Recenzje

Gwiezdne wojny: Przebudzenie legendy

Źródło grafiki: Antoni Kaja
Dla wielu filmowe wydarzenie dekady, źródło wprost niewyobrażalnej fanowskiej ekscytacji, w najbliższym czasie również niechybny tryumfator w walce o popularność z dotychczasowym (i zaskakującym) rekordzistą światowego box office’a, Jurassic World. O tak, siódma odsłona słynnej sagi George’a Lucasa to coś, czego nie mogłem przegapić, i fenomen, który po prostu musiał zagościć na łamach portalu. Ale jak to z tym filmem w końcu jest? Czy mamy do czynienia z nową nadzieją kina nowej przygody, kontratakiem popkulturowego obiektu kultu? A może ze zwykłym żerowaniem na marce, kolejnym hollywoodzkim skokiem na kasę?
Zanim jednak odpowiem na te istotne pytania, cofniemy się nieco w czasie, aby zacząć – jakżeby inaczej – od początku. A był on, trzeba przyznać, raczej burzliwy. W latach 2012–2014 światowa społeczność wielbicieli uniwersum Star Wars doświadczyła uczuć, które można porównać chyba jedynie do kolejnych etapów żałoby. Musiała się stopniowo pogodzić z utratą wielu rzeczy, które znała i kochała.

FAZA 1. ZAPRZECZENIE. Nie, nie, nie! To nie może być prawda! Gwiezdne wojny w wykonaniu Disneya? No to będziemy mieli Myszkę Miki w kosmosie, a klimat zrobi się bardziej cukierkowy niż związek Padmé Amidali i Anakina Skywalkera!

Prawdą jest jednak, że seria nie mogła pozostać w rękach George’a Lucasa, któremu większość do tej pory nie wybaczyła nowej trylogii i Jar Jar Binksa. Potrzebna była rewitalizacja konceptu, no i spore fundusze, a tymi Disney, rzecz jasna, dysponuje. Co nie oznacza, że zupełnie porzucił on swoją kreację. Z początku uczestniczył w pracy nad kolejnym filmem, przekazał również twórcom scenariuszowe pomysły (które, koniec końców, odrzucono) na fabułę dalszych części. Nie mówiąc o tym, że to on zaproponował na stanowisko reżysera J.J. Abramsa, człowieka, któremu jako jedynemu w historii udało się połączyć (swoją osobą) zwaśnione światy Star Wars oraz Star Treka. Z czasem jednak Lucas usunął się w cień, a pałeczkę przekazał nowemu pokoleniu. Mimo to właśnie jemu, jako jednemu z pierwszych, pokazano gotowe dzieło. Stwierdził niejednoznacznie, że „fanom się spodoba”, co zdaje się sugerować, iż osobiście miał pewne obiekcje.

FAZA 2. GNIEW. Jak możecie odbierać nam kanon? Wyrzucać do kosza wypracowany w pocie czoła dorobek Expanded Universe? Czy nie ma już dla was żadnej świętości?

Oburzenie wywołane decyzją o odstąpieniu od książek, komiksów i innych utworów, od tej pory znanych pod wspólną nazwą Legends, jest całkowicie zrozumiałe. Ba! Sam je podzielałem, gdyż stanowiły one bogate źródło fascynujących historii oraz zajmujących wątków. Sceptycyzm w tym miejscu uważam za jak najbardziej wskazany.

FAZA 3. TARGOWANIE SIĘ. To może chociaż nawiążecie do trylogii Thrawna? Wprowadzicie Marę Jade, Yuuzhan Vongów, Jacena Solo?

Wszelkie złudzenia w tej kwestii zostały prędko rozwiane. Liczą się tylko oryginalne trylogie, film i serial Wojna klonów, a także zbliżająca się produkcja Star Wars: Rebels. Wszelkie luki uzupełnią za to nowe książki, które skupią się m.in. na postaciach takich jak Wilhuff Tarkin czy dawni lordowie Sithów.

