Prime time

Truskawki z bitą śmietaną

Źródło grafiki: http://i.telegraph.co.uk/multimedia/archive/02249/Strawberriesandcre_2249424b.jpg
Są tylko cztery turnieje tenisowe, które wynoszą gracza na wyżyny prestiżu: Australian Open, Roland Garros, US Open i Wimbledon. Spośród gier Wielkiego Szlema to właśnie ostatnie z wymienionych rozgrywek, uważane za nieoficjalne mistrzostwa świata na kortach trawiastych, zapewniają zwycięzcy największy splendor. Najciekawsze jednak kryje się gdzieś poza obrazem wychwytywanym przez kamery. Zajrzyjmy tam, a poczujemy ducha dawnej Anglii!

Pionier i jego dziedzictwo

Wszystko zaczęło się, gdy na boisku do krykieta major Walter Clopton Wingfield postanowił odbić piłeczkę przy pomocy rakiety. W roku 1876 opracował on grę, która rok później oczarowała All England Croquet Club. Major spowodował, że dodano ją do listy stałych aktywności – pomysł chwycił i już wiosną zmieniono nazwę klubu na „All England Lawn Tennis and Croquet Club” (do 1822 roku tenis tak mocno zdominował działalność organizacji, że z jej nazwy zupełnie wyrzucono wzmiankę o krykiecie; przywrócono ją 77 lat później ze względów sentymentalnych, choć ze wspomnianym krykietem klub już dawno nie miał i dalej nie ma nic wspólnego). Wydarzenie uświetnione zostało przez pierwsze turniejowe rozgrywki tenisa na trawie, rozegrane w czerwcu 1877 roku. Jedyną konkurencję – grę pojedynczą mężczyzn – zwyciężył wówczas Spencer Gore. Aby obejrzeć jego finałowe zmagania, 200 widzów zapłaciło po szylingu.

Płeć piękna musiała poczekać na swoje pięć minut do roku 1884, kiedy to wprowadzono singla kobiet i debla mężczyzn. Dopiero w 1913 roku lista pięciu konkurencji (niezmiennych do dziś) została uzupełniona o debel pań i grę mieszaną.

Kort ma na imię życica

Na zasadnicze pytanie zadawane rodzicom przez dzieci: czy trawa rosnąca na korcie jest taka jak w ogródku, z reguły pada odpowiedź twierdząca, bo i co to za różnica, co porasta kort? Okazuje się, że rodzaj trawy ma jednak spore znaczenie –  w 2001 roku zdecydowano, by grunt pod stopami zawodników obsiać życicą i tylko życicą, rezygnując tym samym z mieszanek stosowanych wcześniej. Specjaliści od nawierzchni wszelakich motywują ów zabieg tym, że piłka po odbiciu od tej właśnie trawy mocno przyspiesza i dzięki temu ułatwia akcje serwis – wolej. Ponieważ gra potrafi być bardzo agresywna, życica zwiększa wytrzymałość kortu na dynamikę współczesnej rywalizacji.

Trawa jak trawa – wydaje się oczywiste, że wyróżnić można korty trawiaste i korty ziemne – ale w świecie wielkiego tenisa takie pokrycie to ewenement. Żadnego innego turnieju Wielkiego Szlema nie rozgrywa się na trawie.

O poszczególne areny (a jest ich 19) organizatorzy dbają z ceremonialnym pietyzmem i dbałością o tradycję. Najważniejsze są kort centralny i kort numer 1. Pierwszy z nich powstał w roku 1922 i mieści do 14 tysięcy widzów. W ciągu całego roku odbywają się na nim tylko wimbledońskie mecze tenisowej elity zawodników oraz rozgrywki półfinałowe i finałowe. Przez resztę roku kort pozostaje zamknięty. Ciekawostkę stanowi kort numer 2., nazywany „cmentarzem mistrzów”. Właśnie tam wielu faworytów turnieju, takich jak siostry Williams czy John McEnroe, ku powszechnemu zdziwieniu wielbicieli odpadło już na samym początku rywalizacji.

Święto nieruchome nawet w deszczu

Zmagania co roku zaplanowane są dokładnie na 13 dni, rozpoczynają się w czerwcowy poniedziałek, między 20. a 26. dniem miesiąca, a kończą w lipcową niedzielę. Rewolucja nadejdzie w roku 2015, kiedy po raz pierwszy od początków Wimbledonu cały turniej zostanie przesunięty o tydzień – wszystko po to, aby dać graczom 21 dni wytchnienia po French Open.

