Recenzje

Kill Tomie vol. 1 & 2

Na Tomie, zagadkowej kobiecie o niezwykłej urodzie, ciąży straszliwa klątwa. Jej wygląd sprawia, że żaden mężczyzna nie może się jej oprzeć, ale w tej obsesji tkwi pewien makabryczny haczyk: po pewnym czasie każdy z adoratorów zaczyna odczuwać potrzebę zamordowania dziewczyny i pocięcia jej ciała na kawałki (na całe szczęście bohaterka potrafi odtworzyć cały swój organizm z choćby najmniejszego fragmentu ciała). Na tym jednak kończy się lista powodów, dla których można by jej współczuć, ponieważ młoda nieśmiertelniczka niecnie wykorzystuje nadprzyrodzone zdolności do igrania z ludzkimi uczuciami, sieje zamęt, a wszędzie tam, gdzie tylko się pojawi, pozostawia po sobie szlak z ciał...
Dwutomowe dzieło Tomie jest pierwszym w dorobku Junjiego Ity, znanego twórcy japońskiego horroru – jego mangę Remina. Gwiazda śmierci recenzowaliśmy już na łamach portalu. O okolicznościach powstania publikacji przeczytać można w autorskim posłowiu do pierwszego tomu. To także jego swoiste tour de force na miarę burtonowskiego Beetlejuice. Artysta nie ogranicza się, pozwalając sobie na stosowanie wszelkich szokujących zabiegów, oddając przy tym – z wręcz chorą dedykacją, co żadnego fana jego twórczości raczej nie zdziwi – ohydę kolejnych przeobrażeń diabelskiej dziewczyny.

Rzecz w tym, że zwłaszcza na kartach pierwszej połowy opowieści artysta niebezpiecznie balansuje na granicy przesady. Podskórna groza emanująca z jego późniejszych utworów ustępuje miejsca scenom rodem z kina gore, a także iście kuriozalnym obrazom (chyba nikogo nie przerazi nerka z rączkami i nóżkami – co najwyżej może w nas wywołać silną konsternację). W rezultacie nie wszystkie idee wybrzmiewają tak, jak by mogły, a to z kolei skutkuje opadaniem napięcia. Album zamykający jeden z dłuższych cykli Junjiego Ity nieco tonuje makabrę i groteskę, skupiając się bardziej na obsesji, którą Tomie wzbudza w mężczyznach, oraz w intrygujący sposób wracając do motywu kilku kopii dziewczyny współistniejących jednocześnie w jednym miejscu.

Nierówny charakter opowieści nie sprawia jednak, że nie znajdujemy w niej pomysłów naprawdę wyśmienitych. Na szczególną uwagę zasługują: motyw wizerunków (kolejno fotograficznych i malarskich) tajemniczej protagonistki, pewien dość zabójczy wodospad, swego rodzaju kult wytworzony wokół Tomie, a także kilkuczęściowa historia o ideałach piękna zamykająca całość książki. Poza tym na kartach tej niepokojącej sagi znajdziemy: krwawiące dywany, mordercze włosy obdarzone własną wolą (intrygujący koncept, który został znacznie lepiej rozwinięty w mistrzowskiej mandze Uzumaki), obłąkane stare małżeństwo próbujące wysysać młodość ze swoich ofiar, halucynogenny zacier i wiele, wiele innych przedziwnych zjawisk. Prawdziwa menażeria okropności.

Prawdopodobnie jedną z przyczyn, dla których tak trudno jednoznacznie ocenić Tomie, jest to, że w gruncie rzeczy należy uznać tę mangę za antologię pojedynczych opowieści mimo tego, że w kilku z nich powracają te same tematy albo postaci drugoplanowe (niestety rzadko który z bohaterów pozostaje z nami na tyle długo, aby wykształcić odpowiednio pogłębioną osobowość). Także pewne cechy szatańskiego dziewczęcia pozostają niezmienne – i nie mam tu na myśli charakterystycznego pieprzyka. Pozytywną cechę stanowi za to niepewność towarzysząca nam do samego końca fabuły oraz brak jednoznacznych odpowiedzi – jak najbardziej pasują one do opowieści o istocie bardziej przypominającej psotnego demona z ludowych opowieści (lub ewentualnie ucieleśnienie najbardziej zdeprawowanych snów mężczyzny – cóż za pożywka dla psychoanalityków!) aniżeli człowieka, co usprawiedliwia też pewną schematyczność przedstawienia.

Manga ta to również okazja do obserwowania, w jaki sposób zmieniał się styl rysownika, jak przechodził od niepewnych (acz już makabrycznych) początków do prawdziwej maestrii w wywoływaniu odczucia lęku za pomocą samego tylko obrazu. Kolejny smaczek dla wielbicieli twórczości wschodniego mistrza grozy, a zarazem powód do postawienia tych albumów na półce obok reszty jego dzieł.

Gdy weźmiemy pod uwagę kinowe tendencje Japończyków, nie zdziwimy się zapewne, że dzieje Tomie stały się inspiracją dla licznych filmów. Ostatni z nich powstał w 2011 roku, żadnego jednak nie zaliczymy do produkcji szczególnie udanych, bo na dużym ekranie niełatwo oddać taki komiksowy koncept, nie popadając przy tym w przesadę oraz śmieszność. Jedno jest pewne: już choćby ze względu na kultowy status i zdolność do inspirowania kolejnych pokoleń twórców cykl Tomie zasługuje na uwagę. Warto przy tym skonfrontować własne wrażenia z zawartością tej recenzji. A nuż tajemnicze dziewczę rodem z najgorszych koszmarów uwiedzie także i Was?  



autor: Junji Ito
tytuł: Tomie, tom 1.
przekład: Paweł „Rep” Dybała
wydawnictwo: J.P.Fantastica
miejsce i rok wydania: Mierzyn 2015
stron: 378
format: 145 x 205 mm
oprawa: miękka

autor: Junji Ito
tytuł: Tomie, tom 2.
przekład: Paweł „Rep” Dybała
wydawnictwo: J.P.Fantastica
miejsce i rok wydania: Mierzyn 2015
stron: 374
format: 145 x 205 mm
oprawa: miękka  


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.