Zapewne nerdowie, przywiązani do dotychczasowych przygód uwielbianych przez siebie postaci i wierni im do grobowej deski popadliby w DEPRESJĘ, a Disneyowi groziłaby krwawa zemsta fandomu, gdyby nie to, że nowy serial animowany nie był aż tak zły, jak można się było obawiać (co więcej, klimatem przywoływał często na myśl czasy Nowej nadziei), a zapowiadane publikacje brzmiały w gruncie rzeczy całkiem ciekawie. Co prawda przez długi czas Abrams nie kwapił się do objęcia reżyserskiego stołka, a scenariuszem, w wyniku różnic artystycznych między pierwszym jego twórcą, Michaelem Arndtem, i studiem, zajął się Lawrence Kasdan, odpowiedzialny za Imperium kontratakuje i Powrót Jedi. Na dodatek ze względu na wypadek na planie (z udziałem Harrisona Forda) kręcenie filmu nieco się opóźniło, ale kiedy wypuszczono pierwszy teaser, nikt się już tym nie przejmował. 28 listopada 2014 roku miliony odbiorców ZAAKCEPTOWAŁY wreszcie nowe status quo, pobite zostały pierwsze rekordy.

W tym momencie należy zaznaczyć, że kampanię promocyjną w tym przypadku przeprowadzono po mistrzowsku. Żadne istotne informacje nie wyciekły przed premierą, mnożące się – mimo wstępnych zapewnień – nowe trailery nie zdradzały praktycznie niczego (fabułę trzymano w największym sekrecie z zachowaniem idiotycznych wręcz środków ostrożności), klimat okazał się świetny, były praktyczne efekty specjalne (staroświecka pirotechnika, animatronika etc.), była muzyka Williamsa, byli Han i Chewie. Fani poczuli się jak w domu, kiedy zauważyli, że uwagę zwrócono przede wszystkim na ich potrzeby oraz oczekiwania. Nie mówiąc o tym, że pierwsze filmiki z planu, zdjęcia, tweety – słowem: wszystkie znaki na niebie, ziemi, i w sieci – wskazywały na to, że do rzeczy zabrali się prawdziwie zagorzali wielbiciele oraz pasjonaci tego świata, bratnie dusze, które czerpią z tworzenia VII części Gwiezdnych wojen mnóstwo frajdy. Jak wiadomo, entuzjazm jest zaraźliwy.

Za równie istotny trzeba uznać kontakt z publiką. I tutaj zachowano się wzorowo. Niektórzy jej przedstawiciele zostali zatrudnieni na planie, inni (umierający Daniel Fleetwood, którego historia poruszyła cały świat) nie tylko mieli okazję doświadczyć magii Przebudzenia mocy przed oficjalną premierą, ale też nie zostali zapomniani nawet po swoim odejściu (akcja #saveaseatfordaniel). Obsada regularnie pojawiała się w programach talk-show, żartowała, dawała się poznać – od nowa w przypadku świeżych twarzylub z innej strony, jak dajmy na to Ford, przez długi czas podchodzący do sagi, łagodnie rzecz ujmując, ze sporym dystansem. Mark Hamill w ramach akcji charytatywnej wyszedł nawet na ulice… w stroju szturmowca!

Kulminacją narastającego hype’u, fascynacji szerzącej się w ekspresowym tempie, a także długiego wyczekiwania był moment rozpoczęcia przedsprzedaży – na skalę, jak się miało okazać, do tej pory niespotykaną. Im bardziej zbliżała się data premiery (w Polsce 18 grudnia wybłagaliśmy chyba właściwie sami, gdyż odzew na facebookowy apel był olbrzymi), tym bardziej ewidentny stawał się rozmach oraz zasięg tego wydarzenia. W Ameryce ludzie koczowali w kolejkach po bilety już na 10 dni przed pokazem, ceremonia premiery była bardziej wystawna niż Oscary (niektórzy z postronnych widzów, co wytrwalsi entuzjaści legendarnej space opery, otrzymali nawet darmowe bilety wstępu), a wnet posypały się bezspoilerowe opinie krytyków, pełne pochwał, zachwytów oraz ciepłych słów. W tym momencie przyszli widzowie wyrobili sobie wobec filmu konkretne oczekiwania. Tylko czy aby zostały one spełnione?

