Recenzje

Zagadkowym tunelem Onikromosu ku niezliczonym niewidzialnym miastom...

Źródło grafiki: Antoni Kaja; edycja: Magdalena Pawłowska
...gdzie mienią się żywe mozaiki i toczą młode wszechświaty zwinięte w kłębek, gdzie wznosi się monumentalna monada z maszyny i myśli, gdzie w chmurze feromonów snute są owadzie historie o tęsknocie, gdzie zwiewne tulpy zajmują się tkaniem myślokształtów, gdzie w kniei drzewiastych Cicho Zielonych wzrastają grzybne Przekaźniki i wreszcie gdzie wśród skał udających wieżowce zagubieni ludzie z różnych zakamarków globu gromadzą się w jednym miejscu, aby podążyć za pieśnią monolitycznej Latarni – a jeśli odejść, to już jako ktoś zupełnie inny.
To właśnie w te niepojęte miejsca, przywodzące na myśl kolejne przystanki wędrowca z dzieła Itala Calvina, prowadzi nas w swojej drugiej powieści Paweł Matuszek. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że pierwszą – Kamienną Ćmę – nominowano do nagrody im. Janusza A. Zajdla, to będziemy mogli się spodziewać, że czeka nas podróż jedyna w swoim rodzaju.

Onikromos to dzieło proste jedynie w swej strukturze: główną oś fabuły stanowią dążenia Drussa – ostatniego człowieka w Linvenogre, a zarazem tropiciela zagadkowych artefaktów xulo – do tego, aby poznać prawdę o śmierci brata, zniknięciu ojca i własnym mieście zamieszkanym przez płazopodobnych zaminów oraz pająkokształtnych perusów. Wbrew woli Rady, która rządzi tym miejscem, bohater przebija się przez zasłonę kłamstw. Odkrywa też o wiele więcej, niż pragnął – zaczyna rozumieć, że jest częścią czegoś większego o kosmicznych wręcz rozmiarach. Do grona istotnych aktorów tego zawrotnego spektaklu należą również pomocnicy mężczyzny, pochodzący z obu miejscowych ras Tenan (perus) i Hemel (zamin). Ich dzieje przeplatane są urywkami ze znajomego nam świata, migawkami z życia Ziemian – życia względnie zwyczajnego, lecz ulegającego zmianie na skutek zetknięcia z innymi rzeczywistościami. W efekcie otrzymujemy frapującą łamigłówkę, której poszczególne elementy zostają ujawnione stopniowo (jeśli w ogóle) we wcale nieoczywisty sposób. Każde obco brzmiące słowo, każda fraza, każdy surrealistyczny obraz mogą stanowić klucz do jej ostatecznego rozwikłania albo jedynie zwodzić czytelnika na manowce. Rozpoczyna się niezwykła gra z odbiorcą.

Gra, na którą nie każdy jest przygotowany, Matuszek wyznaje bowiem zasadę, że mniej znaczy więcej. Na dowód przytoczmy słowa jednej z drugoplanowych postaci:

(...) Szczegółowe tłumaczenia są zbędne,

Wręcz szkodliwe.

W istocie hamują nasze postępy.

Pewnie zabrzmi to dla was paradoksalnie,

Lecz faktem jest,

Że działacie bardziej efektywnie,

Gdy znacie tylko fragmenty

Większej całości,

Elementy większego obrazu.

Nie uświadczymy zatem jasnych odpowiedzi na pytania czy wątpliwości mnożące się podczas lektury (sam musiałem porobić sobie notatki). W poszczególnych wątkach są za to poukrywane liczne wskazówki: powtarzające się motywy, znaczące wyrażenia, podobnie brzmiące opisy. To od nas zależy, czy poukładamy je odpowiednio, czy uzupełnimy luki. I między innymi wiara w niezależność czytelnika oraz siłę jego wyobraźni stanowi jedną z cech wyróżniających tę niezwykłą prozę. Obcowanie z Onikromosem, choć niełatwe, pozostaje doświadczeniem unikalnym, trudnym do opisania słowami, opierającym się w głównej mierze na indywidualnych odczuciach.

