Recenzje

Co było na stronie B?

Źródło grafiki: MC
Musiałem ruszać, musiałem ruszać. Blues grzmiał jak grad, blues grzmiał jak grad. Piekielne ogary na moim tropie – to dzień, który ciągle mi się przypomina. Piekielne ogary na moim tropie – śpiewał w Hellhounds on My Trial Robert Johnson, który wedle legendy sprzedał duszę diabłu.
Tę znaną historię z amerykańskiego folkloru można uznać za mit założycielski bluesa. Oto czarnoskóry młodzieniec, naiwny wagabunda szukający szczęścia, na rozdrożu gdzieś w stanie Wirginia zawiera pakt z Szatanem. Godzi się oddać swoją duszę w zamian za umiejętność gry na gitarze. Opowieść oddaje całą „przeklętą” istotę bluesa. Muzyka nieczysta. Wciągająca i trawiąca. Sztuka ludzi uciekających światu, którzy przez całe życie czują na karku oddech śmierci.

Kultura wykorzystuje ten mit skwapliwie i co jakiś czas obdarza nas jego kolejnymi wersjami. Pojawia się on też w książce Białe łzy, najnowszej powieści Hariego Kunzru. W tym jednak przypadku autor nie tyle powtarza czy przekształca mit, ile korzysta z jego matrycy: świata nieprawdopodobieństw, w którym umieszcza bohatera.

Zanim wątek rozwinę, przydałoby się rzec kilka słów o samym Kunzru. A był to mój pierwszy kontakt z jego prozą. Brytyjski pisarz zasłynął w szczególności dzięki swojemu debiutowi – Impresjoniście oraz powieści Transmisja, uznanej przez „New York Times” za jedną z najważniejszych książek 2004 roku. Gdybym znał wcześniej obie pozycje, zapewne doszukałbym się podobieństw między nimi a najnowszym dziełem. Chociażby takich, które objawiają się w szczególnym darze autora do opisywania relacji społeczeństw marginalizowanych z przedstawicielami szeroko pojętej sfery uprzywilejowanych. Tak się jednak złożyło, że w moim świecie Kunzru zaistniał dopiero teraz. Siłą rzeczy nie mogę się więc odnieść do jego wspomnianych tekstów.

Być może jednak znacznie ciekawsze – akurat w kontekście Białych łez – będzie odniesienie się do dwóch innych autorów, których książki ukazały się ostatnio w Polsce. To Colson Whithead i jego Kolej podziemna (już przeczytałem) oraz Paul Beatty z powieścią Sprzedawczyk (mam w planach). Wraz z Białymi łzami tworzą tryptyk podejmujący temat afroamerykańskiej tożsamości i spuścizny. Wszystkie w różny sposób mówią (albo raczej nie pozwalają zapomnieć) o konieczności rozliczenia z krzywd, których ludność czarnoskóra doświadczyła w Stanach Zjednoczonych. Whithead wraca do XIX wieku, by oczami zbiegłej niewolnicy spojrzeć na Amerykę tak okropną, że trudno w nią uwierzyć. Spod warstwy narracji za bardzo widać jednak postawy autora, przez co czasami mamy wrażenie obcowania raczej z esejem niż powieścią. W przypadku Beatty’ego mamy zaś wizję, która świadomość problemu zaistniałą w czytelnikach rozpuści zapewne w swej szalonej formule. Białe łzy – może dlatego, że autor jest Brytyjczykiem – unikają tych pułapek.

Głównym – choć nie najważniejszym – bohaterem Białych łez jest Seth. Dwudziestoparoletni nowojorczyk. Chłopak introwertyczny, dziwak nieradzący sobie z własnymi neurozami i nerwowo zwichrowany odszczepieniec, który ukojenie znajduje w muzyce. Można uznać (ryzykując jednak odrobinę, że to interpretacja na wyrost), że bohater jest zupełnie jak ta archetypowa postać bluesa, zaczynająca każdą piosenkę od „Wstałem rano i...”, po czym następuje próba ujęcia w słowa niewyrażalnego smutku.

Przeciwieństwem Setha, a wkrótce jego najlepszym przyjacielem, jest Carter – dziedzic fortuny, celebryta z urodzenia i niedbający o pieniądze cool guy. Łączą ich jedynie miłość do muzyki i... no właśnie, smutek.

To w relacji i działaniach tej dwójki rodzi się zalążek dalszych wydarzeń i choć początkowo można wysunąć zarzut, że obaj są nieco przerysowani, zapominamy o tym natychmiast w chwili, w której pojawia się muzyka. Bluesowa piosenka, nagrana przypadkiem podczas wędrówki po ulicach Nowego Jorku. Lament czarnego muzyka przeradza się wkrótce w obsesję chłopaków, z której rodzi się sfabrykowane nagranie, puszczone do sieci jako autentyk z lat 20., oraz jego rzekomy autor – zapomniany bluesman Charlie Shaw.

