Recenzje

Gdzie jest dom wariatów?

Źródło grafiki: AB
Zapiski z domu wariatów miały się nigdy nie ukazać. Christina Lavant poleciła zniszczyć wszystkie kopie maszynopisu. Nie posłuchała jej tłumaczka tekstu i dzięki temu możemy poznać najlepszą rzecz, jaka wyszła spod pióra pisarki. O polskich czytelników złaknionych świetnej literatury zadbało Ossolineum.
Lavant napisała tę książkę jedenaście lat po tym, jak trafiła do kliniki w Klagenfurcie. Zgłosiła się tam po próbie samobójczej i spędziła na Oddziale Drugim sześć tygodni. I chociaż z treści wynika, że narratorka sporządza notatki na bieżąco, zdaniem krytyków to stylizacja. I to doskonała. Autorka chciała zniszczyć maszynopis także z tego powodu, że szpital, w którym przyszło jej spędzić półtora miesiąca, stał się miejscem jednej z hitlerowskich zbrodni. To właśnie tam w czasie II wojny światowej zamordowano wszystkich pacjentów imię czystości rasy aryjskiej.

Od pierwszej strony wyczuwamy, że klinika to miejsce mrożące krew w żyłach. Placówka, która miała wlać nadzieję w bohaterkę po próbie samobójczej, okazuje się polem minowym, a personel tworzą potwory, wyszczerzone w nieszczerym uśmiechu. Istne piekło. Od początku wiemy, że obecność w nim narratorki stanowi nieporozumienie. Niedoszła samobójczyni nie uważa się za wystarczająco normalną, żeby żyć w normalnym świecie, ale widzimy jednocześnie, że nie jest szalona, by przebywać w szpitalu psychiatrycznym. Stara się więc znaleźć sposób na zostanie najlepszą pacjentką, czyli przystosowanie się. Próbuje nawiązać kontakt z pielęgniarkami. Robi to, na przykład, wodząc za nimi oczami, jak za obiektami platonicznego uczucia. A niezaspokojona potrzeba znalezienia kogoś bliskiego kieruje ją nawet ku pacjentkom. Ale w Oddziale Drugim nie ma miejsca na miłość, istnieje tylko wola przetrwania.

Tak więc wygląda sławetna miłość bliźniego: jedna umiera po straszliwych cierpieniach, umiera jak bydlę, a druga myśli tylko o tym, czy uda jej się dostać wymarłe łóżko (s. 32-33).

Tu człowiek naprawdę szybko przyzwyczaja się do wszelkiego rodzaju bolesnych incydentów i z czasem pojmuje lekarzy, którzy potrafią kwitować to wiecznie tym samym, życzliwie obojętnym uśmiechem (s. 64).

Ale największy atut Zapisków… stanowi zastosowanie bardzo miękkiego języka, czułych zwrotów i niemal lirycznej poetyki w opisie miejsca będącego przecież piekłem, a nie niebem. Jakby narratorka chciała wlać trochę miłości w Drugi Oddział. Obserwujemy pacjentki w różnych stadiach choroby, poznajemy szpitalne zasady i reguły, widzimy, jak odziera się chore z kobiecości i godności. Lavant pisze bardzo skrupulatnie i trudno uwierzyć, że należy do pensjonariuszek. Jest inna i dobrze o tym wie. Przekonuje nas (i siebie) o swojej zwyczajności. Może dlatego, że jej „obłęd” wynika raczej z przywiązania do normalności, której – jak się okazuje –nie ma po żadnej ze stron krat kliniki. Odmienność zawsze zostaje ukarana kaftanem bezpieczeństwa i odosobnieniem. Jakiejkolwiek formy by to nie przybrało.

Dobrze jest być pomyloną wśród pomylonych i grzechem – duchową pychą – byłoby udawać, że taka nie jestem. Dlaczego nie miałabym raz wreszcie być gdzieś naprawdę u siebie? (s.46).

Ta niewielka książka burzy strefę komfortu czytelnika. Zmusza do zadania sobie kilku pytań: co jest normą, a co – jej przekroczeniem? Czy możemy powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że jesteśmy normalni? Przejawem zdrowia psychicznego jest miłość czy obojętność?

Dobra literatura powinna dawać do myślenia. Lavant Zapiskami z domu wariatów nas do tego zmusza. Słowem – arcydzieło!


autor: Christine Lavant

tytuł: Zapiski z domu wariatów

przekład: Małgorzata Łukasiewicz

wydawnictwo: Ossolineum

miejsce i data wydania: Warszawa 2018

liczba stron: 112

format: 127 × 203 mm

oprawa: miękka ze skrzydełkami


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.