Lwy salonowe

„Zwierzęta się nie znęcają” – podsumowanie 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni

Źródło grafiki: Festiwal Filmowy w Gdyni
Kolejny rok w Gdyni udowadnia, jak wielkie zainteresowanie wciąż budzi wśród widzów rodzime kino. Potwierdzają to oblegane seanse Wołynia (tu doszło nawet do awantury przy wejściu) i Ostatniej rodziny w Teatrze Muzycznym. Liczba chętnych sprawiła, że ten ostatni film wyświetlono dodatkowo późnym wieczorem. Do tego można doliczyć tłumy garnące się na specjalną projekcję kontrowersyjnego Smoleńska. Ponad wszystkim unosił się zaś duch Krzysztofa Kieślowskiego (kto wie czy nie dosłownie – tak mogłoby wynikać z zabawnych anegdot montażystki uczestniczącej w spotkaniu poświęconym temu wybitnemu reżyserowi). Nie wspominając o urodzinach Andrzeja Wajdy, który uświetnił swoją osobą obchody 41. edycji festiwalu, pokazując swój najnowszy film Powidoki z udziałem Bogusława Lindy. Wybitny reżyser świętował dziewięćdziesiąte urodziny oraz czterdziestolecie pracy twórczej.
Ciekawi bardziej artystycznej formy lub eksperymentalnego podejścia do fabuły mogli się też po raz kolejny zmierzyć z konkursem Inne Spojrzenie (Ederly, Biuro Budowy Pomnika, Zud, Kryształowa dziewczyna) lub obejrzeć wybrane dzieła zmarłego niedawno Andrzeja Żuławskiego (w tym Kosmos – adaptację prozy Gombrowicza). Ale nie ulega wątpliwości, że już sam Konkurs Główny dostarczał mnóstwa wrażeń, w końcu zakwalifikowało się do niego aż 16 filmów!

Szczególną uwagę na tej liście przykuwa Planeta Singli. Przezabawna, solidnie napisana komedia romantyczna – gatunek w Polsce przeklęty, ale dzięki Mitji Okornowi (Listy do M., Listy do M. 2) zrewitalizowany – pasuje do pozostałych nominowanych jak pięść do nosa.

Dwie trzecie filmów Konkursu Głównego (np. Na granicy, Czerwony pająk, Plac zabaw) przedstawiają sceny tortur lub brutalnego mordu. Mniej więcej w takiej samej liczbie filmów w czołówce powinny zostać wymienione papierosy, ponieważ odgrywają one równie istotną rolę, co palący je bohaterowie; maniera ta sprawia, że momentami wręcz trudno powiedzieć, czy rekwizyt buduje postać, czy na odwrót.

Większość pokazanych w tym roku filmów (np. Zjednoczone stany miłości, Sługi boże, Las 4 rano, Plac zabaw) sprowadza seksualność do rangi potrzeby fizjologicznej, życiowego błędu i/lub aktu przemocy, a przynajmniej źródła upokorzeń. Szokuje to, że – paradoksalnie – tylko w Wołyniu stosunek płciowy wiąże się z głębokim, odwzajemnionym uczuciem, ciepłem i bliskością. Przynajmniej jeden z nich, bo pozostałe potwierdzają powyższe spostrzeżenie.

Abstrahując od fabuł opartych na aktach sądowych (znakomite Jestem mordercą, Czerwony pająk i Zaćma), to właśnie w Wołyniu oraz w Placu zabaw przemoc graficzna znajduje żelazne umotywowanie w opowiadanej historii. W tym drugim (nagrodzonym za debiut reżyserski) sekwencja końcowa brutalnie zwalnia zapadkę, uruchamiając potrzebę dyskusji. Z dokumentalną precyzją odtworzono tu sadyzm, z jakim dwóch chłopców morduje niemowlę porwane z centrum handlowego. Część widzów zaczęła tupać lub opuściła teatr przed końcem filmu; również na spotkaniu z twórcami po projekcji padły głosy oburzenia i sprzeciwu. Przełamano kolejne tabu.

