Recenzje

Błędne wędrówki

Źródło grafiki: Magdalena Pawłowska
Jeden tytuł i trzech autorów – Leopold Tyrmand, Monika Dyrylica, Dagmara Klein. 
Pierwszy z wymienionych rozpoczął pisanie powieści Wędrówki i myśli porucznika Stukułki, jednak nie ukończył historii głównego bohatera. Minęło kilka dekad i dalsze losy porucznika zostały dopowiedziane. Kontynuacja historii napisana przez Monikę Dyrylicę i Dagmarę Klein została wyłoniona w drodze konkursu zorganizowanego przez wydawnictwo MG.

Niewątpliwie dokończenie powieści rozpoczętej przez Leopolda Tyrmanda było zadaniem co najmniej trudnym. Przede wszystkim ze względu na język, jakim posługiwał się autor. Charakterystyczny, zabawny, lekko ironiczny i przede wszystkim przemyślany. W tekstach warszawskiego pisarza żadne słowo nie jest przypadkowe. Kto czytał – nawet jeden, jedyny raz – choćby fragment wybranego opowiadania, artykułu czy powieści, zauważy porównania, epitety czy w końcu metafory charakterystyczne wyłącznie dla Leopolda Tyrmanda. Ich konstrukcja jest kilkupoziomowa, stale się piętrzy, a równocześnie jest lekka i bardzo dobrze ułożona, że jako czytelnicy – pomimo rosnących pięter – nie widzimy, która to kondygnacja i że to jedna z najwyższych.

Do tego dochodzi wielkość nazwiska Tyrmand w świecie literatury i presja, jaką w związku z tym niesie ze sobą dokończenie jego dzieła. Napisanie kontynuacji historii, którą rozpoczęła legenda syreniego grodu, wymaga wielkiej odpowiedzialności i uczciwości nie tylko względem siebie, lecz także – przede wszystkim – względem czytelników i słów zapisanych kilka dekad wcześniej.

Czy to się udało? Czy autorki, pisząc, poczuwały się do odpowiedzialności, do obowiązku? Pamiętały – chciały pamiętać, czy po prostu od czasu do czasu przypominały sobie o wspomnianej uczciwości?

Cóż… według mnie nie.

O ile można wymyślić dalszą część historii, o ile można również ją zapisać, o tyle przekazanie jej w ciekawy sposób jest już trudniejsze. Autorki w tym aspekcie podołały. Również jeśli chodzi o przekazanie konwencji – charakterystyczne przypisy, tytuły rozdziałów – zdały egzamin na 5. I za to brawa, ponieważ jest to o wiele trudniejsze niżeli napisanie czegoś od początku. Można by przyjąć, że warsztatowo Monika Dyrylica i Dagmara Klein dały sobie radę, jedynie nieliczne fragmenty zdradzają absencję Leopolda Tyrmanda w drugiej części jego dzieła. Właściwie trudno ocenić, czy to dobrze czy nie. Według mnie jednak lepiej mieć własny styl niż umieć pisać w stylu czyimś.

Autorki zdradza co innego – brak umiejętności balansowania na krawędzi ze smakiem i swadą. W pewnych momentach, szczególnie w opisach bądź fragmentach, kiedy Jan Franciszek Stukułka się uzewnętrznia, autorki tracą azymut i płyną w kierunku krainy, gdzie czytelnik może się poczuć mocno zażenowany. Jednym z takich fragmentów jest opis tego, jak bohater dzielnie podejmuje walkę dywersyjną z wrogiem.

„[…] Jednak Jan Franciszek przychodził nad Lebiedkę również w innym, niż zaspokojenie chuci, celu. Obudzony w nim ptak walki narodowowyzwoleńczej szamotał się w klatce piersiowej (acz asekuracyjnie) i szukał możliwości skanalizowania swych zrywów, które w zamierzeniu miały dopiec okupantowi […] Akty dywersyjne polegały bowiem na cyklicznym zanieczyszczaniu wód rzecznych fekaliami. Jak dobrze dedukował, wody te zaniosą śmiercionośny ładunek do nadrzecznych baz wojskowych okupanta […]”.

Nie wiem, czy takie opisy i poprowadzenie akcji w ten akurat sposób wynikają z mało lotnego poczucia humoru autorek czy z przeświadczenia, że papier jest cierpliwy, a czytelnicy i tak to kupią, i tak przeczytają, bo pierwsze nazwisko na okładce to Tyrmand.

Wersja dalszych losów Jana Franciszka Stukułki wybrana przez konkursowe jury nie świadczy na korzyść wydawnictwa MG i organizowanego przez tę instytucję wydarzenia. Pomimo że tekst jest napisany dość sprawnie i widać dobry pomysł na fabułę, to opisy takie jak przytoczony powyżej niszczą wszystko i pokazują lekkomyślność literacką autorek.

Warto jednak wspomnieć o samym zakończeniu, które zdecydowanie stanowi najlepszy fragment dopisanej części. Jest ciekawe, dobrze się je czyta, pomysłowe i wręcz ulotne – jakby oderwane od całości, choć wciąż z nią współbrzmiące.

Część Wędrówek i myśli porucznika Stukułki napisana przez Leopolda Tyrmanda należy po prostu do niego – autor jest w niej obecny od początku do końca. Dalsze losy porucznika, wymyślone przez Monikę Dyrylicę i Dagmarę Klein, to już coś zupełnie innego. Ciężko tam odnaleźć autorki i ich indywidualny styl – choćby w niuansach. Dla mnie ta druga, dopisana część stanowi dowód tylko na to, że kontynuacja tej historii nie powinna w ogóle powstać. Lepiej by było, gdyby książka pozostała nieukończona, a każdy czytelnik mógł sam dopisać w wyobraźni dalsze losy bohatera Leopolda Tyrmanda, niż miał możliwość czytać to co napisały Monika Dyrylica i Dagmara Klein.

 

autor: Leopold Tyrmand

tytuł: Wędrówki i myśli porucznika Stukułki

wydawnictwo: MG

miejsce i data wydania: Warszawa 2016

liczba stron: 332

format: 149 × 220

oprawa: twarda


Katarzyna Prędotka

W dacie urodzenia ma dziewiątki i ósemki. Studiuje dziennikarstwo. Lubi literaturę lat 60. i 70., historię starożytną, filmy wojenne lat 80. i 90. W wolnych chwilach utrwala swoją wiedzę na temat postaci kapitana Henry’ego Morgana.