Recenzje

Statyczny ruch

Źródło grafiki: Jonathan Kos-Read | Flickr, okładka: Wydawnictwo MG
Ta książka to taśma filmowa, która kiedyś była na wagę złota, a każdy z rozdziałów to kolejny kadr tej opowieści. Gdy przerwiemy projekcję, będzie zupełnie tak, jak o tworzeniu pewnego filmu wypowiedział się Edward Kłosiński:
(…) możemy to oczywiście odłożyć, ale ty już ten film w głowie masz. Ja go też mam. My go mamy kręconego [!] w tej chwili. Jeśli my do tego wrócimy za rok czy za dwa, to może być tak, że już po prostu nam nie stanie[1].

Dlatego Zatrzymanych w kadrze należy przeczytać na raz. Można do nich wrócić, ale wtedy trzeba zacząć na nowo, aby złapać rytm. Nie jest to książka zwykła, a jej bohaterowie – oczywiści. Teraz, po zakończeniu lektury, już to wiem, przedtem jednak zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Uznałam, że to książka jak inne. Bez daty ważności. Lubię film i publikacje, z których mogę się czegoś dowiedzieć. Stąd też mój wybór. Żadna nadprzyrodzona siła o tym nie decydowała, jedynie zwykła chęć przeczytania książki o filmie. Lecz za każdym razem, gdy brałam ją w ręce, po chwili znów ją odkładałam. Nie wiedziałam zupełnie dlaczego. Zatrzymani w kadrze na pierwszy rzut oka mają wszystko, co cenię u wydawców i autorów. Dobry, ciekawy tytuł, ładne, przyjemne dla oka wydanie, świetny układ tekstu i fotografii. A jednak… myślałam, że nigdy nie skończę czytać tej książki. Jest po prostu opasła, co wcale nie zachęca do lektury. Wprawdzie zaczęłam, ale po trzydziestej stronie nagle przerwałam, odłożyłam ją na półkę i długo, długo już do niej nie wracałam. Teraz już wiem: to książka, która nie pozwala na zapomnienie o sobie i rwane czytanie.

Zatrzymani w kadrze Bartosza Michalaka to publikacja dość obszerna (432 strony) i choć na początku może to przerażać, po lekturze nic nie wskazuje na to, że powinna być choć ciut krótsza. Przede wszystkim zdaje się rozmową, właściwie można ją odebrać jako dość niecodzienny dialog. Autor połączył bowiem wypowiedzi reżyserów, aktorów, znajomych każdego z operatorów i włączył je do książki. Historie o bohaterach i anegdoty z planów filmowych zostały subtelnie poprzeplatane między sobą. Wymagało to zdecydowanie dużej skrupulatności i konsekwencji, a jak można zauważyć, dało to świetny efekt końcowy. Książka ma indywidualny klimat, jest wręcz kameralna. Taki efekt zawdzięcza przede wszystkim osobom, które wypowiadają się w niej wielokrotnie, powracając z każdą kolejną postacią.

Autor na swoich bohaterów wybrał dziewięciu operatorów filmowych, mężczyzn, którzy wykonując ten zawód, pozostali artystami wkładającymi w pracę całą swoją wrażliwość, wizjonerów planów filmowych, a zarazem ludzi niedostrzeganych. Nierzadko są to cudotwórcy, a oni po prostu robią swoje. To oni pozostają o krok za reżyserem, nie po to aby go gonić, tylko po to, aby pokazać mu, którędy iść, gdy ten na chwilę zgubi azymut. Bartosz Michalak zabiera czytelnika w podróż przez dekady, każda z nich ma swojego bohatera, często niejednego. Jednak zauważymy coś jeszcze – wszyscy oni pomimo różnicy wieku, sprzętu na jakim pracowali, nurtów i czasów, w jakich przyszło im pracować, są połączeni czymś, co sprawia, że ich dzieła są uniwersalne, a jednocześnie mogą współistnieć z dziełami kolegów. To, co ich łączy, to wrażliwość, która staje się źródłem głębi.

Pierwszy z nich – Jerzy Lipman – urzekł mnie po prostu. Gdybym była reżyserem, pragnęłabym całą duszą i sercem pracować z takim artystą. Dzięki sylwetce Jerzego Wójcika zrozumiałam, że warto i trzeba opowiadać obrazem. Witold Sobociński pokazał, jak istotna jest pasja, Jan Laskowski uzmysłowił mi priorytet determinacji – kluczowej w tym zawodzie. Sylwetka Mieczysława Jahody wskazała pierwiastek indywidualności. Natomiast praca Edwarda Kłosińskiego to ascetyzm w wyrazie i prostota o największym wydźwięku i natężeniu. Jacka Petryckiego utożsamiam z odwagą. Piotra Sobocińskiego z pokorą, intuicją i daleko idącym wizjonerstwem. A Pawła Edelmana – z dyplomacją i kamerą zamiast serca. Z tych wszystkich powodów tym trudniej opowiedzieć się tylko za jednym z bohaterów, mówić o trybie pracy tylko jednego z nich. Po lekturze Zatrzymanych w kadrze każdy z przedstawionych dziewięciu Panów stał się bliższy dla mnie – czytelnika, widza, człowieka.

Bartosz Michalak sprawnie posługuje się językiem. Widać również po tej książce, że jest osobą pracowitą i sumienną, jednak chciałabym przeczytać książkę, w której więcej mówiłby on sam, a mniej – osoby trzecie. Te wtrącenia utrudniają ogólną ocenę warsztatu autora. Ciężko więc jednoznacznie stwierdzić, ile w Zatrzymanych w kadrze warsztatu, ile ciężkiej pracy, a ile – talentu pisarskiego.

Zawdzięczam tej książce ogromnie dużo. Dzięki niej zrozumiałam operatorów filmowych i ich pracę. To niezwykłe, bo przecież wiedziałam, że są oni na planie, ale czy wiedziałam, czym naprawdę się zajmują? Po części uważałam, że operator to tylko osoba trzymająca kamerę. Przyznaję się do tego. Nie zdawałam sobie sprawy, jak znaczącą rolę odgrywa w filmie. Jednak gdy teraz ktoś zapyta mnie, kto był reżyserem filmu, o którym opowiadam, odpowiem, o kogo chodzi, ale zawsze dodam również, kto był na planie tego filmu operatorem. Ta książka to po prostu zwrotnica, którą przestawia autor, aby nasze postrzeganie pracy na planie filmowym wjechało z bocznicy na właściwy tor.

 

autor: Bartosz Michalak

tytuł: Zatrzymani w kadrze

wydawnictwo: MG

miejsce i data wydania: Kraków 2016

liczba stron: 432

oprawa: twarda

format: 243 × 176


[1] B. Michalak, Zatrzymani w kadrze, Kraków 2016, s. 224.

Katarzyna Prędotka

W dacie urodzenia ma dziewiątki i ósemki. Studiuje dziennikarstwo. Lubi literaturę lat 60. i 70., historię starożytną, filmy wojenne lat 80. i 90. W wolnych chwilach utrwala swoją wiedzę na temat postaci kapitana Henry’ego Morgana.