Recenzje

Życie dzieje się samo

Źródło grafiki: witajslonce.pl/wp-content/uploads/2015/05/IMG_5658.jpg
Książka Małgorzaty Halber – choć daleka od patetycznej retoryki – do łatwych nie należy. I nie chodzi tylko o to, że autorka rozlicza się w niej ze swoim uzależnieniem. Rzecz nie polega również wyłącznie na tym, że Halber to postać znana ze szklanego (nomen omen) ekranu, osoba publiczna. Siła Najgorszego człowieka na świecie tkwi w niewiarygodnej trafności demaskatorskich obserwacji dotyczących nas wszystkich razem i każdego z osobna.
Po kolei jednak. Zacznijmy od tego, że Małgorzata Halber, a raczej jej porte parole, Krystyna, główna bohaterka, przyznaje się do alkoholowego nałogu. Informuje czytelników, że to on stanowi główną przyczynę powstania książki: po troszę dziennika, po troszę pamiętnika, po troszę zbioru ogólnych refleksji o naturze człowieka. Krystyna opowiada nam o sobie – wiele i szczerze, ze skrępowaniem, ale w pełni, do końca, do bólu. Przemierzamy wraz z nią korytarze kolejnych poradni uzależnień, przekazujemy z rąk do rąk zalaminowane materiały dydaktyczne na spotkaniach AA, rzygamy na wyjazdach integracyjnych organizowanych przez kolegów z telewizji, próbujemy uzmysłowić naszemu partnerowi, że on też jest uzależniony, chodzimy do osiedlowego sklepu po pięć browarów i kupujemy je na krechę, wracamy na mityngi, rzucamy je w diabły, potem znów przychodzimy do ośrodka z tym samym co zwykle poczuciem upokorzenia i porażki. Łatwo utożsamiamy się z bohaterką. Współczujemy jej, kibicujemy. Próbujemy ją zrozumieć, a właściwie to rozumiemy, choć przecież nie jesteśmy uzależnieni (no bo NIE JESTEŚMY). A co na to wszystko Krystyna-Małgorzata? Otóż Krystyna-Małgorzata uśmiecha się i kiwa głową, a potem mówi z rozbrajającą szczerością: przecież też jesteś uzależniony, nie musisz udawać. Jesteśmy tacy sami.

To właśnie mam na myśli, mówiąc o potędze książki Halber. Autorka z wielką szczerością (którą doceniam tym mocniej, im bardziej myślę o doświadczeniach kryjących się za takim zachowaniem) rozbraja plastikowo doskonałą konstrukcję człowieka współczesnego. Prawda o uzależnieniu dziennikarki staje się prawdą o naszych zadrapaniach, znienawidzonych niedoskonałościach, które próbujemy zatuszować ze strachu przed byciem nieperfekcyjnym. Dostajemy to wszystko już na samym początku, bohaterka bowiem otwiera swoją opowieść w bardzo mocny sposób:

Jeszcze zanim zacznę, chcę powiedzieć coś, co odkryłam zupełnie niedawno.
KAŻDY SIĘ WSTYDZI.

KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY.

ŻE NIE JEST ŁADNY.

ŻE ZA MAŁO WIE.

I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO DOBRZE RADZI SOBIE W ŻYCIU.

KAŻDY.

Dlaczego więc nikt się do tego nie przyznaje? Dlaczego nikt o tym nie mówi? 
(s. 8)

Najgorszy człowiek na świecie to wielkie zwycięstwo Halber właśnie dlatego, że otwiera jej furtkę do mówienia, do wyrażania w słowach pełni swojego człowieczeństwa. W taki też sposób autorka traktuje działalność literacką, choć wydaje się, że trafniejszym terminem niż „literatura” jest raczej „pisanie, zapisywanie” rozumiane jako akt, zdarzenie, nieodłączny proces scalający pisarza z tym, co zwerbalizował. Nie oznacza to, że publikacji brakuje prozatorskiego kunsztu: w wielu miejscach odnajdziemy wyraźnie wprowadzone pomysły kompozycyjne, a sama narracja odznacza się sporą dozą lekkości i naturalności, co dodatkowo czyni opowieść wiarygodną. Zdaje się jednak, że powyższe kryteria nie są w tym przypadku najważniejsze. Pisarka w Najgorszym człowieku na świecie po prostu przywraca językowi moc dotykania istoty rzeczy, używa prostych słów do wyrażenia spraw trudnych, zawikłanych, zakłamanych. Widzę w tej książce głównie literacki potencjał docierania do prawdy.

Halber wskazuje jasno: największym przekleństwem dzisiejszego człowieka stała się presja idealności i sukcesu. Interesująco rozprawia się tym samym z fetyszem rozwoju osobistego, obsesją całodobowego coachingu, społecznym przymusem wspinania się po ścieżkach kariery:

[...] nagle, po tylu latach, dowiadujesz się, jak jest naprawdę. I że wcale nie jest jak na amerykańskich filmach. I że wcale nie jest tak, że jak wymyślisz sobie cel i będziesz do niego dążyć, to wtedy osiągniesz satysfakcjonujące życie. I że możesz nie wiedzieć. Że jest na przykład taki stan jak «niewiedzenie» i on jest w porządku.  (s. 288)