Zacznijmy od tego, że J.J. Abrams, nad którym unosiło się mroczne widmo zyskania przydomka Jar Jar Abrams w wypadku sromotnej klęski, dokonał z pewnością rzeczy doprawdy niezwykłej: mianowicie sprostał wyzwaniu, któremu właściwie nie sposób było sprostać. W końcu mamy tu do czynienia z klasyką gatunku, liczącą prawie 40 lat. Reżyser w udany sposób połączył stare z nowym, dzięki czemu stęsknieni za perypetiami Luke’a i spółki dostrzegą w filmie niejedno mniej lub bardziej ewidentne mrugnięcie okiem, a spragnieni nowych wrażeń odbiorcy w różnym przedziale wiekowym przeżyją przygodę zupełnie nową, wciągającą, zabawną i budzącą emocje. Tego mu z pewnością odmówić nie można.

Powściągnął on przy tym swe zamiłowanie do „efektu flar”, z rzadka jedynie korzystając ze zdobyczy technologii cyfrowej i poprzestając na dobrodziejstwach charakteryzacji i praktycznych efektów specjalnych. Rezultat stanowi spójne, naprawdę przekonujące rozwinięcie mitologii Lucasa, zapierające dech w piersiach bogactwem reżyserskiej wizji, barwną naturą kreowanej rzeczywistości, a także imponujące olbrzymią pomysłowością w tworzeniu nowych istot, bądź co bądź wielkiego atutu wszystkich dotychczasowych części. Ten film po prostu się podziwia, a wyłapanie wszystkich ukrytych smaczków będzie zapewne wymagać jego kolejnego obejrzenia.

Jak jednak udowodnił casus nowej trylogii (swoją drogą, jak nazwać tę obecną? Nową nową trylogią, sequel trylogią?), wizualia nie wystarczą. Potrzeba jeszcze odpowiednich aktorów, którzy poradzą sobie chociażby z techniką motion capture. W tej materii paradoksalnie lepiej wypada tym razem laureatka Oscara, Lupita Nyong’o. Najwyższy Przywódca Snoke, wykreowany przez niedoszłego Smeagola i Caesara, czyli Andy’ego Serkisa, stanowi na tę chwilę pewne rozczarowanie, ale wszystko może się jeszcze zmienić. Bardziej zwraca uwagę świeża krew uniwersum. Daisy Ridley (Rey) w duecie z Johnem Boyegą (Finnem), już obdarzeni sympatią fandomu (chociażby ze względu na emocjonalne i szczere reakcje na zwiastun filmu), dają się lubić – czuć między nimi na dodatek prawdziwą chemię, a w grze widać zaskakujący luz oraz naturalność. Czaruje wygadany Oscar Isaac jako Poe Dameron, przeraża, ujawniając potęgę niekontrolowanej Ciemnej Strony, ale i skłania do współczucia tragiczny Kylo Ren w interpretacji Adama Drivera. Han Solo pozostał Hanem Solo, Leia mogłaby być i bardziej drewniana, a nam by to nie przeszkadzało, natomiast Luke…hmmm… zresztą zobaczycie sami. Trudno właściwie wskazać najsłabsze ogniwo obsady, gdyż nawet Kapitan Phasma (znana z Gry o tron Gwendoline Christie), zepchnięta niesłusznie na drugi plan, czy generał Najwyższego Porządku Hux (całkiem zaskakujący Domhnall Gleeson), którego gra aktorska uwydatnia nawiązanie do systemu nazistowskiego, odgrywają swoje role bez zarzutu. Nie wolno tu zapomnieć o tym, który już w zwiastunach czynił pierwsze starania w kierunku podbicia serc fanów. Uroczy robot kulka BB-8 jest niekwestionowaną gwiazdą tej produkcji, bawi i rozczula praktycznie w każdej scenie. To postać z charakterem, co wobec faktu, że mamy do czynienia nie z tworem grafików komputerowych, lecz prawdziwym modelem, robi dodatkowe wrażenie. Tego turlającego się tam i siam następcy C3PO oraz R2D2 zwyczajnie nie da się nie pokochać. Wykorzystali to już zabawkarze i także w Polsce można zakupić (niestety za sporą sumę) miniaturową wersję droida, reagującą na proste polecenia oraz wyrażającą podstawowe emocje, takie jak niepokój czy zainteresowanie.