Tu warto wspomnieć o ciekawym, a rzadkim w historiach o muzyce przedstawieniu studia nagrań. Specyficznego metainstrumentu, łączącego poszczególne ścieżki w całość. Miejsca tajemnego, gdzie alchemicy dźwięku stwarzają brzmienia. Może właśnie przez tę na wpół tajemniczą aurę właśnie tam zaczyna się dziać zgroza. Nagranie i wyimaginowany twórca okazują się wcale nie tak zmyśleni, a konsekwencje igrania z przeszłością są straszne. Cenę płaci rzecz jasna główny bohater.

Historia rozwija się trochę jak thriller, a miejscami wręcz jak horror. Równocześnie to też obiektywne sprawozdanie z początków bluesa i coś, co przypomina terenowe nagrania Johna i Alana Lomaxów – jednych z najważniejszych amerykańskich etnologów i folklorystów, których kolekcjom w dużej mierze zawdzięczamy istnienie dzisiejszej muzyki popularnej. Najważniejszy jednak wydaje się w tej książce wiszący nad wszystkim motyw kradzieży. Bezprawnego przywłaszczenia sobie przez białych nie tylko życia czarnych, lecz także ich tożsamości, która przybrała formę muzyki. Grzech kolonizatorów jest niezmywalny. Powtarza się w zachowaniach plantatorów, później – w postawie zwolenników utrzymania supremacji białych, a na końcu – we współczesnej Ameryce, noszącej maskę poprawności politycznej. Wyrażają to piętnujące słowa jednej z bohaterek – Wcale bardziej was dzięki temu nie lubią. Ta muzyka jest ich. Kilka stron później przypieczętowuje to zdanie, stawiając samą siebie w (znanej skądinąd także u nas) pozycji „nie jestem rasistką, ale...”.

Wraz z kradzieżą, pojawia się w Białych łzach także inny temat, który zawsze idzie w parze z opisaną wcześniej zbrodnią. To hołubiona w USA autentyczność muzyki. Przez lata stała się toposem tamtejszej kultury, która może przez swoją historię, w końcu nie tak długą, ciągle ma potrzebę gonić za tym, co „true”. Autentyczny ma być też blues. Takie myślenie to rodzaj osłody gorzkiej prawdy o tym, że żadna pierwotność i czystość w kontekście tego stylu nie istnieje. Muzycy po prostu grali piosenki, które nie były niczym innym niż tym, czym były od zawsze – fuzją multikulturowych wpływów, doświadczeń i inspiracji. Kunzru ukazuje to doskonale i wydaje mi się przy tym, że mało który z dzisiejszych pisarzy amerykańskich mógłby się na to zdobyć.

O samej muzyce Kunzru pisze w sposób, który mnie samemu najbardziej odpowiada i który najbardziej cenię. Bardziej niż samą twórczość opisuje i przybliża kontekst, w jakim powstawała. Procesy formujące konkretne kształty, sprawiające, że coś brzmi tak, a nie inaczej. Doświadczenie w pracy dziennikarza muzycznego zapewne mu w tym pomogło. Mniemam jednak, że znacznie ważniejszą rolę odegrała tu po prostu miłość do bluesa, wyrytego na czarnym krążku.

Sama książka w swojej strukturze jest zresztą bardzo podobna do starej, zdartej szelakowej płyty. Im dalej podążamy w historię, tym więcej w narracji trzasków, szumów i zanieczyszczeń. Fabuła rwie się i wracamy do fragmentów, które pojawiły się przed chwilą. Zupełnie jakby igła gramofonu przeskakiwała na rysie o kilka sekund w tył. To jednak nie wprowadza w opowieść żadnego chaosu. Wręcz przeciwnie, ktoś, kto namiętnie słucha bluesa, poczuje nostalgię. I to pomimo wszystkich okropieństw rozgrywających się na kartach.

Podsumowując, Białe łzy Hariego Kunzru to książka bardzo udana. Nie bez wad rzecz jasna, ale łatwo czytelnikowi przestać zwracać na nie uwagę. Tym bardziej, że powieść jest po prostu świetnie napisana. Mityczny świat nieprawdopodobieństw, wspomniany na początku, staje się polem, na którym rozgrywać się mogą wydarzenia z naszego współczesnego świata, a konsekwentne unikanie przez pisarza wszelkiego kalkowania to najlepsza ochrona przed anachronizmami starych legend. Po tym wszystkim porusza się bohater. Kolejny straceniec Ameryki, który może się tylko domyślać, za co spotykają go nieszczęścia. Jego próba wybłagania przebaczenia za nie swoje grzechy jest jednak z góry skazana na porażkę, czego nadzwyczaj czytelnym symbolem jest to, co znalazło się na stronie B przeklętego nagrania.


Autor: Hari Kunzru

Tytuł: Białe łzy

Przekład: Krzysztof Cieślik

Wydawnictwo: W.A.B.

Miejsce i data wydania: Warszawa 2018

Liczba stron: 365

Oprawa: miękka


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.