W ślad za bohaterami zostajemy wrzuceni w wir zdarzeń, wędrujemy od jednej rzeczywistości do drugiej, odwiedzamy alternatywne światy, cofamy się w czasie, przed oczami migają nam kolejne nazwy metropolii – Gers, Enzabar (chyba najciekawsza z nich wszystkich, najbardziej magiczna), Kvall, Travh-nahru… Przestają obowiązywać zasady fizyki czy konwencjonalnej logiki. Niesieni siłą brawurowej fantazji pisarza, razem z postaciami zmieniamy kształty, formy, osobowości. Wykreowane uniwersum są doprawdy imponujące, dopracowane do najmniejszego szczegółu, różnorodne językowo (rozliczne neologizmy, a także anagramy) i kulturowo – po prostu fascynujące, inne do tego stopnia, że czasem wręcz trudno je sobie wyobrazić. Natomiast każda rozgrywająca się w nich podopowieść stanowi odrębną całość na pozór skonstruowaną zgodnie z zasadami kompozycji, ale zarazem wykraczającą poza nie.

Dzieło Polaka trudno przy tym zdefiniować gatunkowo, ponieważ Matuszek sięga po motywy z fantastyki, science fiction, horroru, lecz także powieści obyczajowej czy rasowego dramatu. Łączy je i miesza z wprawą kuchmistrza, wykorzystuje do tego, aby pokazać przenikanie się normalności oraz irracjonalności. Bo wbrew pozorom na końcu to czynnik ludzki okazuje się naprawdę ważny. Istotne stają się rozterki, pragnienia, dążenia, które stanowią dowód na to, jak wyjątkową rolę – pomimo swojej niedoskonałości – nasz gatunek odgrywa w mechanizmie stworzenia. Można by oprócz tego wskazać inspiracje twórczością europejskiego komiksiarza Andreasa Martensa z jego skłonnościami do gęstej metafizyki i filozofii (szczególnie przychodzi na myśl Rork, choć pod względem złożoności świata przedstawionego bliżej tu do cyklu Arq). Ewidentne zdaje się pokrewieństwo Onikromosu z dokonaniami Chiny Miéville’a, a także innych twórców gatunku New Weird.

Jednak książka Matuszka wykracza poza ramy konwencji, przełamuje reguły linearności, wychodzi naprzeciw oczekiwaniom odbiorcy. I właśnie dzięki temu odnosi pełen sukces – tym bardziej, że wydana została wprost idealnie. Uwagę od razu przyciąga dość prosta okładka z pojedynczą figurą na tle pustynno-skalistego krajobrazu. Czujemy, że za naturalnością tej scenerii skrywa się iluzja, bo już po chwili orientujemy się, że wykute w kamieniu budowle widoczne w tle są nienaturalnie pochylone, a głazy na pierwszym planie... lewitują! Odpowiedzialny za projekt i ilustrację Dark Crayon spisał się na medal. Po otwarciu książki witają nas zagadkowe liczby zamknięte w kwadratowej siatce, a chwilę potem otwiera się przed nami – dosłownie – wylot tunelu schodzącego w ciemność, obramowanego zagadkowymi słowami-kluczami w bieli. Warto w tym miejscu zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze – po zdjęciu obwoluty okazuje się, że z przodu i z tyłu widnieje obraz tego samego mrocznego wejścia, zupełnie jakby cała książka stanowiła jeden wielki szyb, w który czytelnik zagłębia się coraz bardziej wraz z przewracaniem kolejnych stron. Po drugie – tak jak sama opowieść nie posiada wyraźnego końca, tak i przejście prowadzi dalej, a litery mu towarzyszące sugerują, że przełamana została także bariera języka. Wszystko byłoby cudnie, gdyby nie jeden mankament: w tekście znajduje się całkiem sporo literówek oraz innych chochlików drukarskich. Niby mała rzecz, ale zwyczajnie szkoda tego finalnego maźnięcia pędzlem, tej kropki nad i.

Onikromos potwierdza różnorodność oraz wysoką jakość publikacji wydawnictwa Mag. Z pewnością nie przemówi do wszystkich, ale jest jedną z najlepszych powieści fantastycznych wydanych w tym roku (jeśli nie najlepszą). Oryginalność wizji oraz kunszt pisarski autora – umiejętność tak sprawnego budowania opowieści niekiedy tylko za pomocą dialogu zasługuje na wyróżnienie – powinny rozwiać wątpliwości co do siły współczesnej literatury polskiej. Dla fanów wyjątkowych przeżyć beletrystycznych oraz zagadek zmuszających do myślenia to pozycja obowiązkowa, dla każdego śmiałka – niezapomniana wyprawa tajemnymi ścieżkami przenikających się wszechświatów.

autor: Paweł Matuszek

tytuł: Onikromos

wydawnictwo: Mag

miejsce i data wydania: Warszawa 2016

liczba stron: 784

format: 159 ×  246 mm

oprawa: twarda


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.