Recenzje

O upadku i odbudowie opowieść wiecznie żywa

Źródło grafiki: Antoni Kaja
Istnieje wiele przykładów beletrystyki, o których każdy przynajmniej słyszał, głośnych książek przez duże „K”, które ugruntowały sobie już pozycję w kulturze. To jednak, że są one tak bardzo znane, nie oznacza wcale, że nie trzeba o nich od czasu do czasu przypominać, bo „znać” nie zawsze znaczy przecież to samo, co „czytać”. Do tego rodzaju pozycji należy właśnie Zły Leopolda Tyrmanda, którym naprawdę warto co jakiś pomachać współczesnemu czytelnikowi przed nosem, co niniejszym w tej recenzji czynię.
No dobrze, może faktycznie przydałoby się, żeby publika nie zapomniała o klasykach, ale po co zupełnie nowe wydanie, w nowej szacie graficznej, z obowiązkową medialną otoczką etc.? Z bardzo prostej przyczyny. Bo szeroko rozumiana oprawa we współczesnym świecie jest wszystkim. Pomocna dla powrotu znanej powieści może okazać się premiera opartego na niej musicalu w Teatrze Muzycznym w Gdyni (drugiego po Lalce przypadku muzycznej adaptacji polskiej prozy) – a nuż po jego obejrzeniu widz zapragnie sięgnąć po pierwowzór. Okładka nieszczególnie wyszukana graficznie, ale uderzająca czerwienią i potężną czcionką tytułu idealnie pasuje do pozostałych publikacji z serii wydawniczej, dzięki czemu ładnie prezentuje się obok nich na półce, a przecież to również ma nieliche znaczenie. Marketing, marketing, proszę państwa... ale w tym przypadku jak najbardziej słuszny, wręcz konieczny.

Czy w takim razie oznacza to, że Zły nie obroniłby się sam, jako książka, jako kulturowy fenomen? Ależ w żadnym razie. Chociaż fabularnie wcale nie aż tak silny, jak można by się spodziewać, ma on dwa niesłychane atuty, które rekompensują okazjonalne dłużyzny, zamierzony, ale zubożający schematyzm części postaci oraz ryzy mieszanych konwencji, pozwalają zapomnieć o nadmiernej romantyczności, przypadkowości (nie bez kozery zresztą niejaki Jonasz Drobniak stwierdza na koniec powieści, że to przypadek rządzi ludzkim życiem) czy umowności zdarzeń, wzbudzających pewne politowanie i utrudniających czytelnicze zawieszenie niewiary. A tymi zaletami są mianowicie Tyrmandowski styl oraz obraz Miasta.

Język pisarza charakteryzuje się bowiem imponującym bogactwem, potoczystością – pełen jest zwyczajnie życia, niespożytej twórczej energii, do tego stopnia, że wprost porywa ze sobą czytelnika i niesie go przez poszczególne zdarzenia niczym wartka rzeka. Barwne, wyszukane, złożone, wnikliwe opisy stanowią po temu chyba najlepszy dowód. Z nich też rodzi się konstrukt stolicy, Warszawy, która w prozie tej wyrasta nie na liche miasto, lecz wspaniałego molocha – Miasto właśnie. Mamy tu pod wieloma względami do czynienia z listem miłosnym, peanem na część wiecznej metropolis, której nie zniszczy ani wojna, ani trawiąca ją od wewnątrz gangrena chuliganii. Spośród powracających wołaczowych inwokacji do poszczególnych aspektów tożsamości aglomeracji – O, bramy warszawskie! O, mody warszawskie! – wyłania się wizja pełnego dziwnej gracji oraz charakteru zrujnowanego organizmu, który ulega ciągłej odbudowie. Wizja silnie zabarwiona uczuciem, do gruntu osobista, pozwalająca przenieść się na kilka chwil do odmalowanego ze swadą świata, który przeminął, w samo serce PRL-u, pełnego obskurnych lokali, mrocznych uliczek oraz gwarnych targowisk. I to właśnie to nadaje całości sznyt uniwersalny, reporterski wręcz, zgoła historyczny. Bo nie nastroje polityczne liczą się tu najbardziej, lecz sama Warszawa, jej ludzie i jej maleńkie dramaty przybierające niekiedy kształt lokalno-globalnej wojny.

Można by się tu jeszcze rozpisywać o znaczących imionach oraz nazwiskach, nawiązaniach popkulturowych, motywach, toposach, i tym podobnych smaczkach, ale po pierwsze szkoda psuć czytelnikowi przyjemność z samodzielnego ich odkrywania, po drugie zaś – napisano już na ten temat tyle tekstów, że powielanie tych treści nie ma najmniejszego sensu. Ale trzeba podkreślić, że to także dzięki nim tę ponad 700-stronicową książkę czyta się tak dobrze, tak płynnie.

A chyba w tym przecież tkwi wartość literatury, że zarówno dostarcza ona rozrywki, jak i skłania do pewnej refleksji, porusza. Zły jest idealnym przykładem historii wcale nieoczywistej, z budzącym sympatię antybohaterem w centrum uwagi, opowieści angażującej i obrazowej. Z powrotów pozycji tego rodzaju na półki należy się cieszyć zawsze, zwłaszcza że dostarczają okazji do zapoznania się z legendą osobom, którym do tej pory nie było to jeszcze dane, m.in. wyżej podpisanemu recenzentowi.


autor: Leopold Tyrmand
tytuł: Zły 
wydawnictwo: MG 
miejsce i rok wydania: [Warszawa] 2015 
stron: 778 
format: 157 × 223 mm 
oprawa: twarda

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.