Recenzje

Agonia języka, kultura bełkotu

Źródło grafiki: fot. Antoni Kaja
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, co by było, gdyby z językiem stało się coś niedobrego? Gdyby zatracał powoli swój sens, stawał się coraz trudniejszy do zrozumienia, a wreszcie: gdybyśmy w ogóle nie byli w stanie się porozumiewać? Właśnie o tym traktuje dystopijna powieść Aleny Graedon Giełda słów.
Przedstawia ona obraz niedalekiej przyszłości, w której wszelkie zachcianki ludzi spełniane są przez specjalne urządzenia zwane „meme” – realizują one życzenia właściciela w chwili, gdy tylko o nich pomyśli. Większość społeczeństwa nie jest w stanie żyć bez tych technologicznych udogodnień, a więc zapotrzebowanie na tradycyjne pomoce, choćby pokroju słowników, staje się coraz mniejsze –meme może każde zapomniane słowo dostarczyć od ręki. Głównymi bohaterami książki są pracownicy Słownika, ginącej instytucji odpowiedzialnej za wydawanie publikacji ustalającej normy języka angielskiego w Ameryce Północnej (niebawem ma się ukazać trzecie, ostatnie już zapewne, wydanie). Główna protagonistka, Anana Johnson, córka i sekretarka redaktora naczelnego, Douga, stara się wyjaśnić dziwne okoliczności jego nagłego zniknięcia. Pomaga jej w tym asystent ojca, Bart, szaleńczo w niej zakochany. Jednak oboje w krótkim czasie będę musieli stawić czoło wyzwaniu innego rodzaju: w Stanach zaczyna szerzyć się dziwna choroba określana jako „grypa słowna”, a jej ofiary tracą stopniowo zdolność zrozumiałego wyrażania się.

Dzieło Graedon to książka niezwykle ciekawa na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, mamy tu do czynienia ze sprawnie poprowadzoną i wciągającą fabułą – napięcie rośnie, mnożą się dramatyczne zwroty akcji, jest romans, nawet swoisty happy end. Po drugie, stanowi ona silnie postmodernistyczny eksperyment. Narracja podzielona między dwoje postaci (w obu przypadkach w formie osobistych zapisków, prowadzonych jednak ze zgoła innych przyczyn oraz w zupełnie innym stylu) przeplatana jest pogłębiającymi kontekst artykułami bądź notatkami, towarzyszą jej również przypisy (autorstwa Anany), a także otwierające każdy rozdział nieco zmodyfikowane słownikowe definicje, wyraźnie odnoszące się do opisywanych dalej zdarzeń. Ze względu na to, że naszymi przewodnikami są językoznawcy stosujący szczególną terminologię, a pamiętnik Barta przybiera niekiedy postać filozoficznego wywodu, książka nie jest łatwa w odbiorze. Nie wspominając już o spowodowanych „grypą słowną” bezsensownych wtrąceniach o wschodnim źródłosłowie (głównie rosyjskim i chińskim, co idealnie koresponduje z obecną sytuacją polityczną: właśnie te kraje stanowią główne źródło niepokojów Stanów Zjednoczonych). To niezwykle ciekawy konstrukt, ponieważ właśnie wspomniane wtrącenia wprost wyśmienicie ukazują powolną atrofię języka. Z początku występują one w zdaniach pojedynczo, dzięki czemu przekaz da się zrozumieć z pomocą dostarczonego obok szerszego kontekstu. Potem coraz częściej, w widoczny sposób zaburzając komunikat – właśnie dlatego możemy doświadczyć całej grozy tego procesu niejako na własnej skórze, poprzez wgląd w myśli zarażonego bohatera.

