Recenzje

Dorotka na miarę naszych czasów?

Źródło grafiki: fot. Antoni Kaja
Catherynne M. Valente to bardzo ciekawa i szalenie utalentowana autorka, obdarzona niesamowitą wręcz wyobraźnią, co dobitnie udowodniły książki, napisane przez nią i już obecne na polskim rynku. Właśnie dlatego z wielką nadzieją czekałem, aż któreś z wydawnictw zainteresuje się jej cyklem powieści dla młodszych czytelników, nawiązującym do klasyki gatunku. Tak też się stało, a ja niebawem mogłem zapoznać się z treścią pierwszej baśniowej powieści o cudnie sążnistym tytule – O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym. (Nie)stety, lekturze tej towarzyszyły dwie sprzeczne emocje: skrajny zachwyt oraz silna konsternacja.
Moje uczucia dotyczą dwóch odrębnych aspektów publikacji, postanowiłem zatem także i tę recenzję podzielić odpowiednio na części. Na pierwszy ogień pójdzie sama fabuła. A jest ona naprawdę nietuzinkowa, choć paradoksalnie celowo schematyczna – ot, wymóg konwencji. Główna bohaterka książki ma na imię September i żyje w mieście Omaha w stanie Nebraska. Jej ojciec walczy na froncie wojennym, a matka pracuje w fabryce (już z tych informacji można wysnuć pewne wnioski co do czasu, w którym rozgrywa się akcja powieści). Dziewczynie wcale nie uśmiecha się ciągłe wykonywanie nudnych obowiązków domowych, dlatego też przyjmuje propozycję Zielonego Wichru (jednego z czterech głównych wiatrów świata) przybyłego z daleka i daje mu się uprowadzić na gepardzicy Bryzie do Krainy Czarów­ – miejsca pełnego szalonych zjawisk i zwariowanych osobników, do którego w baśniach trafiają wszystkie dzieci obdarzone wyjątkowym charakterem. September napotyka tam na swojej drodze m.in. uczoną Librowernę A-do-L, młodego dżina Sobótkę (czy tylko mnie kojarzy się to z Piętaszkiem?), golema z mydła, zmiennokształtne feje i skrzaty, ożywiony ponadstuletni lampion i wielu, wielu innych niezwykłych towarzyszy. Razem przeżywają burzliwe przygody, stawiają czoła różnym niebezpieczeństwom, czasami też – czytelnik zostaje przed tym uczciwie ostrzeżony – leje się krew. Jest zabawnie, strasznie, niesamowicie, słowem: tak, jak być powinno.

Warto podkreślić, że miejsce, do którego trafia September, to bynajmniej nie wesoły plac zabaw. To świat, w którym trzeba nauczyć się walczyć o przetrwanie, w którym trzeba dokonywać wyboru między utratą serca a utratą duszy; to świat uginający się pod jarzmem sprowadzonych z krainy ludzi praw despotycznej Markizy o wymyślnym nakryciu głowy i włosach zmieniających barwę. Daleko mu do ugrzecznionych wersji klasycznych baśni, bliżej zaś do pełnych mroku gawęd autorstwa braci Grimm lub Hansa Christiana Andersena. Każda decyzja może tu zaważyć o życiu lub śmierci.

