Recenzje

Radiant, czyli shonen po francusku

Źródło grafiki: Antoni Kaja
Witajcie w krainie, w której z nieba niczym śmiercionośny deszcz spadają wykluwające się z jaj potwory, a dotknięci groteskowymi infekcjami czarownicy na miotłach walczą z nimi, ścigani – ku ogólnemu poparciu bojących się magii zwykłych ludzi – przez bezwzględną Inkwizycję. Tutaj fantazja stanowi potężną moc, używaną czasem w niszczycielskich, czasem w szlachetnych celach, a ujarzmić ją pomagają specjalne przedmioty z drzewa pierzastego. W przypadku młodego Setha jest jednak inaczej – on posługuje się czarostwem gołymi rękami.
Pierwszy tom Radiantu doskonale wpisuje się w standardy mang shonen, komiksów przeznaczonych dla chłopców. Mamy oto protagonistę, który stawia sobie wyraziste i ambitne cele i dąży do nich z determinacją godną Uzumakiego Naruto (jest nawet do niego trochę podobny). Aby je osiągnąć, wyrusza w wielką podróż. Na swojej drodze napotka mnóstwo przygód, barwnych towarzyszy, a także groźnych przeciwników, na czele ze wzmiankowanymi na początku monstrami zwanymi nemezis (dla odmiany ich wygląd przywodzi na myśl pustych z Bleacha). Nauczy się przy tym sporo o sobie i własnych zdolnościach oraz o niesprawiedliwości świata. Na pozór nieszczególnie oryginalna to historia, nie sposób jej jednak nie postrzegać nieco inaczej, kiedy uświadomimy sobie jeden podstawowy fakt: to wcale nie manga, lecz podobny do niej komiks stworzony przez francuskiego rysownika.

Dokonanie Tony’ego Valente’a zasługuje na pochwałę już choćby dlatego, że tak doskonale naśladuje japońskie wzorce – od popularnych fabularnych tropów (mały zwierzęcy towarzysz jednej z bohaterek á la postaci z Fairy Tail, temperamentna mentorka rodem z Fullmetal Alchemist), przez humor sytuacyjny, aż po, a nawet z naciskiem na, kreskę. Sposób, w jaki narysowane są postacie, forma, a także końcowy Bonus naśladujący komiczne autorskie omake – wszystko to sprawia, że czytelnik czuje się tak, jakby miał do czynienia z klasyczną opowieścią powstałą w Kraju Kwitnącej Wiśni. W wywołaniu takiego wrażenia pomaga również pokrewne twórcom z obu krajów wykorzystanie humoru z wyraźnym podtekstem (jak wynika z moich doświadczeń z innymi francuskimi komiksami, np. cyklem o Lanfeuście z Troy).

Ale sam talent rysownika, dogłębna znajomość gatunkowej konwencji oraz hołd składany najbardziej znanym shonenom nie wystarczą do stworzenia naprawdę wciągającego komiksu. Na szczęście w przypadku Radiantu towarzyszy im dynamiczna akcja, obiecujący zarys świata przedstawionego i jego mitologii (pod pewnym względami pokrewnej wspomnianej sadze o perypetiach Lanfeusta), kilka wcale nieoczywistych rozwiązań, a także szczypta tajemnicy, która sprawia, że chce się poznać dalszy ciąg przygód Setha. Jak to często w przypadku takich mang bywa, ewidentnie widać, że to zaledwie ułamek atrakcji szykowanych przez Valente’a dla odbiorców, początek wędrówki pełnej wrażeń i niespodzianek.

To, że komiks cieszy się całkiem sporą popularnością (ba! został nawet wydany w Japonii jako pierwsza tego rodzaju publikacja francuskojęzyczna), specjalnie nie dziwi. To naprawdę sympatyczna i solidna pozycja ze sporym potencjałem; z pewnością pokaże jeszcze niejeden raz, na co ją stać. Na razie wciąż szuka swojej tożsamości, posiłkując się środkami stosowanymi już wcześniej wielokrotnie, ale przecież znajdziemy w kulturze niejeden przypadek opowieści, która przekuwała schemat w coś zgoła wyjątkowego. Shoneny potrzebują niekiedy trochę czasu, aby rozwinąć skrzydła. Pozostaje trzymać kciuki, żeby tak stało się i tym razem, oraz cieszyć się, że w cztery lata po publikacji oryginału ta ciekawa niby-manga trafiła także na nasz rynek.

autor: Tony Valente

tytuł: Radiant #01

tłumaczenie: Aaron Welman

wydawnictwo: Okami

miejsce i rok wydania: Warszawa 2017

stron: 176

format: 127 × 182 mm

oprawa: miękka


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.