Tradycyjnie w pierwszą niedzielę rozgrywek nie podziwiamy żadnych starć, jako że przecież gra powinna być przyjemnością, a każdemu należy się odpoczynek. Niestety ze względu na bezkompromisowy deszcz ten piękny zwyczaj trzykrotnie musiał zostać naruszony (w roku 1991, 1997 i 2004) – niedzielne lenistwo można sobie  odpuścić, a dwutygodniowy grafik jest rzeczą świętą, więc odwołane pojedynki trzeba kiedyś nadrobić. W drugą sobotę Wimbledonu, na zwieńczenie wszystkich (często odbywających się równolegle) meczów, ma miejsce finał pojedynczej gry kobiet, w niedzielę zaś – gry mężczyzn.

Wodę lejącą się z nieba pokonano ostatecznie w roku 2009: zainstalowano nad kortem centralnym mechaniczny dach, który zasłania murawę w niecałe 20 minut. Doskonale chroni zarówno przed wodą, jak i przed palącym słońcem, o czym rok temu przekonali się Roger Federer i Andy Murray, którzy rozegrali pierwszy finał niezmącony deszczem choćby w najmniejszym stopniu. W tym roku dach zapewnił komfort gry Jerzemu Janowiczowi, który pod koniec trzeciego seta meczu z Murrayem zażądał oświetlenia kortu w związku z zapadającym zmrokiem.

Gwiazdy…

Pora na garść statystyk dla każdego, kto w sferze tenisa nie porusza się sprawnie. Do tej pory w grze pojedynczej kobiet najwięcej, bo aż 9 razy, triumfowała Martina Navratilova. Wśród mężczyzn siedmiokrotnie zwyciężyli: William Renshaw, Pete Sampras i – chyba najsłynniejszy z nich – Roger Federer.

To tylko wierzchołek góry, bowiem przed rokiem 1922 niektórym graczom również zdarzało się wygrywać wielokrotnie, a nawet kilka razy z rzędu. Wówczas sytuacja była jednak dużo prostsza: tytułu mistrza broniono bez konieczności żmudnego zwyciężania w turnieju zasadniczym. Tak uprzywilejowani tenisiści stawali w szranki jedynie ze zwycięzcą półfinałów. Stopień zmęczenia przeciwnika z reguły dawał wystarczającą przewagę do tego, aby tytuł pozostał przy swoim dotychczasowym właścicielu.

Dlaczego tegoroczny Wimbledon był przełomowy? Otóż po raz pierwszy od 1936 roku wygrał go Brytyjczyk – Szkot Andy Murray. Żadnemu wyspiarzowi nie udało się to, odkąd puchar odebrał Fred Perry. Ostatnią brytyjską zwyciężczynią była z kolei Virginia Wade, która wywalczyła tytuł mistrzowski trzydzieści sześć lat temu. Choć gospodarze nie należą do narodu sprawnie władającego rakietą, z Wimbledonu są niezwykle dumni.

Również Polacy mogą poszczycić się sukcesami trzech czołowych tenisistów: Agnieszki Radwańskiej oraz Jerzego Janowicza (półfinalistów) i Łukasza Kubota, (ćwierćfinalisty). Dodatkową atrakcją dla naszych kibiców był pierwszy w historii Wimbledonu pojedynek, w którym zmierzyli się dwaj gracze polskiego pochodzenia. Media od razu to pochwyciły i nazwały tegoroczną edycję turnieju „biało-czerwonym Wimbledonem”.

… i komety

Jeżeli podczas turnieju Waszą uwagę przykuwali wyłącznie gracze, to znak, że chłopcy i dziewczęta do podawania piłek wykonali swoją pracę bezbłędnie. Jak głosi wieść, dobry asystent powinien być niewidoczny, wtapiać się w otoczenie i wywiązywać z obowiązków po cichu. Zespół obsługi technicznej kortu można nazwać idealnym secret service Wimbledonu.

Pierwotnie angażowano wychowanków domu dziecka w Shaftsbury, później – uczniów elitarnej placówki Goldings. Od roku 1969 BBG (skrót od „ball boys and girls”) są wyłaniani ze szkół publicznych. Mają średnio po 15 lat i pomagają podczas jednego, ewentualnie dwóch turniejów. O tym, przy którym meczu będą pracować danego dnia, nie są informowani aż do ostatniej chwili – chodzi o to, żeby zapewnić wyrównaną jakość obsługi na wszystkich kortach. Około 250 BBG (stosunek chłopców do dziewcząt wynosi pół na pół) w ciągu 13 dni pracy zarabia od 120 do 160 funtów i zyskuje dodatkowy, jedyny w swoim rodzaju wpis w CV.

