Recenzje

Tom Cruise vs. USA

Źródło grafiki: materiały prasowe
Nie wierzcie polskiemu tytułowi. Barry Seal: Król przemytu (2017) to film nie o pilocie, który pracował jednocześnie dla CIA i kartelu z Medellín, tylko o grającym go aktorze. Dlatego w dalszej części tekstu protagonistę będę nazywał po prostu Tomem Cruise’em. Gwiazdor od wielu lat, a z wyłączeniem kilku tytułów przez cały XXI wiek wciela się praktycznie w jedną i tę samą postać. Za każdym razem zjednuje sobie publiczność uwodzicielskim, a jednocześnie zawadiackim uśmiechem i, pomimo pięćdziesiątki na karku, chłopięcym urokiem. Nie inaczej dzieje się w tym wypadku. Dzięki cechom charakterystycznym odtwórcy głównej roli sztampową produkcję ogląda się bez znużenia. A za sprawą wprawnej ręki reżyserskiej Douga Limana można znaleźć w niej wywrotowe drugie dno.
Tom Cruise ma dobrą pracę, piękną żonę i dzieci. Ale, jak za pomocą sekwencji montażowej zaznacza reżyser, codzienna rutyna bardzo nudzi bohatera. Nie zadowalają go loty po Stanach Zjednoczonych i dla dreszczyku emocji szmugluje cygara. Spragniony przeżyć pilot otrzymuje ofertę od CIA. Podczas jednej ze swoich misji zaczyna również przewozić narkotyki z Ameryki Południowej do USA. Kiedy agencja odkrywa jego przestępczy interes, proponuje mu inną współpracę. Staje się przemytnikiem broni i rebeliantów ku chwale demokracji oraz nielegalnych substancji ku chwale własnej. Zdobywa coraz więcej pieniędzy, zakłada firmy będące ich pralnią, a jednocześnie myśli, jak zagrać na nosie służbom federalnym.

To opowieść stara jak Stany Zjednoczone. Najpierw ziszcza się marzenie bohatera o bogactwie, a potem obserwujemy jego stopniowy upadek na samo dno. I powiedzmy sobie szczerze: któż inny jak nie Tom Cruise, będący współczesnym wytworem hollywoodzkiego systemu gwiazdorskiego, mógłby lepiej wykreować stereotypowego Ikara, który podleciał zbyt blisko słońca, przez co jego skrzydła spłonęły? W końcu aktor uchodzi za ucieleśnienie amerykańskiego snu. Z każdym rokiem wygląda młodziej, niczym Krzysztof Ibisz, ma odpowiednią liczbę zer na koncie i, pomimo niskiego wzrostu, wiele kobiet uważa go za bożyszcze.

W jednej ze scen Tom Cruise ląduje w Nikaragui z transportem broni dla tamtejszych rzekomych bojowników o demokrację. Tych natomiast bardziej od ładunku interesuje sam pilot. Zabierają mu okulary przeciwsłoneczne, do złudzenia przypominające te, jakie nosił aktor, będąc Maverickiem w Top Gun (Tony Scott, 1986). I można to potraktować jako metaforę całej historii. Motorem napędowym narracji bardziej od samych faktów staje się bowiem emploi gwiazdora, którego nazwisko to już synonim letniego blockbustera.

Reżysera wbrew pozorom interesuje nie prawda, ale chęć zaserwowania widzom lekkiej rozrywki o walorach edukacyjnych. Nie trzeba znać na pamięć biografii Barry’ego Seala, aby zauważyć hiperbolizację faktów. Samą fabułę podporządkowano tu wymogom hollywoodzkiej superprodukcji. Ba, wystarczy obejrzeć zwiastun i uwierzyć słowom narratora, czyli oczywiście Toma Cruise’a, zaznaczającego, że tylko część z przedstawianych wydarzeń miała miejsce w rzeczywistości.

Od tempa opowieści można dostać zadyszki, niczym w podobnym tematycznie Wilku z Wall Street (Martin Scorsese, 2013). Rwana narracja, szybki montaż i nagromadzenie sekwencji zagęszczonych przyprawiają o zawrót głowy. Współgra to ze sposobem gry aktorskiej Toma Cruise’a, który zamiast na kreowanie portretu psychologicznego, jak chociażby Leonardo DiCaprio we wspomnianym tytule, stawia na atrybuty fizyczne. Ograniczona liczba znanych min i charakterystyczne zachowania wystarczają, aby zjednał sobie publiczność. Doug Liman doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego upraszcza i spłaszcza biografię Barry’ego Seala.

