Recenzje

W poszukiwaniu zaginionego czasu. Tom 1. Kraj cuchnący koperkiem

Źródło grafiki: Antoni Kaja
Zdarzają się niestety przypadki, kiedy autorzy dzieł komiksowych nie są w stanie pogodzić dwóch warstw – graficznej oraz fabularnej. Albo zachwycają barwnością wizji, lecz nużą na poziomie scenariusza, albo tworzą porywającą historię, lecz budzą zastrzeżenia, jeśli chodzi o ilustracje. Na szczęście Poszukiwacze zaginionego czasu, pierwszy tom serii Azymut autorstwa duetu Lupano – Andréae, nie cierpią na żadną z tych przypadłości. 
Skoncentrujmy się wpierw na tym, co dominuje w dziele Francuzów, czyli na warstwie wizualnej. Już samo wydanie rokuje bardziej niż dobrze: elegancka twarda oprawa, na okładce cokolwiek rozerotyzowana, ale przyciągająca wzrok ilustracja (kadry podobnej natury zdarzają się również w środku, są jednak wysmakowane i w żadnym razie nie nachalne). Jeśli dodamy do tego przepiękne ryciny fantastycznych stworzeń po wewnętrznej stronie okładki, opatrzone naprawdę ciekawymi opisami, otrzymamy prawdziwą perełkę, którą każdy miłośnik komiksów chciałby mieć na półce. Ale cóż by nam z tego przyszło, gdyby na oprawie kończyły się atuty tej publikacji? Na szczęście kreska Andréae zachwyca od początku do końca. Z wielką swadą odmalowuje on przed odbiorcą niezwykły świat przedstawiony, zamieszkały przez równie nietypowe istoty. Zarówno wymyślne zwierzęta, jak i nieco karykaturalne fizjonomie rozlicznych postaci wprost idealnie pasują do cudacznie groteskowej atmosfery godnej Terry’ego Giliama. Dzięki tak barwnej kreacji fikcyjnej rzeczywistości odbiorca momentalnie nabiera chęci zanurzenia się w nią, wyruszenia wraz z bohaterami w szaloną podróż po krainie znikających biegunów i wędrujących mórz, zamieszkałej przez karły operujące mechaniczną parą kobiecych nóg w pończochach, pełne gracji klepsydrawie czy wszechobecne dziwoczki, których pochodzenie stanowi prawdziwą zagadkę (a ich pierwsze słowa po wykluciu to: „No dobra!”). Malarskość rysunku, widoczna szczególnie w częściowym rozmyciu tła, wraz z wielkim przywiązaniem do detalu sprawiają, że nie sposób tego komiksu nie podziwiać, nie powracać do poszczególnych kadrów i nie badać ich uważnie w poszukiwaniu przeoczonych szczegółów na drugim planie.

Wiadomo jednak, że dzieło to nie zaistniałoby bez pióra Wilfrida Lupana. Z każdą kolejną stroną stwarza on świat z jednej strony obcy, ale z drugiej taki, w którym pobrzmiewają echa znajomej przeszłości. Przez cały czas prowadzi on sprawnie dwa główne wątki. Na pierwszy plan wysuwają się perypetie pechowego podróżnika, hrabiego Quentina de la Perué, który na skutek zagadkowego zniknięcia północy wraca niezamierzenie do swojej ojczyzny, Ponduszu. Tam wraz z pokładowym malarzem Eugeniuszem, trawionym nieszczęśliwym uczuciem do manipulatorki, oszustki i złodziejki Mani Ganzy, odkrywa, że rzeczona femme fatale owinęła sobie wokół palca władcę kraju, Ireneusza, i zmusiła go do spełnienia swoich siedemnastu kaprysów (jest to rzekomo przedślubna tradycja odległego kraju, z którego pochodzi). Przedstawienie Ponduszu pnącego się ku niebu przywodzi na myśl mikrokosmos miasta Gormenghast z Tytusa Groana Mervyna Peake’a. Tak jak i tam panują tu specyficzne zwyczaje (komiczne przywiązanie do litery prawa, koperek jako główny dodatek do wszystkich potraw i baza likieru), królowi towarzyszy przedziwny orszak służalczych poddanych (w tym stworków różnych kształtów i rozmiarów), a na dworze zdają się mieszać epoki. W strojach tam noszonych odnajdziemy ślady siedemnastowiecznego przepychu, nawiązania do okresu brytyjskiej kolonizacji czy umundurowania mniej więcej z pierwszej połowy osiemnastego stulecia, a nawet cylindry i meloniki. Uważnemu czytelnikowi migną przed oczami kula śnieżna zamknięta w gablocie skarbca i zupełnie współczesny automat z zabawkami. Mówi się także o starej walucie – koronach.