Droga na kort nie jest jednak łatwa. Kandydatów typują dyrektorzy szkół. Aby przejść proces selekcji, aspirujący BBG muszą zdać egzamin z reguł tenisa i przejść testy sprawnościowe, określające między innymi ich zwrotność. Ci, którzy się nadają, właściwy trening rozpoczynają w lutym i poddawani są ciągłej ocenie. Po przejściu kursu ostateczni wybrańcy muszą być szybcy, spostrzegawczy, pewni siebie i wyposażeni w umiejętność łatwego dostosowywania się do sytuacji na korcie.

Kod barwny, którego złamać nie można

Są reguły, z którymi się nie dyskutuje – zasady ubioru zdecydowanie do nich należą. Kolory ciemnozielony i fioletowy to symbole Wimbledonu, nawet ręczniki dla tenisistów wyszyte w te barwy nie stanowią wyjątku. Sami gracze mają obowiązek noszenia strojów białych (lub prawie białych) od czubków butów po brzeg daszka. Drobne akcenty barwne dopuszcza się tak długo, jak długo nie nasuwają one skojarzeń z logo sponsora, choć wytyczne definiujące to, co jest „drobne” pozostawiają niewiele miejsca na dywagacje.

Do 2005 roku sędziowie główni, sędziowie liniowi oraz dziewczęta i chłopcy do podawania piłek nosili ubrania w kolorze zielonym, ale i w tej dziedzinie nadeszła rewolucja. Rok później ich nowe, granatowe i kremowe uniformy zaprojektował Ralph Lauren – wtedy po raz pierwszy marka spoza Wielkiej Brytanii uszyła turniejowe stroje. Zmiany, zmiany, zmiany…

„Ty”, Panie, Pani czy Panno?

O ile do BBG zwracać się łatwo, o tyle kwestia tytułowania graczy zgodnie z zasadami savoir-vivre’u mogłaby sprawiać wiele problemów. Jednak kodeks turnieju i na to przygotował receptę. Zwroty używane w stosunku do pań dyktuje etykieta: tenisistkę niezamężną nazywa się „Panną”, a zamężną – „Panią”. Ponadto do niedawna w sytuacji, gdy nazwisko było dwuczłonowe, stosowało się wyłącznie część pochodzącą od małżonka (ze względu na to, że „Mrs” z definicji oznacza „żonę pana X”). Jak bardzo seksistowskie by to było, trzeba przyznać, że istniał w tym zwyczaju pewien urok minionej epoki i jej reguł.

Mężczyźni w sferze zwrotów grzecznościowych mają trochę łatwiej. Określenia „Pan” używa się wyłącznie podczas zwracania się do uczestników-amatorów, zawodowi gracze tego przywileju nie doświadczają.

Pełne imiona sportowców zamiast inicjałów są wyświetlane na tablicy wyników dopiero od 2009 roku. Jak widać, Wimbledon przepełniają detale o zaskakującym priorytecie.

R = 5 mil

Jeśli w piątek poprzedzający pierwszy poniedziałek turnieju znajdziemy się w promieniu 5 mil od kortów i nastawimy radio na częstotliwość 87.7 FM, usłyszymy najbardziej wyrafinowaną spośród stacji o ograniczonej licencji na Wyspach (dostępną również online): Radio Wimbledon. Głównymi prowadzącymi co roku są Sam Lloyd i Ali Barton, pracujący na zmianę każdego dnia po cztery godziny aż do zakończenia ostatniego z meczów. Zasiadają oni w „bocianim gnieździe” – budynku, na którym wiszą tablice z wynikami kortów nr 3. i 4. oraz z którego rozciąga się widok na niemal wszystkie boiska.

Telewizja narodowa

Do roku 2017 to BBC utrzyma wyłączność transmisji z Wimbledonu na swoich dwóch kanałach, BBC One i BBC Two (co czyni od roku 1937), wraz z prawem dystrybucji sygnału poza kraj. Niezależnie od tego kto, jak i czym odbiera obraz, finały rozgrywek muszą być emitowane na żywo i w całości drogą naziemną, więc z podziwianiem zmagań najlepszych tenisistów nie ma problemu. Warto wspomnieć, że na specjalne potrzeby telewizji skomponowano oficjalną melodię otwierającą transmisję oraz melodię na zakończenie relacji.

