Recenzje

Tyrmand intymny. „Dziennik 1954”

Źródło grafiki: http://www.wydawnictwomg.pl/
Na łamach naszego portalu ukazała się jakiś czas temu recenzja powieści Zły, przełomowej w twórczości Leopolda Tyrmanda. Co było wcześniej? Cierpienie. Twórcze cierpienie.
W grudniu 1955 roku do księgarni trafiła sensacyjna powieść, dziś uznawana za drugą (obok Lalki Prusa) warszawską epopeję. Zły, bo o nim tu mowa, okazał się hitem. Długa, ale przyciągająca książka przedstawiała półświatek pacyfikowany przez niezidentyfikowaną postać. Tytułowy Zły był szeryfem. Wnosił porządek do zrujnowanego, ciągle budującego się miasta.

Praca nad Złym, prawdopodobnie najważniejszą powojenną powieścią warszawską, była przełomem w biografii jej autora, Leopolda Tyrmanda, jazzującego bikiniarza, zbyt kolorowego i ekstrawaganckiego dla nowego systemu panującego w Polsce. Tyrmand urodził się w Warszawie, w zasymilowanej żydowskiej rodzinie. Także w Warszawie skończył szkołę, żeby potem, w 1938 roku, udać się na studia do Francji. Przez rok studiował na wydziale architektury paryskiej Akademii Sztuk Pięknych. Kiedy wybuchła druga wojna światowa, był w Polsce. Najpierw w Warszawie, potem po kilku tygodniach przedostał się do Wilna. Tam też kontynuował zapoczątkowaną w Paryżu fascynację muzyką jazzową. Całkiem szybko stał się gwiazdą wśród wileńskich uchodźców. Jeszcze w Wilnie rozpoczął współpracę z polskim dziennikiem, do którego pisał codzienne felietony polityczno-propagandowe. Kiedy do miasta wkroczyli hitlerowcy, żeby uniknąć wyjścia na jaw swojego pochodzenia, zdobył francuskie dokumenty i dobrowolnie zgłosił się na roboty do Niemiec. W III Rzeszy parał się wieloma profesjami – był tłumaczem, kelnerem, robotnikiem kolejowym i marynarzem. I właśnie jako marynarz trafił do Norwegii. Tam, tuż po wojnie, spędził rok. W kwietniu 1946 roku wrócił do Warszawy.

Zaczął pisać do różnych gazet. Zaczynał od pracy w Agencji Prasowo-Informacyjnej. Do 1950 roku pisał dla „Przekroju”, z którego został usunięty po skrytykowaniu stronniczości radzieckich sędziów w czasie turnieju bokserskiego. Dzięki protekcji przyjaciela, Stefana Kisielewskiego, znalazł pracę w „Tygodniku Powszechnym”. Ten jednak zamknięto w 1953 roku, a na samego Tyrmanda nałożono nieoficjalny zakaz publikacji.

Ta sytuacja – brak możliwości wydania czegokolwiek, niemożność pisania inaczej niż do szuflady – skłoniła Tyrmanda do rozpoczęcia dziennika. Prowadził go od 1 stycznia 1954 roku. Dziennik ten, pozbawiony szansy na ukazanie się drukiem, był niewątpliwie intymny. Autor pisze w nim, co mu ślina na język przyniesie: opowiada o swoich historiach miłosnych, warszawskiej (i nie tylko) śmietance kulturalnej, ale też krytykuje samego siebie i system, który nie jest w stanie go wchłonąć tylko dlatego, że lubi on jazz i kolorowe skarpety i koszule. Antykomunistyczne utyskiwania nie sięgają jednak nigdzie dalej niż do zakazu publikowania i wspomnianego już braku zrozumienia.