Świat stworzony przez reżysera zamieszkują archetypy, a nie konkretne osoby. W każdej z postaci wyeksponowano jedną, najwyżej dwie cechy, które z każdą kolejną sceną wybrzmiewają coraz mocniej. Mamy tu żonę wierną bez względu na wszystko, jej niezbyt rozgarniętego brata, sprowadzającego na Toma Cruise’a kłopoty, ambitnego szeryfa z małej miejscowości, a przede wszystkim niebłyszczącego inteligencją agenta CIA. Jego pomysły, chociaż to prawdziwe scenariusze realizowane przez amerykański wywiad, reżyser podaje z ironicznym uśmiechem i wyolbrzymia ich absurd.

Liman już za sprawą oryginalnego tytułu – American Made – daje widzom znać, o czym chce opowiadać. Podobnie jak skromniejszy film reżysera, niedystrybuowany w Polsce The Wall z 2017 roku, Barry Seal: Król przemytu ma wydźwięk antyamerykański. Stany Zjednoczone to nie kraina mlekiem i miodem płynąca, gdzie każdy może spełnić swoje marzenia. Trzeba umieć kombinować i działać poza granicami prawa, bo zarówno służby, jak i pracownicy administracji państwowej są niekompetentni. Reżyser podkreśla, co sprowadza bohatera na drogę przestępstwa: CIA mało płaci, a Tom Cruise ma swoje potrzeby i musi utrzymać powiększającą się rodzinę. Dodatkowo wszelkie agencje rządowe w filmie nie potrafią zadbać o swoich ludzi, ani nawet zapewnić im odpowiedniej ochrony. Aż dziw bierze, że z takimi służbami USA wciąż pozostaje mocarstwem.

Krytyce poddano również rządzących. Akcja ma miejsce w pierwszej połowie lat 80. ubiegłego wieku, kiedy w Białym Domu mieszkał Ronald Reagan, znany ze swoich konserwatywnych poglądów. Liman, chociaż politykę spycha na drugi plan, pozwala sobie na docinki względem prawicowych urzędników zajmujących najwyższe stanowiska w kraju. W jednej ze scen widać ówczesnego wiceprezydenta George’a H. W. Busha, tchórzliwie chowającego się za filarem, kiedy słyszy niewygodne dla siebie pytanie.

Reżyser negatywnie ocenia również Reagana i kilkakrotnie go wyśmiewa. Zwraca uwagę, że były prezydent, zanim rozpoczął karierę polityczną, zagrał w filmie z małpą, co dla wielu Amerykanów do dzisiaj jest powodem żartów. Biorąc pod uwagę niekoniecznie chlubną przeszłość i poglądy polityka, można odczytywać komentarze do jego administracji jako odniesienie do działań Donalda Trumpa. Twórca subtelnie krytykuje więc obecną władzę Stanów Zjednoczonych i, korzystając z języka ezopowego, nawiązuje do czasów współczesnych.

Doug Liman, tak jak w przypadku poprzedniej współpracy z gwiazdorem w Na skraju jutra (2014), pozwala gatunkowym kliszom i sztampowej, hollywoodzkiej historyjce nabrać drugiego oddechu. Barry Seal: Król przemytu to przyjemna w oglądaniu opowieść, jaką widzieliśmy wiele razy. Stanowi próbę krytyki Ameryki przy wykorzystaniu najbardziej charakterystycznych środków wyrazu. Niestety przez zbytnią subtelność i skupienie narracji wokół Toma Cruise’a, a tym samym zepchnięcie na dalszy plan innych wątków, film jest jedynie kolejnym letnim blockbusterem z gwiazdorem. Seans dostarcza dobrej zabawy, która nie wywoła takiego kaca, jak inne produkcje podejmujące podobny temat, pokroju Człowieka z blizną (Brian De Palma, 1983) czy Chłopców z ferajny (Martin Scorsese, 1990).

tytuł oryginalny: American Made

reżyseria: Doug Liman

scenariusz: Garry Spinelli

miejsce i data produkcji: USA 2017

dystrybucja: United International Pictures Sp z o.o


Rafał Christ

Absolwent filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach, zafascynowany zarówno kinem ambitnym, jak i produkcjami klasy Z. Zanudza wszystkich opowieściami dotyczącymi krwawych horrorów i seryjnych morderców. Dumny badacz popkultury, którego rzadko można zobaczyć bez komiksu bądź powieści w ręce.