Wielu polskich widzów narzeka na płonne gadulstwo komentatorów, które jedynie drażni i rozprasza. Brytyjscy odbiorcy borykali się z podobnym problemem, aż w końcu dwa lata temu powiedzieli „dość” i zmusili BBC do publicznych przeprosin. Ponadto dziennikarze, którzy z uporem maniaka wypowiadali się podczas rzeczonych meczów, więcej już w studiu nie zasiedli.

Stało się tradycją, że amerykańska stacja NBC co roku transmituje w weekendy program „Śniadanie w Wimbledonie”, podczas którego serwowane są prawdziwe angielskie truskawki z bitą śmietaną – z reguły to 28 ton owoców i 7000 litrów śmietany, którym ciężko się oprzeć. Ten kulinarny ewenement stał się wizytówką turnieju, nierozerwalnie kojarzoną z tenisem na trawie w najlepszym wydaniu.

Na mecz? A namiot gdzie?

Za wyjątkowo ekscentryczny zwyczaj Wimbledonu należy uznać nocne koczowanie widzów pragnących dostać się na widownię. Kolejki są tak długie, że ludzie przychodzą pod korty z namiotami i śpiworami, a organizatorzy zapewniają toalety oraz węzeł sanitarny dla biwakowiczów. Aby „wyczekać” sobie miejsce na trybunach, należy zjawić się co najmniej o 21:00 w dniu poprzedzającym dany mecz. Wcześnie rano, gdy ludzie przesuną się już bliżej boisk, stewardzi rozdają różnokolorowe opaski oznaczające poszczególne korty, które następnie są wymieniane przez widzów na bilety, i tak aż do ćwierćfinałów.

Zastawa kortowa

Przejdźmy do interesów. Mistrz w grze pojedynczej mężczyzn otrzymuje niewielki pozłacany puchar, zaś mistrzyni w grze pojedynczej kobiet – srebrną paterę udekorowaną mitologicznymi postaciami, nazywaną Talerzem Venus Rosewater. Zwycięzcom gier podwójnych i gry mieszanej wręcza się srebrne puchary.

Także pod względem pieniędzy Wimbledon ma archaiczną naturę. Dopiero w 2007 roku zarobki kobiet i mężczyzn zostały zrównane, a organizatorzy turnieju ociągali się ze zmianami najdłużej w kręgu Wielkiego Szlema. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, taka decyzja mogła budzić kontrowersje, gdyż panie, grając maksymalnie trzy sety w meczu, spędzają na korcie średnio o połowę mniej czasu niż mężczyźni, stąd w przeliczeniu na godzinę zarabiają dużo więcej.

23 kwietnia 2013 roku All England Lawn Tennis and Croquet Club ogłosił rekordową pulę nagród dla zawodników, podniesioną względem roku 2012 o 40% – do rozdania było 22 560 000 funtów. Dla zainteresowanych: zwycięzca otrzymał 1 600 000, finalista – 800 000, a półfinalista – 400 000 funtów szterlingów, czyli kolejno mniej więcej 7 975 680, 3 987 840 oraz 1 993 930 złotych.

Jej Wysokość Królowa

Pojedynkom niejednokrotnie przyglądają się członkowie rodziny królewskiej. Do roku 2003 wszyscy gracze podczas wchodzenia i schodzenia z kortu mieli obowiązek ukłonić się dostojnikom zasiadającym w Loży Królewskiej. Hrabia Kent, prezes klubu AELTCC, zmienił przestarzałe reguły zachowania: dziś tenisiści powinni jedynie oddać cześć królowej Elżbiecie bądź księciu Karolowi, wszak cały turniej ma patronat dworu. Ciekawe, czy brak reklam sponsorów na terenie kortów ma z tym coś wspólnego…



Jeśli napiszę, że w Wimbledonie chodzi o coś więcej niż o sport, zabrzmię banalnie, ale to prawda. Cały jego ceremoniał, zwyczaje towarzyszące mu od pokoleń, barwy, smaki i dźwięki składają się na fenomen tego wyjątkowego wydarzenia. W dodatku każdy przyzna, że trudno znudzić się truskawkami z bitą śmietaną.



ŹRÓDŁA:

1. Zasoby encyklopedii Wikipedia.

2. http://www.tenis.net.pl/wimbledon; dostęp: 19.07.2013.

Paweł Gładysz

Student biologii na Uniwersytecie Gdańskim, anglista i tłumacz. Scenarzysta samouk i obserwator kultury popularnej. Uważa, że najważniejsze są drobiazgi oraz że dzień bez kubka zielonej herbaty to dzień stracony.