Recenzje

Czucie czy wiara? Księga Zwykłych Ludzkich Rzeczy

Źródło grafiki: Fot. Antoni Kaja
Michel Faber to bardzo ciekawy twórca, nieograniczający się ani do konwencji, ani do jakiegoś konkretnego gatunku. Napisał może niewiele utworów, w tym kilka ostatnich w sporym odstępie czasu, jednak każdy z nich zasługuje na uwagę – niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z opowieścią o femme fatale z twistem, czy z opisem wiktoriańskiej Anglii, czy nawet satyrą o podszyciu religijnym. Księga Dziwnych Nowych Rzeczy według słów samego autora jest jego ostatnim dziełem, co od razu każe spojrzeć na nią inaczej. Ale nawet i bez tego kontekstu to książka wykazująca wszelkie cechy wybitnej publikacji. Jeśli faktycznie kurtyna opadła, to ostatni akt artystycznego spektaklu Fabera nie mógłby być lepszy.
Peter, brytyjski pastor z burzliwą przeszłością, otrzymał od Boga istotną misję – musi opuścić nie tylko swój kraj, żonę oraz ukochanego kota, lecz także Ziemię: wszystko po to, by Dobrą Nowinę nieść mieszkańcom niedawno skolonizowanej planety Oazy (nazwę wybrano w specjalnym konkursie). Na miejscu czeka go jednak niespodzianka. Zamiast prześladowań i wrogości wita go radość i pragnienie poznania Biblii, którą niezwykli mieszkańcy obcego globu nazywają „Księgą Dziwnych Nowych Rzeczy”.  Nie oznacza to bynajmniej, że jego zadanie na napotka poważnych przeszkód. Duchowny musi zmagać się nie tylko z barierą kulturową oraz komunikacyjną, lecz także z coraz większym rozdźwiękiem w relacjach z ukochaną, która na odległość dzieli się z nim ciężkimi doświadczeniami swojej codzienności.

Już powyższy opis wyraźnie sugeruje, że czytelnik nie będzie miał do czynienia z typową fantastyką naukową. W gruncie rzeczy elementów typowych dla tego gatunku znajdziemy tu jak na lekarstwo – fizjonomię Oazjan, pogodę wymykającą się ziemskim prawom fizyki, roślinę, z której można wyprodukować multum potraw o różnym smaku, lokalne stworzenia. Najbardziej uderza  odmienny sposób przedstawienia rdzennego ludu planety. Faber po mistrzowsku odmalował „obcość” ich wyglądu, na tyle niezgodną z naszymi standardami, tak przez to odrażającą, że nie sposób tego wyrazić słowami. Nie będę przywoływał porównania, którym pisarz się w tym kontekście posłużył, tego po prostu należy doświadczyć samemu. Utrudnieniem w komunikacji między rasami – nawet bardziej niż aparycja czy intrygujące zwyczaje (poznajemy je stopniowo, razem z pastorem stając się powoli częścią społeczności) – jest język. Choć część osady posługuje się angielszczyzną, a swoje imiona (dookreślone odpowiednim numerem) zamieniła na miano Miłośnika Jezusa, niektóre terminy czy całe pojęcia siłą rzeczy wymykają się rozumieniu tych istot. Rozmowy Petera z wiernymi, a także jego starania w przełożeniu metaforyki biblijnej na prosty system znaczeń kosmitów stanowią szczególnie ciekawe partie utworu. Podobnie jak sposoby rozumienia przez nich poszczególnych fragmentów Słowa Bożego.

Wbrew pozorom to nie ten wątek fabularny jawi się jako najistotniejszy. Powieść Holendra to przede wszystkim poruszający zapis rozpadu uczucia spowodowanego długotrwałym rozstaniem. Nikogo nie powinno dziwić, że w innym świecie ziemskie troski stają się coraz bardziej abstrakcyjne, jednak próby, którym autor bezlitośnie poddaje żonę protagonisty są jak najbardziej realistyczne (do tego stopnia, że lektura jej zwierzeń aż boli) – pomimo fikcyjnego kontekstu. Osią konfliktu między partnerami oddzielonymi od siebie przez bezkresną przestrzeń kosmosu staje się tu niemal niezdrowe zawierzenie posłudze, decyzja o przedłożeniu wyższego celu – wiary – ponad miłość. Jest to dylemat jakże ludzki, z którym nietrudno się utożsamić (zresztą nie tylko religia może być postrzegana jako wyższy cel). Cała książka cechuje się w ogóle wielką wiarygodnością – prezentowane nam są drobne chwile każdego dnia, prywatne momenty, także te wstydliwe, choćby natury erotycznej. Mamy wgląd w najbardziej intymne aspekty życia postaci, ich przeszłość, rozterki, marzenia. Dzięki temu los sylwetek ukazanych na papierze przestaje być nam obojętny, nie mówiąc już o tym, że także drugi plan odmalował Faber z wielką swadą oraz niezwykle barwnie.

Nienachalny humor, niezwykła obrazowość, autentyzm odczuć, pogłębione rysy psychologiczne bohaterów – wszystko to stanowi o sile Księgi Dziwnych Nowych Rzeczy. Pomimo bardziej refleksyjnego charakteru oraz braku gwałtownych zwrotów akcji czytelnik nie może odczuć znudzenia. To po prostu kawał porządnej (choć nie do końca przyjemnej) beletrystyki, który przez swój wydźwięk pozostaje z nami na dłużej, skłania do przemyśleń i prawdziwie dotyka. Obok równie mądrej prozy nie można przejść obojętnie.

    

autor: Michel Faber

tytuł: Księga Dziwnych Nowych Rzeczy

przekład: Tomasz Kłoszewski

wydawnictwo: W.A.B.

miejsce i rok wydania: Warszawa 2015

liczba stron: 592

format: 142 x 202 mm

oprawa: miękka


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.