Chwila wycieczki osobistej: przyznam, że właśnie ten wątek najmocniej pobudził mnie do refleksji i autodiagnozy. To, o czym czytamy w przytoczonym cytacie, widzę niemal każdego dnia. Codziennie z różnych stron wyzierają motywujące wpisy, poradniki dobrego życia, oferty indywidualnych spotkań z bardzo mądrymi ludźmi, którzy wiedzą, jak żyć, i zdradzą mi wszystkie swoje tajemnice – oczywiście za odpowiednią opłatą. Ba, sama kiedyś chcę zamieszczać podobne wpisy na moim fanpejdżu służbowym, a i napisanie poradnika znajduje się na liście moich planów na przyszłość. I to wcale nie jest złe, ale pod warunkiem, że nie umyka gdzieś po drodze prawda wyrażona przez Halber w kilku celnych zdaniach: samodoskonalenie i sukces to nie synonimy doskonałości i nieomylności. Pomyślny bieg rzeczy nie stanowi naturalnej konsekwencji zaplanowanego życia, a brak wiedzy to również wiedza, tylko że o samym sobie. W ogóle w Najgorszym człowieku na świecie rola maskowania się ze strachu przed odsłonięciem wad odgrywa nadrzędną rolę, możemy wręcz uznać ją za główny czynnik powodujący u bohaterki uzależnienie. Mimo problemów Halber ostatecznie wychodzi z trudności obronną ręką – właśnie dlatego, że tak ostro widzi granicę między prawdą a maską:

Powierzchowne kontakty dużej masy zestresowanej tym, że nie osiągnęła takiego sukcesu jak inni, spotykającej się na najebkach po pracy, widującej się w przelocie w klubie lub na koncercie. [...] Beka ze wszystkiego. [...] Wyśmiejmy, bo nie wiadomo, jak nas ocenią. A tak – czysta karta. Spokój. Nic z siebie nie pokazaliśmy, te rzeczy są takie bekowe, hehehehe.  (s. 230, 231)

Z tym wiąże się ponadto inna ważna sprawa: szacunek do samego siebie, który – o dziwo – umyka gdzieś w świecie teoretycznie nastawionym na „ja”. Zaistnieć chcą nie tylko jednostki, lecz także zbiorowości, a te napędzają globalny bieg, szepczą do ucha „dalej, dalej, nie ociągaj się, wynik, wynik, wynik!”. Najgorszy człowiek na świecie to także książka o zranionej wrażliwości i o uczeniu się swoich wewnętrznych granic. To opowieść o tym, że nawet jako najgorsi jesteśmy najcenniejsi i warci najtroskliwszej opieki:

[…] teraz wiem, że przez całe lata wydawało mi się, że mam czuć się inaczej, niż czułam. Jakoś. Wesoło. Albo nie narzekać. I zapierdalać. Nie umiałam odpocząć. Nie wiedziałam, co lubię naprawdę. Wiedziałam tylko, że mam zacisnąć zęby. Że jak mnie zaczyna, dajmy na to, boleć palec u nogi, to nieważne, nieważne, inni mają gorzej, powstańcy chodzili kanałami i się nie skarżyli, więc idę dalej, nie, nawet nie idę, staram się biec, żeby udawać, że mnie nie boli. I dopóki mi noga nie zacznie odpadać, to będę zapierdalała.
A tak nie można.

Nie można chodzić bez nogi. 
(s. 142)

Historia przedstawiona w książce wydaje się koszmarem. Pełno w niej słabości, upadków, beznadziei, niemożności otrzymania wsparcia. Świat ogromnie często bywa tam złym miejscem wypełnionym ułudą, którą niby każdy identyfikuje, lecz której nikt się nie przeciwstawia. Mimo tego Najgorszy człowiek na świecie daje odbiorcom wiele nadziei, a to głównie za sprawą końcowego przesłania:

Jest coś większego ode mnie i od wszystkiego, co da się zapisać w słowach. I każde drzewo jest tego kapliczką. Nie ma na to nazw takich jak miłość, lęk, gniew czy ból. Jest to życie. [...] Tego się nie da skontrolować, zaplanować, przerobić na szkoleniu. Życie dzieje się samo.  (s. 300, 302)

Nie może być zatem łatwo, nie może nie boleć, nie może być bezbłędnie. Trzeba walczyć o siebie, trzeba dokopywać się do sensu, trzeba ocalać codziennie swoje pokiereszowane wnętrze. Wszystkiemu temu towarzyszy wielkie zwątpienie, które mimo wszystko nie obejmuje samego sensu wszelkich starań. On istnieje zawsze, bo życie go nie wytraca, życie dzieje się samo. Dojście do tak jasnego widzenia staje się celem wartym każdego wysiłku.

Właśnie o tym według mnie przede wszystkim mówi się w książce Małgorzaty Halber i właśnie dlatego nie godzi się nam przejść wobec niej obojętnie. Najgorszy człowiek na świecie przywraca słowom moc autentyczności, sprowadza je z poziomu abstrakcji do konkretu. Ożywia je – to znaczy przypomina, że życie wyziera spod wszystkich ropnych szlamów ludzkiej duszy topionych w czwartym piwie. Wyziera i wygrywa.


autor: Małgorzata Halber
tytuł: Najgorszy człowiek na świecie
wydawnictwo: Znak
miejsce i rok wydania: Warszawa 2015
stron: 352
format: 168 x 208 mm
oprawa: miękka


Katarzyna Osior

Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, zastępczyni redaktor naczelnej portalu, zajmuje się także redakcją i korektą portalowych artykułów. Miała być lekarzem, ale została językoznawcą i uważa, że lepiej nie mogła wybrać. Obserwuje rzeczywistość z wrodzoną dociekliwością w myśl zasady, że ciekawość to pierwszy stopień nie do piekła, lecz do wiedzy. Wiecznie wierzy – w świat, w ludzi, w uczucia, w język, w Słowo.