Przez cały tydzień zadawaliśmy sobie pytanie o zasadność podejmowanych tematów i zastosowanych środków wyrazu. Na nasz odbiór niewątpliwie wpływało to, że zgodnie z naturą festiwalu oglądaliśmy filmy jeden po drugim, co stymuluje powstanie całej sieci powiązań i pewnej panoramy polskiego kina. Choć współcześnie niepopularne jest podejmowanie na nowo tematów uniwersalnych, to z pewnością wśród zaprezentowanych filmów wyróżnia się Zaćma skupiająca jak w soczewce kwestie poczucia winy i odkupienia. Wielu widzów utożsami się z ekstremalnym rozdarciem głównej bohaterki, która bez wiary w Boga nie uzyska przebaczenia, ale wierząc, skaże się na dławiące poczucie winy. O równie ponadczasowej potrzebie zdystansowania się od cywilizacji, powrotu do korzeni oraz o bólu po utracie bliskiej osoby opowiada kolejny film Jana Jakuba Kolskiego, Las 4 rano. Stanowi swoiste zaproszenie do pierwotnego świata natury ze wszystkimi tego konsekwencjami.

W polskim kinie dominuje obecnie coś, co można nazwać „fabułą obserwacyjną”. W obliczu diagnozowanej przez filmoznawców utraty wiarygodności przez fikcję literacką i popytu widzów na surową prawdę można przypuszczać, że zjawisko to wpisuje się w obecny we współczesnym kinie zwrot w kierunku dokumentalizmu – zarówno jako formy wyrazu, jak i narzędzia fabularnego.

Wszystkie nieprzespane noce to portret współczesnych dwudziestolatków, a pewnie też przedstawicieli pokolenia milenijnego, wegetujących w stanie pełnej swobody wyboru. Ich dramat polega na tym, że choć buntują się przeciwko prozie życia, brak im w nim struktury i stabilnego kodeksu postępowania. Aktualny jak nigdy wcześniej dramat nastolatków z rozbitej rodziny podjęto z kolei w krzepiących (mimo szarzyzny) obyczajowych Falach, ale też w zupełnie odmiennym, unikalnym pod względem artystycznym Królewiczu olch. A skoro już mowa o dysfunkcyjnych rodzinach, trzeba wspomnieć o Ostatniej rodzinie (Wielka Nagroda Złote Lwy dla debiutującego Jana T. Matuszka). Tu także mamy do czynienia z wojerystyczną wiwisekcją, tym razem trudnych relacji panujących między Beksińskimi, ich zmagań z depresją syna, dziwactwami ojca malarza i biernością czułej matki. Do tego grona należy dołączyć również komediowego Kampera, który przygląda się dzisiejszym trzydziestolatkom. Pokazując kawałek znanego nam świata, nieśmiało zadaje pytania o to, jak się dziś buduje związek, planuje przyszłość i żyje w mieszkaniu od teściów. Łatwo się potknąć.

Zewsząd uderza samotność i cierpienie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Dominują patologie oraz światopoglądowy pesymizm. Z tematów podejmowanych przez młodych filmowców (aż osiem konkursowych filmów to debiuty, do tego dwa filmy drugie) przebija społeczne zaangażowanie i troska o skorodowaną rzeczywistość pozbawioną bezwzględnych wartości.

Z tej grupy wyłamało się Szczęście świata – ujmująco subtelna i poetycka opowieść o Holocauście. Zbyt łatwo zapominamy, że życie nie toczy się prostym torem. Cytując jednego z bohaterów – „nie jest z A do B”, bo „nie ma B”. Odrobina więcej światła, empatii i życzliwości jest nam bardzo potrzebna. Oby w przyszłym roku w polskim kinie jej nie zabrakło, a poziom pokazywanych dzieł pozostał wysoki.


Paweł Gładysz, Antoni Kaja