Recenzje

Prosta historia o blokowisku

Źródło grafiki: AK
Bardzo żałuję, że nie miałem okazji przeczytać poprzedniego komiksu Jana Mazura, śmieszno-ciętej groteski osiedlowej Przypadek pana Marka. Mimo że została doceniona tak przez środowisko, jak i czytelników, ukazała się po prostu w zbyt małym nakładzie. Ale sądząc po drugim – konkretniejszych rozmiarów – dziele młodego komiksiarza, widać, że mamy do czynienia z twórcą, którego dokonania warto uważnie śledzić. 
W ogólnym zarysie Tam, gdzie rosły mirabelki przedstawia codzienne życiowe zmagania czwórki chłopaków z blokowiska (wiekowo rozrzut jest spory – od nieletniego przez bezrobotną młodzież aż po żonatego kolesia po trzydziestce). Spotykają się oni regularnie na wzgórku pod drzewem i przy piwku rozmawiają na różne (często zaskakująco poważne) tematy, narzekają, kłócą się z rodziną, wałęsają po mieście, pakują w kłopoty, okazjonalnie ćpają itp. Początkowo niepowiązane epizody pomagają scenarzyście i rysownikowi w jednym udatnie odtworzyć sytuacje oraz zachowania typowe dla miasta i znane nam z autopsji (za pierwszy lepszy z brzegu przykład niech posłuży prozaiczny epizod z menelem), a przewijający się w tle aktualny krajobraz polityczny jedynie dodaje całości realizmu. Z czasem jednak fabuła nabiera o wiele bardziej dramatycznego charakteru, a status nieformalnej grupy ulega drastycznej zmianie, co powoduje stopniową przemianę samych bohaterów.

Więcej nie chcę zdradzać, bo Mazur udowadnia, że – jak to często bywa – w prostocie siła. Snuta przez niego opowieść ma wydźwięk bardzo uniwersalny, bohaterowie zaś wymykają się stereotypowi „blokersa” – dzięki obserwacyjnemu talentowi autora są o wiele bardziej złożeni i ludzcy, a wkładane im w usta „uliczne” odzywki ani przez chwilę nie brzmią sztucznie czy wymuszenie. Silnie wybrzmiewa sugerowana już przez tytuł kwestia przemijania: nieuniknionego końca pewnych etapów życia, którym stawić czoła musi protagonista, wyłaniający się dopiero z czasem spośród członków paczki. Twórca stawia również zawsze aktualne pytanie o zdolność do empatii. Czy stać na nią ludzi ogólnie postrzeganych jako osobnicy ze społecznego marginesu? Czy zasługują na pogardliwe prychnięcia przechodniów? Odpowiedź wcale nie jest oczywista.

Za prostotą fabuły idzie prostota kreski. Stylistycznie album przywodzi na myśl komiksy Dema, jednak patyczkowate postaci są tutaj o wiele mniej bezkształtne, znacznie bardziej geometryczne. Imponujące, że mimo przyjętej konwencji udaje się komiksiarzowi oddać zaskakująco szeroką gamę emocji przy pomocy skromnych środków, a także ograniczonej mimiki: to właśnie dzięki takim subtelnościom Tam, gdzie rosły… to dzieło rzeczywiście poruszające i angażujące odbiorcę. Nawet jeśli klimaty blokowiska są wam, tak jak i mnie, zupełnie obce, znajdziecie tu coś dziwnie znajomego, niemal swojskiego. Oprócz tego dużo tu graficznego humoru, a niektóre plansze to perełki. Moją ulubioną jest ta, na której zjarana paczka kumpli zauważa w pewnym momencie samych siebie na powyższym kadrze, komentując odkrycie chóralnym: „O kuuurwa”. Cudny przykład łamania czwartej ściany w komiksie. Pomijając wszystkie powyższe zalety, taka forma bardzo ułatwia odbiór, dzięki czemu album momentalnie wciąga, a jego lektura upływa błyskawicznie, co więcej: chce się do niego wracać.

Nowy komiks Jana Mazura to pozycja, obok której nikt nie przejdzie obojętnie. Niepozorna, ale szalenie ożywcza i nadspodziewanie ambitna. Małe cudo w świecie opowieści obrazkowych. To bez dwóch zdań jedna z mocniejszych tegorocznych publikacji. Oby więcej takich skromnych historii. Oby więcej tego autora w najbliższej przyszłości.


autor: Jan Mazur

tytuł: Tam, gdzie rosły mirabelki

wydawnictwo: Komiksowe

miejsce i data wydania: Warszawa 2017

liczba stron: 120

format: 105 x 150 mm

oprawa: miękka ze skrzydełkami


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.