Recenzje

Demon – kto to taki? O filmie Marcina Wrony

Źródło grafiki: http://culture.pl/sites/default/files/images/imported/film/filmy%20kadry%20i%20dvd/Demon_Marcin_Wrona/full_demon2_770.jpg
Każdy rytuał przejścia wiąże się z ryzykiem. Kiedy członek społeczności przechodzi z jednej roli do drugiej, zostaje narażany na działanie sił nadprzyrodzonych, które nie przynoszą nic dobrego.
Do jednego z takich rytuałów należy wesele. To wystawne święto, dla wielu stanowiące zapowiedź tego, jak będzie wyglądać całe małżeńskie pożycie, polscy twórcy już nieraz wykorzystywali do pokazania problematycznych, palących kwestii społecznych – czy to na przykład niemocy polskiej inteligencji (Wesele Wyspiańskiego), czy też aspiracji nuworyszy (Wesele Smarzowskiego). Do grona tychże obrazów dołączyć można film Marcina Wrony, Demon, który miał swoją premierę na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni.

Akcja Demona rozgrywa się w bliżej nieokreślonym miasteczku za rzeką, do którego most został zniszczony jeszcze przez Niemców. Jedynym sposobem na dotarcie do tego zakątka pozostaje wycieczka promem. W tym właśnie miejscu poznajemy głównego bohatera, Petera – mężczyznę, który zaraz ma wziąć ślub z Żanetą, siostrą chłopaka, którego poznał w Anglii. Pierwszym miejscem, do którego udaje się Peter, jest kamieniołom, pozostający własnością ojca panny młodej – człowieka postępującego zawsze zgodnie z planem i tak wpływowego, że wszystko zawsze zostaje podporządkowane harmonogramowi proponowanemu przez niego. Plan na dzień zaślubin jego córki okazał się tak dokładny, że zawierał nawet przewidzianą pogodę: słonecznie, a na niebie dwie chmurki.

Jednak tym, czego scenariusz ułożony przez ojca, racjonalnie myślącego przedsiębiorcę, nie przewidział, była niezwykle niefortunna dla weselników wizyta ducha, dybuka, który opętał pana młodego w przeddzień ślubu, dając o sobie znać w noc weselną. Według żydowskiej tradycji dybuki to dusze zmarłych, które przylgnęły do ciała żywego człowieka. W tym przypadku Peterem zawładnęła żydówka, Hane – jak wspominał stary żyd zaproszony na wesele, niegdyś najpiękniejsza dziewczyna w miasteczku. Małgorzata Sadowska, jedna z recenzentek filmu[1], zwraca uwagę na transgresyjny charakter tego przylgnięcia: Peter, przystojny mężczyzna, został opętany przez żeńskiego dybuka, który manifestuje się przez kobiece ruchy i niewieści głos.

Sadowska proponuje również nieco inne odczytanie tytułu niż to oczywiste. Pamiętając, że dybuki same w sobie nie są emanacją zła, lecz raczej zagubionymi duszami, proszącymi o pomoc w uzyskaniu wiecznego spokoju (trochę jak dusze, z którymi mamy do czynienia w Dziadach Mickiewicza), nie możemy stawiać między nimi a demonami znaku równości. Czy zatem to o dybuka chodzi w tytule? Czy może pojawienie się Hane miało jedynie sprowokować wyjście prawdziwego demona z cienia? Demona, którym jest ojciec panny młodej, wzorcowy przykład wyznawcy patriarchatu, nieliczący się z nikim, a tym bardziej z uczuciami kogokolwiek, tłamszący wszystkich, na czele z własnymi dziećmi, obezwładniający ich, obarczający winą za niepowodzenia – syna za sprowadzenie „upośledzonego”, a córkę za wzięcie go za męża.

Jaki zatem cel miało wykorzystanie wątku żydowskiego? Najlepszą odpowiedzią wydaje się uznanie tego motywu za element mający przykuć uwagę mniej wnikliwych obserwatorów, ale jego użycie stworzyło także możliwość ubrania całej historii w mistyczny kostium tradycji, która – chociaż tak blisko z nami związana – pozostaje prawie nieznana. Dom podarowany młodym i stodoła, w której odbywało się wesele, były miejscami, w których urodził się i wychował ojciec wybranki Petera. Nieruchomości te jednak nie pozostawały własnością rodziny od pokoleń – dziadkowie panny młodej zajęli je pod nieobecność żydowskich właścicieli. Nonszalancja, z którą do przeszłości tego domu odnosi się ojciec Żanety, jedynie podkreśla wszystko to co starałam się przedstawić powyżej.

Jeśli mam być zupełnie szczera, napisanie powyższego tekstu należało do jednych z trudniejszych zadań. Z seansu wyszłam roztrzęsiona, rozstrojona i jakiś czas zajęło mi zebranie myśli. Prawdopodobnie właśnie na tym powinno polegać katharsis – charakterystyczne dla antyku oczyszczenie poprzedzone wzbudzeniem przez sztukę litości i trwogi. Nie czuję jednak, żeby ulga obiecywana przez katharsis wreszcie nadeszła. Może po prostu nie jest to możliwe?



[1]http://www.canalplus.pl/film/blog-malgorzata-sadowska-wszyscy-kopia-czyli-demon_1775_11
 

Agnieszka Szypulska

Studentka kulturoznawstwa i gospodarki przestrzennej. Słucha ulicy i ogląda ludzi. Tropi narracje, zwłaszcza te miejskie. Lubi opowiadać niestworzone historie o warszawskich zakątkach i robi to zawodowo. Szybko się zakochuje - w miejscach, książkach i fikcyjnych mężczyznach.