Recenzje

Przekleństwo Elantris

Źródło grafiki: Wydawnictwo MAG
Mówi się, że magia to obecnie w fantastyce taka sztampa, że ciężko powiedzieć coś ciekawego na jej temat. A jednak Brandonowi Sandersonowi udało się w literackim debiucie stworzyć jej całkiem intrygujący obraz – opisał moc, która spada na ludzi zupełnie przypadkiem, dotyka tak godnych, jak i niegodnych prawie (a z czasem dosłownie) jak zaraza. Zaczął przy tym swoją powieść – wzorem Hitchcocka – od kataklizmu, który sprawia, że upadają władający magią bogowie, a świat zmienia się bezpowrotnie. I na całe szczęście aż do samego końca nie spuścił z tonu.
Właściwa akcja Elantris rozpoczyna się dziesięć lat po katastrofie zwanej Reodem. Tytułowe miasto unosi się nad głównym miejscem akcji – sąsiadującym z nim Kae – niczym zły omen, mający przypominać o tym, jak nietrwała może być potęga. Dramatyczne losy tej pozornie dobrze prosperującej, a w rzeczywistości niesłychanie niestabilnej politycznie i religijnie metropolii obserwujemy oczami trójki znakomicie skonstruowanych bohaterów. Zagraniczna księżniczka Sarene przybywa tam, by zawrzeć polityczne małżeństwo z dziedzicem tronu, a przy tym, być może, odnaleźć miłość. Królewicz niewiele wcześniej odkrywa, że padł ofiarą straszliwej choroby, która doprowadziła do upadku Elantris, i zostaje zesłany między pozostałych zarażonych za mury dawniej olśniewającego miasta. Wysoki kapłan ekspansywnego Shu-Dereth otrzymuje misję jak najszybszego nawrócenia mieszkańców Kae; w razie jego niepowodzenia konieczna będzie krwawa inwazja. To właśnie te trzy perspektywy wyznaczają misterną konstrukcję fabuły, z czasem jednak zarówno ścieżki bohaterów, jak i ich punkty widzenia zaczynają się krzyżować oraz mieszać, aż w końcu składają się w obliczu finalnej apokalipsy w jedną, nadzwyczaj spójną, całość.

No właśnie. Chociaż mamy do czynienia z literackim debiutem, niedoświadczenie pisarza zupełnie nie jest odczuwalne w trakcie lektury pomimo wprowadzenia do akcji pewnych uproszczeń i budzących zastrzeżenie rozwiązań, szczególnie w momentami nieco zbyt pośpiesznej końcówce. Być może ma w tym swój udział to, że tę pozycję autor przepisywał wyjątkowo aż dziesięć razy, z pewnością jednak najwięcej zawdzięczamy warsztatowi oraz pisarskiej swobodzie twórcy. Dlatego też powieść ta nie tylko należy do grona tych, które się „połyka”, lecz także wyróżnia się na tle reszty fantastyki kameralnym gronem bohaterów i nieszczególnie epicką fabułą, przesiąkniętą jednak zaskakująco wieloma istotnymi wątkami pobocznymi. Bogate tło kulturowe oraz pomysłowość w tworzeniu nowych języków z pismem opartym na pełnych znaczeń symbolach są tu wisienką na torcie. Inną zaletą nowego wydania są dodatkowe materiały na temat wykreowanego przez Sandersona świata, stanowiące kolejny, nawet bardziej dobitny dowód na dogłębne przemyślenie przedstawionej fantastycznej rzeczywistości. Ba! Sugerują one, że Elantris stanowi zaledwie część większego uniwersum (o którym aż chce się przeczytać!), nie mówiąc już o tym, że pozostawiono otwartą furtkę do kontynuacji historii. Czytelnik otrzymuje przy tym wgląd w decyzje artystyczne autora, ponieważ wśród materiałów zamieszczono również wybór wyciętych fragmentów powieści, które z różnych powodów nie znalazły się w jej ostatecznej wersji.

Autor utrzymuje, że chciał napisać „książkę zainspirowaną wizją więziennego miasta dla trędowatych zombie”. I faktycznie, podobnych inspiracji łatwo się doszukać w kreacji Elantris, ale od razu nasuwają się również skojarzenia z gettem, a co za tym idzie problemem rażących nierówności społecznych oraz uprzedzeń niechybnie prowadzących do tragedii. To właśnie wybrzmiewające między wierszami echa wciąż drażliwych tematów oraz nawiązania kulturowe przesądzają o wartości tej sążnistej powieści. Czynią ją – zwłaszcza w połączeniu z cudną oprawą graficzną i estetycznym wydaniem (przymknijmy oko na tych parę literówek) – pozycją, która od razu przypadnie do gustu miłośnikom dobrej fantastyki, a także dobrej literatury w ogóle. Czuję się więcej niż zachęcony do dalszego zgłębiania krain wyobraźni Sandersona. Debiut autora stanowi dobry początek przygody z jego twórczością, tym zaś, którzy niechętnie opuściliby tak od razu Elantris, Kae, Arelon oraz Svjorden, polecić można jeszcze małą nowelę osadzoną w tym samym świecie, choć w innym kręgu kulturowym: Duszę cesarza.


autor: Brandon Sanderson

tytuł: Elantris

tłumaczenie: Anna Studniarek

wydawnictwo: MAG

miejsce i data wydania: Warszawa 2016

liczba stron: 674

format: 221 × 149 mm

oprawa: twarda


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.