Kontrapunkt dla owego absurdalnego miszmaszu stanowi opowieść o poszukiwaniach emerytowanego majora Orestesa Pikota, który jako łowca nagród poluje na nikogo innego jak właśnie niesławną Manię Gazę. Towarzyszy mu królikopodobny kompan niepewny własnej tożsamości i zakochany do szaleństwa w uwięzionym w wodzie odbiciu przestępczyni. Razem napotykają przypadkiem profesora Arystadesa, pływającego na łodzi-laboratorium Labs. Uczony ten, aby odkryć sekrety czasu, bada stworzenia z rodzaju chromoskrzydłych. Także on zdaje się mieć pewne tajemnicze powiązania z urodziwą awanturnicą, w której stronę – niczym igła kompasu – prowadzą wszystkie tropy. Choć niezbyt bogata w wydarzenia, wbrew pozorom to właśnie ta część opowieści przynosi, jak na tom pierwszy cyklu przystało, najwięcej pytań i sugeruje możliwe wątki do rozwinięcia.

Jedyną rysą na tej wyjątkowo udanej, aczkolwiek manierycznej całości zdaje się momentami tłumaczenie. Trochę to dziwi, gdyż odpowiada za nie Wojciech Birek, człowiek, któremu zawdzięczamy obecność na naszym rynku większości komiksów francuskojęzycznych. Chociaż fenomenalnie poradził on sobie z pomysłowymi nazwami gatunkowymi fauny świata przedstawionego (m.in. dawnotemu, pszczoła retromiodka), to czytelnikowi rzucą się w oczy pewne niezgrabności stylistyczne i wysilone, sztuczne gry słowne. Są to jednak zaledwie pojedyncze zgrzyty, zasadniczo nieprzeszkadzające w odbiorze, no, chyba że jest się szczególnie wyczulonym na kwestie językowe.

Po lekturze tego dosyć krótkiego albumu pojawia się wiele intrygujących kwestii. Co się stało z biegunem północnym? Kim (lub czym) jest legendarny Pożeracz Czasu? O co chodzi z enigmatycznym Bankiem Czasu? No i skąd biorą się klepsydrawie, skoro z ich jaj wykluwają się dziwoczki? Trzeba być wdzięcznym Wydawnictwu Komiksowemu, że na rozwikłanie choć części z tych tajemnic nie poczekamy długo – kolejne dwa tomy o podtytułach Niech Piękna zdycha i Antropotamy Nihilu ukażą się w tym oraz kolejnym miesiącu. Gorzej, że historia może się na nich nie skończyć, a we Francji kolejne albumy ukazywały się co dwa lata. Na razie nie ma się jednak co tym martwić. Rozkoszujmy się więc tym cudownie wydanym, nietuzinkowym dziełem, które aż kipi od pomysłów i porywa czytelnika w niezwykłe krainy wyobraźni.

   


autorzy: Wilfrid Lupano (scenariusz) i Jean-Baptiste Andréae (rysunki)

tytuł: Azymut, tom 1: Poszukiwacze zaginionego czasu

przekład: Wojciech Birek

wydawnictwo: Komiksowe

miejsce i rok wydania: Warszawa 2016

stron: 48

format: 367 × 366 mm

oprawa: twarda


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.