Ale, ale – skoro wszystko dzieje się w Krainie Czarów, to nasza protagonistka powinna zapewne przypominać raczej Alicję z dzieł Lewisa Carrolla. Otóż nie do końca. Po pierwsze, tłumaczenie tytułu jest dosyć niefortunne (niewykluczone też, że uwarunkowane względami marketingowymi), ponieważ w oryginale mamy do czynienia z Krainą Wróżek (Fairyland). Warto również dodać, że bohaterka nie błąka się bez celu, lecz otrzymała do wykonania pewną szczególną misję, a nawet, można rzec, całą serię zadań, co bardziej upodabnia ją do odważnej Dorotki z Kansas. Także fantastyczne ziemie swą złożonością oraz kolorytem przywodzą na myśl Krainę Oz Franka L. Bauma, pełną królowych uzurpujących sobie władzę, istot z dziwnego tworzywa, bogatych kultur, nietypowych pokarmów etc. Jednak w dziele Valente uważny czytelnik bez trudu odnajdzie również metatematyczne nawiązania do Opowieści z Narnii, Przygód Guliwera, innych baśni czy folkloru. Autorka z wielką uciechą bawi się różnorakimi motywami, doprawiając wszystko indywidualnym, poetyckim  stylem, brawurowymi pomysłami (miasto uszyte całkowicie z tkanin, tabun zdziczałych bicykli, cykl życiowy dżinów przypominający do złudzenia scenariusz serialu Doktor Who), a także narracją, w której to opowiadaczka ani trochę nie kryje się ze swoją obecnością, o swojej wszechwiedzy i wszechmocy nie wspominając (trochę jak w Niekończącej się historii, ale daje się to odczuć o wiele wyraźniej). Jest to zabieg ciekawy, a przy tym bardzo dopasowany do całości, przywodzący na myśl wiele utworów podobnego rodzaju. Momentami odnosimy wrażenie, że o ile obecność bardziej przerażających momentów zyskuje usprawiedliwienie, o tyle wykorzystany zasób słownictwa może okazać się dla młodszego odbiorcy mało przystępny. Weźmy jednak pod uwagę to, że mówimy o baśniowej wyspie, na której wszystko jest możliwe, a zatem trudne, dziwnie brzmiące, obce nazwy zostaną potraktowane raczej jako kolejny element świata przedstawionego, dla bardziej wytrenowanych czytelników stanowiący dodatkowy smaczek (zapewniam, że kilkakrotnie zajrzycie z ciekawości do słownika).

Do warstwy fabularnej można mieć właściwie jeden zarzut. Zanim dojdziemy do całkiem zaskakującego oraz przewrotnego finału, który udowadnia, że nic nie jest w tej książce tak oczywiste, jak niekiedy mogłoby się zdawać, akcja zwalnia w momencie podróży dziewczynki po Zdradliwym i Groźnym Morzu, a jeden rozdział spokojnie można by usunąć bez specjalnej szkody dla całości, zwłaszcza że przekracza on pewne granice odpowiednie dla dziecięcej wrażliwości. Być może wynika to po części z tego, że cała opowieść wydaje się zrywać nieco z baśniowym zwyczajem schematyzmu postaci (dla przykładu: bohaterka niespecjalnie tęskni za domem i nie śpieszy jej się do powrotu), stawiając nacisk na indywidualizm, eksponując reguły rządzące gatunkiem i rzucając im śmiało wyzwanie.

Problem tkwi jednak w czymś innym i jest o wiele poważniejszy. Prozę Valente przepełniają zabawy słowem, gry, dwuznaczności, rymy, co czyni ją niezwykle trudną do przełożenia na język polski. Wprawdzie tłumaczka wyszła z wielu tarapatów obronną ręką (chociażby przez niezwykle rzadkie w literaturze zastosowanie terminu ‘fej’ zamiast ‘wróżka’ czy w zaskakujaco mądrej sekwencji rozgrywającej się w nietypowej łaźni), a klimat w większości przypadków został oddany perfekcyjnie, lecz liczba utraconych żartów językowych, a także niezgrabnych rozwiązań jest na tyle duża, że często psuje to ogólny odbiór. Mało tego – nie raz, nie dwa w trakcie czytania natkniemy się na fragmenty niedopracowane stylistycznie, zaciemniające sens i utrudniające zrozumienie niektórych wątków. Wygląda to tak, jakby książka nie została poddana odpowiednio wnikliwej korekcie. Wielka szkoda, nawet jeśli kontekst zazwyczaj pomaga zorientować się, w czym rzecz.

O pewnej dziewczynce... znakomicie sprawdza się jako wstęp do przygody z nową, odświeżoną i bardziej nowoczesną Krainą Czarów, a poza tym imponuje bogactwem pomysłów autorki. Pod tym względem powieść Valente spokojnie nadaje się do przeczytania dziecku (są nawet ładne, klimatyczne, choć nieszczególnie wybitne ilustracje), a i dorosły znajdzie tu sporo dla siebie. Stanowi wciągającą lekturę na kilka wieczorów oraz świetna rozrywką. Niestety na drodze do zostania kolejnym klasykiem staje tu tłumaczenie, przyćmiewające literacki geniusz pisarki. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych pozycjach z tego cyklu (na które i tak czekam z wielkim zniecierpliwieniem!) nie znajdziemy już tego rodzaju mankamentów.    


autor: Catherynne M. Valente
tytuł: O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym
przekład: Karolina Socha-Duśko
wydawnictwo: M
miejsce i rok wydania: Kraków 2015
liczba stron: 344
format: 140 × 202 mm
oprawa: miękka  


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.