po kilku tygodniach walki z samym sobą decyduje się ją opuścić. Tym razem Szackiego wywiewa na Północ – do Olsztyna. W tym samym czasie okazuje się, że jego była żona wraz ze swoim obecnym mężczyzną planuje przeprowadzkę, ale nie zamierza zabierać ze sobą nastoletniej prokuratorskiej córki, która tym samym trafia pod opiekę do Szackiego.

Kiedy rozpoczyna się akcja Gniewu, Szacki jest już dobrze znany w olsztyńskim środowisku. Sam też już zaczyna odczuwać rutynowość swojej pracy i nuży go to, że w okolicy nie popełnia się ciekawych przestępstw. Zachowuje się trochę niczym Sherlock Holmes, tylko bardziej zrównoważony psychicznie – oczekuje na jakiś przełom, na jakąś akcję.W końcu mu się udaje. Szacki zostaje rutynowo wezwany do tak zwanego Niemca. Na prokuratora czeka analiza ludzkich szczątków z czasów pruskich. Kości są czyściutkie, nie ma nawet śladu, który mógłby wskazywać, że śmierć znalezionego nastąpiła w sposób naturalny wiele, wiele lat temu. Po spisaniu protokołu Szacki odesłał kości na uniwersytet z myślą o możliwości wykorzystania ich w celach edukacyjnych. Studenci medycyny muszą w końcu na czymś się uczyć. Szybko jednak okazuje się, że kościotrup jest zbyt kompletny, posiada wszystkie, nawet najdrobniejsze (jak na przykład kosteczki słuchowe) elementy, łącznie z nadmiarową protezą, która po szybkiej analizie i kilku telefonach okazała się wszczepiona około dwa tygodnie przed znalezieniem szczątków.

Tak zaczyna się powieść, a dalej, jak u Hitchcocka, napięcie tylko rośnie. Pozwolę sobie nie opisywać przebiegu całej fabuły, gdyż mam wrażenie, że odebrałoby to cały sens lekturze Gniewu. Zdradzę tylko, że dzieje się całkiem sporo. Na pewno nie działa w tym wypadku zasada, że akcja się nie liczy, bo i tak wiadomo, że zabił lokaj. W toku powieści miałam przynajmniej kilka koncepcji dotyczących tego, kto zabił (chociaż okładkowy opis sugeruje, że pytanie to należy przeformułować na „kto zostanie zabity?”) i de facto wszystkie okazały się w pewnym stopniu prawdziwe. We wszystkich częściach trylogii Miłoszewski znajdował jakiś motyw przewodni. W Uwikłaniu to komunistyczna spuścizna, w Ziarnie prawdy mamy do czynienia z intrygą zbudowaną na wątku antysemityzmu, natomiast w Gniewie tłem jest coś, co nieczęsto uznaje się za temat godny uwagi – przemoc domowa. To wokół niej kręci się fabuła powieści. Autor przytacza różne aspekty tego problemu. Od bicia w domu za najmniejsze przewinienie, przez gwałt w małżeństwie i przemoc psychiczną do równie ciężkiego grzechu, czyli niezwracania na to wszystko uwagi, braku reakcji na akty przemocy u naszych sąsiadów czy bliskich. Wniosek z tej książki może być tylko jeden: nikt nie uniknie bycia zaangażowanym. Nawet Teodor Szacki, najprzyzwoitszy z przyzwoitych, prokurator zawsze ubrany w porządny garnitur, nie ustrzeże się przemocy.

Czterystustronicowa powieść zawiera nie tylko zgrabne opisy przebiegu dochodzenia (zbierania materiałów dowodowych, poszlak czy tym podobnych), zawiera wreszcie nie tylko zakończenie trylogii, do którego zaraz wrócę, lecz także niezbędne dla kryminalnych powieści podsycacze napięcia – charakterystyki ludzi postronnych, opisy przestrzeni i miejsc rozgrywającej się akcji. Nie dość, że te elementy ani razu mnienie znudziły, idealnie wymierzone sprawiały, że potęgujące się emocje mogły na chwilę opaść i miałam okazję do tego, by nabrać nowej siły na dalsze zmagania z przestępcami ściganymi przez Szackiego. To z tych wtrętów możemy bardzo dużo dowiedzieć się o Olsztynie i jego okolicy, o wspominanej już sygnalizacji świetlnej i poplątanej architekturze, z którą (według autora) nie poradzili sobie Polacy dobudowując dotak zrozumiałego pruskiego miasta nasze typowe gargamele co chwila przypominające, że tak naprawdę jednak jesteśmy w Polsce.

Nieco wyżej obiecywałam wrócić do zakończenia. Było to zakończenie nie tylko tej jednej powieści, lecz także całej trylogii. Obawiam się, że to akurat najsłabszy punkt tej (jakże świetnej zresztą) serii. Intryga jest nieco niezrozumiała i nie do końca wyjaśniona. Ostatnia strona wskazuje na to, że Szacki jeszcze powróci. Nie wiadomo w jakiej roli, ale będziemy dalej o nim czytać. Autor jednak zarzeka się, że to się już nigdy nie stanie, że historii Teodora Szackiego, celebryty wśród prokuratorów, nie będzie kontynuował (łącznie z podaniem argumentu, że trylogie sprzedają się najlepiej). Historia Szackiego kończy się trochę jak historia Stanisława Wokulskiego, o którym nic pewnego nie wiadomo. Mógł zginąć w ruinach, ale mógł też zwyczajnie wyemigrować. Zakończenie Gniewu jest równie otwarte jakzwieńczenie Lalki. Pozostawia taki sam niedosyt. Ale kto wie, może dzięki temu fani powieści pokuszą się o jej ciekawe uzupełnienia?

Na podstawie dwóch pierwszych tomów trylogii powstały już filmy. Nie łączą się one ze sobą w żaden sposób, ponieważ w pierwszym z nich Szackiego, a w zasadzie Szacką, gra Maja Ostaszewska, w drugim zaś główną rolę odgrywa Robert Więckiewicz. Tak samo różne są osoby reżyserów. Co je łączy? Wspólny pierwowzór. Po przeczytaniu Gniewu spodziewam się, że prędzej czy później po tę książkę sięgnie kolejny reżyser. Chciałabym wierzyć, że będzie nim Wojciech Smarzowski. Gniew pisany jest pod niego albo przynajmniej w obliczu bardzo silnej inspiracji jego twórczością pełnometrażową.

Dorobek Miłoszewskiego zawsze zasługuje na pochwałę. Jego kryminały nie tylko zawierają bardzo ciekawą, aktualną społecznie, intrygę, lecz także są świetnymi powieściami grozy. Tak było z debiutanckim Domofonem, tak jest i z najnowszym Gniewem. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić wszystkim lekturę powieści Miłoszewskiego. Na pewno nie będzie to stracony czas.



autor: Zygmunt Miłoszewski 
tytuł: Gniew
wydawnictwo: W.A.B 
miejsce i rok wydania: Warszawa 2014 
stron: 380 
format: 137 × 206 mm
oprawa: miękka

Agnieszka Szypulska

Studentka kulturoznawstwa i gospodarki przestrzennej. Słucha ulicy i ogląda ludzi. Tropi narracje, zwłaszcza te miejskie. Lubi opowiadać niestworzone historie o warszawskich zakątkach i robi to zawodowo. Szybko się zakochuje - w miejscach, książkach i fikcyjnych mężczyznach.