Słusznym wydaje się stwierdzenie, że największy nacisk położono tutaj na bohaterów i w ogólnym rozrachunku jest to korzystna decyzja, zwłaszcza że dzięki temu otrzymujemy chyba najzabawniejszy film cyklu, pełen niewymuszonych żartów sytuacyjnych i ironicznego poczucia humoru. (Ciekawostka: podobno w epizodzie ze szturmowcem, nawiązaniu do pewnej kultowej sceny ze starej trylogii, w rzeczonego żołnierza wcielił się sam Daniel Craig).

Na przesunięciu środka ciężkości cierpi natomiast nieco fabuła. Nie jest niczym złym, że Abrams wybrał bezpieczniejszą drogę i garściami czerpie z Nowej nadziei. Może to być nawet powód do radości, gdyż czyni to niezwykle umiejętnie. Pewne wątki po kilkakrotnym powtórzeniu siłą rzeczy tracą jednak na wymowie. Jako rekompensatę otrzymujemy mnóstwo prawdziwych scen perełek: konfrontację z Kylo Renem, demonstracje jego mocy (budzą grozę!), walki na miecze świetlne, ujęcia X-wingów na tle zachodzącego słońca, widoki zrujnowanych myśliwców imperialnych i wiele innych. Wszystko to podkreślają klasyczne oraz nowe kompozycje Williamsa, które sprawiają, że po plecach przechodzą ciarki. Podjęto także pewną odważną fabularną decyzję, która w gruncie rzeczy dobrze rokuje na przyszłość. Zapewniam, wzruszeń doświadczycie co niemiara.

Należy przede wszystkim pamiętać, że w gruncie rzeczy Przebudzenie mocy służy ekspozycji, a także rozstawieniu najważniejszych figur na szachownicy. I w tej funkcji sprawdza się doprawdy wyśmienicie. A teraz, kiedy nasza ciekawość została pobudzona, gdy nastąpił wyczekiwany powrót Mocy do świata Gwiezdnych wojen, czekanie na ciąg dalszy będzie tym trudniejsze. Nawet z pomocą zapowiadanych filmów pobocznych (m.in. o młodości Hana Solo). Perspektywy za to są jak najbardziej obiecujące.

W czasach ciągłego ataku filmowych klonów, odkurzania zapomnianych nieco opowieści, notorycznego liftingu cokolwiek zestarzałych fabuł – słowem: powrotów, powrotów i jeszcze raz powrotów – tym bardziej cieszy, że powstają jeszcze takie filmy jak ten. Oddające hołd swym poprzednikom, ale zarazem wnoszące własną jakość, wzbogacające historie opowiedziane przed laty. Ogłaszajmy więc wszem wobec, że oto znów towarzyszy nam magia, którą przestaliśmy odczuwać, gdy na horyzoncie pojawił się chłopiec imieniem Anakin Skywalker, a midichloriany poczęły kotłować się niespokojnie w powietrzu (chociaż dla mnie magia wróciła na moment wraz z Zemstą Sithów, niepozbawioną jednak wad). Podejrzewam, że wielu fanów tak jak ja raduje się na samą myśl, iż jeszcze niejeden raz ujrzy płynące po ekranie napisy początkowe, a w uszach zabrzmi im niezapomniana melodia, która sprawia, że serce momentalnie zaczyna szybciej bić.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.