Recenzje

Słowa i przedmioty

Źródło grafiki: Artur Baranowski
To książka zbyt osobista, żeby ją czytać, ale mimo to polecam ją Wam ze względu na wielką moc uleczania bólu po stracie kogoś bliskiego. Wiem, co mówię, bo dziesięć lat temu odeszła moja mama i to właśnie literatura pomogła mi poluźnić węzeł żałoby, który zaciskał się na gardle. Dzisiaj mogę czytać Rzeczy, których nie wyrzuciłem nie tylko w ramach psychoterapii, lecz także nastawiając się na dostrzeżenie czegoś więcej.
Zacznijmy od okładki, która obala mit z powiedzenia „nie sądź książki po okładce”. Przemek Dembowski zaprojektował ją genialnie. Nie zamieścił na niej całego tytułu – literka „m” w ostatnim słowie jest ucięta. Nie ma „m”, bo nie ma mamy. Jest strata, jest więc i brak czegoś na okładce. Dzięki temu zabiegowi książka intryguje nawet przechodnia, który mija witrynę księgarni. Czy projektant popełnił błąd, czy może drukarnia źle skleiła oprawę? Chcemy to sprawdzić i w tym momencie zaczynamy zgłębiać tajemnicę (ostatnio tak zachwyciła mnie okładka książki Ganbare! Katarzyny Boni). Tę część matki, której nie ma okładce, znajdziecie wewnątrz, a jednocześnie treść najpewniej) nie odsłoni jej całej. Zatem strata (przynajmniej jakiejś części matki) jest nieodwracalna. Marcin Wicha opowiada o zmarłej matce, a Przemek Dębowski dobitnie zaznacza jej brak. Genialne!

Moje żale po śmierci mamy uleczyły: Inga Iwasiów (Umarł mi) i Magdalena Tulli (Włoskie szpilki, Szum) oraz kilkoro innych pisarzy. Ale to były książki inne niż ta autorstwa Marcina Wichy. Być może dlatego, że napisały je kobiety – jak wiadomo, wrażliwsze od mężczyzn, którym nawet kultura nakazuje być twardymi. Książka Rzeczy, których nie wyrzuciłem składa się z trzech części: w dwóch pierwszych matka jest opisywana jeszcze przed śmiercią. Żyje w przedmiotach i historiach. Ostatnia część to już trudna wędrówka autora niemal ze zmarłą na rękach. To najtrudniejszy fragment, bo od śmierci do pogrzebu nie ma chwili na żal i cierpienie. To czas mobilizacji i przygotowania ostatniej drogi, która zawsze kończy się bezbrzeżną rozpaczą, kiedy już wolno się rozpłakać. Wieko trumny zamyka jedno wydarzenie, a otwiera drugie. Grabarze zasypują grób nie ziemią, lecz fragmentami naszej miłości. Tą częścią nas, którą kochaliśmy zmarłego. Pogrzeb to nie ostatnie pożegnanie, ale bolesna operacja na żywym ciele. To nokturn grany brudną ręką grabarza na strunach z naszych neuronów. Nikt nie jest w stanie tego wytrzymać. O tym jest ostatnia część książki.

„– Ale ty nie umrzesz? – spytałem kiedyś. – Umrę. Każdy umrze. – Ale ty nie umrzesz? – Umrę, ale dopiero kiedy nie będziesz mnie potrzebował” (s. 17).

Wicha mógł inaczej ułożyć swoją opowieść. Dać nam najpierw śmierć i cierpienie, a potem pokazać, że chociaż ciało odchodzi, to dusza zostaje w pamięci. Choć statek nie ma już kapitana, to może płynąć dalej na żaglach wypełnionych naszymi wspomnieniami o nim. Bo przecież życie po stracie przypomina ciągłe cofanie taśmy magnetofonowej. Chcemy, żeby znów było jak kiedyś. Wydaje nam się, że im dalej przewiniemy, tym dłużej nie będziemy pamiętać o stracie. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Po śmierci kasetę z taśmą trzeba przełożyć na drugą stronę. Tam też jest życie, tam też są przeboje, jest profesjonalny podkład życia stworzony na stronie „A”. Tylko że zamiana strony to najtrudniejsze zadanie. Dlatego Wicha nie oszukuje, że już zmienił taśmę. Zaczyna swoją opowieść na samym początku strony „A”, bo opowiada nawet o swoim dzieciństwie. Bo tam była mama, o której konsekwentnie pisze: „matka”. Czas przeszły od początku. Przeszły dokonany, ale wskrzeszony. Czas niestracony, czas odzyskany.

Wicha znajduje sposób na wyciszenie żalu w inwentaryzacji przedmiotów, które pozostały po matce. Bo wrogiem rozpaczy jest porządek. Stara się odpersonalizować matczyne książki, a nawet szuka dla nich nowego właściciela. Porządkuje życie bez niej, a więc także przedmioty należące do tamtego życia. Okazuje się jednak, że nie jest to takie proste. Życie zostało przecież w nich zamknięte i chroni je silne zaklęcie. Przekonujemy się, jak silny wpływ miała matka na samego autora. Jak jej sposób życia – niezgoda na rzeczywistość połączona ze świadomością własnych słabości – ukształtował syna. Wiedziała, że kiedyś ją straci i robiła wszystko, żeby ten moment nie przyniósł trzęsienia ziemi. Z jednej strony te starania zakończyły się sukcesem (co da się wyczytać z książki), z drugiej sprawiły, że autor ma trudności z porządkowaniem zaczarowanego w przedmiotach życia. Jakby właśnie one były horkruksami* zawierającymi duszę matki. Rzeczy… to w dużej mierze dylemat, co z nimi zrobić – zniszczyć czy zachować? Czy matka, materializując w przedmiotach pamięć o sobie, nie utrudniła jednak przeżycia straty?

„Miała wiele wad, ta moja matka. Była tak zwaną »trudną osobą«. Jak dodatkowe zadanie na szóstkę. Jak jolka w sobotniej gazecie. Przyjaciele twierdzą, że mówiła prawdę w oczy. Czasem mówiła, czasem nie. Ale jedno jest pewne: kiedy już chciała coś powiedzieć, nikt nie potrafił jej uciszyć” (s. 135).

Książka jest wzruszająca, bo napisana z sercem i szacunkiem dla słowa. To także zasługa matki autora. I dowód na to, że bohaterka wspomnień zostawiła synowi coś dużo bardziej wartościowego niż stara encyklopedia PWN. Więcej niż tylko słowa i przedmioty.


* Pojęcie stworzone przez J.K. Rowling na potrzeby serii o Harrym Potterze, oznacza obiekt przechowujący fragment duszy czarodzieja, co daje mu uniezależnienie życia duszy od życia ciała (wg Wikipedii).


autor: Marcin Wicha

tytuł: Rzeczy, których nie wyrzuciłem

wydawnictwo: Karakter

miejsce i data wydania: Kraków 2017

liczba stron: 198

format: 125 × 210 mm

oprawa: twarda


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.