Jako że głównym punktem powieści jest kwestia języka, nie dziwi, że w książce dominują nawiązania literackie. Przodują tu Przygody Alicji w Krainie Czarów, które stanowią podstawę kodu – sposobu na sprawną komunikację – Anany i jej ojca. Otwarcie komentuje się pokrewieństwo nazwiska redaktora Słownika i nazwiska Samuela Johnsona, twórcy bodaj najsłynniejszego słownika języka angielskiego w historii. Każdy element ma tu swoją funkcję i idealnie pasuje do całości. Dlatego też naprawdę warto poświęcić nieco więcej czasu i stawić czoła wyzwaniom, które niesie ze sobą ten niebanalny kawałek beletrystyki.

Zauważmy jednak ważniejszy walor tej publikacji: jej niesłychaną aktualność. Najbardziej przerażającym aspektem wizji  przedstawionej w Giełdzie słów jest to, że w trakcie lektury nietrudno dostrzec jedną rzecz – zapowiedź, że właśnie w tym kierunku zmierzamy. Przylepieni do naszych smarfonów (które na całe szczęście nie są jeszcze podczepione bezpośrednio do mózgu jak późniejsze modele meme), gotowi w mgnieniu oka sprawdzić w sieci znaczenie zrazu niezrozumianego słowa, skorzystać z odpowiedniej aplikacji, jeżeli zgubimy się/czegoś poszukujemy/mamy jakieś wątpliwości. Żartobliwe powiedzenie „Smartfonie, jak żyć?” w obliczu coraz to kolejnych modyfikacji i ulepszeń przestaje być takie zabawne. Całe życie przenosi się zresztą w sferę wirtualną, a kontakt osobisty staje się przeżytkiem, bo równie dobrze można porozumieć się nie za pomocą słów, lecz chociażby za pośrednictwem internetowego czatu czy SMS-a, unikając częstokroć niezręcznych konsekwencji niedoskonałości mowy – niejednoznaczności, niejasności, braku odpowiednich wyrażeń dla oddania naszych myśli itp. W bezpośrednim kontakcie wynikają one w głównej mierze z krótkiego czasu reakcji, podczas gdy bardziej bezosobowa wymiana zdań nie tylko umożliwia dłuższe zastanowienie na doborem słów, lecz także nie jest tak ostateczna – w końcu zanim wiadomość zostanie wysłana, można ją wielokrotnie zmienić lub nawet rozpocząć pisanie od początku.Coraz rzadziej sięgamy po książki papierowe, polegamy raczej na wersjach elektronicznych. Z tej prostej przyczyny, że jest to rozwiązanie łatwiejsze (często również tańsze). W konsekwencji i język ulega podobnej degradacji, a wreszcie – rozpadowi. Coraz więcej słów odchodzi do lamusa, dominują makaronizmy, często odnoszące się do nowego świata strumieni danych, tworzone są kolejne konstrukty wyrazowe, którym zgodnie z zapotrzebowaniem nadane są nowe znaczenia, a także kody sprowadzające słowa bądź całe frazy do najprostszych form (np. M8, C U L8R, U 2 itd.).

Może jeszcze nie zbliżyliśmy się tak bardzo do – cokolwiek pokrewnej Lemowskiemu Kongresowi futurologicznemu – wizji pisarki. W jej powieści wyrazy kreowane są wbrew wszelkim normom czy zdrowemu rozsądkowi, ot tak, a sens przypisuje się im wedle własnego widzimisię, w ramach bezmyślnej rozrywki. Ale niektóre obecne tendencje są raczej niepokojące. To dlatego książki pokroju dzieła Aleny Graedon są tak ważne: uświadamiają nam zagrożenia, które – pomimo wszelkich jego dobrodziejstw – wiążą się z postępem technologicznym. I niosą istotne przesłanie: czytać naprawdę warto, gdyż dzięki temu nie tylko wzbogacamy siebie, lecz także pozwalamy przeżyć językowi w całym jego pięknie i bogactwie.


autor: Alena Graedon

tytuł: Giełda słów

przekład: Izabela Matuszewska

wydawnictwo: Albatros

miejsce i rok wydania: Warszawa 2015[p/]

liczba stron: 544

format: 145 x 205 mm

oprawa: miękka


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.