Tyrmand jest wyśmienitym obserwatorem. Zauważa społeczne przemiany w tak błahych momentach jak wizyta u krawca – tego samego co przed wojną, mającego tych samych klientów, tylko zlecenia trochę inne. Już nie przychodzą z pięknymi materiałami szyć nowe koszule, tylko ze starymi koszulami poprawiać zniszczone kołnierzyki. Jest też bezwzględny – jeśli coś mu się nie podoba, nie szczędzi krytyki. Dziennik to jednak nie tylko miejsce zapisu świata zewnętrznego. Tyrmand nie kryje się z przemyśleniami o sobie samym. Czasem wątpi we wszystko, co robi, czasem jest z siebie zadowolony. Nie rezygnuje z fragmentów metanarracyjnych. Kiedy pyta Herberta, młodego, dopiero obiecującego poety, co sądzi o jego zapiskach, opinię tę cytuje. Trzyma się również reżimu, który dziennik jako forma wypowiedzi na niego nakłada. Pisze codziennie, stara się opisywać wszystko, co danego dnia się działo. Jeśli tego nie robi, nazajutrz się poprawia, zauważa, że wczorajsze wydarzenia nie znalazły się jeszcze w notatkach.

Tyrmand prowadził dziennik przez 3 miesiące, do 2 kwietnia 1954 roku. Zapiski zajmowały około 800 stron. 3 kwietnia autor dostał od Czytelnika zlecenie na Złego. Początkowo chciał kontynuować dziennik, lecz dni mijały, a na kartach nie pojawiało się nic nowego. Zaraz po odwilży „Tygodnik Powszechny” opublikował pierwszy ich fragment. Na kolejne czytelnicy musieli czekać do 1980 roku, kiedy to ukazały się one nakładem wydawnictwa Polonia Book Found w Londynie. To wydanie wywołało jednak wiele kontrowersji. W treści znajdowało się wiele kalk z języka angielskiego, a zdjęcie jednej z kart dziennika umieszczone na okładce zawierało treść, której nie sposób było znaleźć wewnątrz książki. Dlatego też wielu określało tę publikację mianem apokryfu.

Pierwsze wydanie oryginalne, oparte na notatkach udostępnionych przez żonę Tyrmanda, ukazało się dopiero w 1995 roku. Dzisiaj w rękach mamy kolejne, zaproponowane przez Wydawnictwo MG, w niezwykle kolorowej oprawie. Kolega Antoni, pisząc o nowej okładce Złego, wydanego w tej samej serii, również w tym roku, interpretuje jej czerwień jako chwyt marketingowy. W końcu ten kolor łatwiej zauważyć na półce księgarni czy biblioteki. Czy jednak Tyrmand potrzebuje takiego marketingu? Moim zdaniem nie. Dziennik 1954 również ma, jak pisze Antoni, niezbyt wyszukaną okładkę, na której wydawca łączy ze sobą pomarańczowy i różowy. Spod różu wyłania się fotografia zatłoczonej ulicy, a na niej wyłącznie samochody marki Warszawa. Przypadek? Nie sądzę. :) Jedną sprawą jest to, że w latach pięćdziesiątych było to auto najczęściej widywane na polskich drogach, drugą zaś to, że nazwano je na cześć miasta, którego od Tyrmanda nie da się odłączyć. A czemu na okładce są tak jaskrawe kolory? Być może z powodu, który już wymieniłam – Tyrmand takie właśnie nosił i to również przez nie nie mógł się odnaleźć w szarej rzeczywistości powojennej Polski.

Złego, chociaż nie jest szkolną lekturą, zna wielu. Przyrównuje się go do Lalki, jako równie istotne źródło wiedzy o obyczajowości i kształcie miasta, w którym toczy się akcja. Tak samo często jednak, jak zapomina się o felietonach Prusa, pomija się Dziennik 1954. Nie ma on co prawda fabuły Złego, ale został napisany z tą samą lekkością, a teraz może trafić do nieco szerszego obiegu – wydany tak, że da się go czytać. Ba, że chce się go czytać.  


autor: Leopold Tyrmand
tytuł: Dziennik 1954
wydawnictwo: MG
miejsce i rok wydania: [Warszawa] 2015
liczba stron: 368 
format: 145 × 205 mm
oprawa: twarda


Agnieszka Szypulska

Studentka kulturoznawstwa i gospodarki przestrzennej. Słucha ulicy i ogląda ludzi. Tropi narracje, zwłaszcza te miejskie. Lubi opowiadać niestworzone historie o warszawskich zakątkach i robi to zawodowo. Szybko się zakochuje - w miejscach, książkach i fikcyjnych mężczyznach.