Recenzje

Smedry Wars, epizod IV: Nowa bez-nadzieja

Źródło grafiki: Antoni Kaja
Słowa, słowa, słowa. Cóż mogą, cóż mogą, Smedry? Alcatraz Wielki i Gupliwy[1] powraca! A wraz z nim dzikie i dziwaczne, brawurowe i bezsensowne, szalone i straszliwie porywające perypetie jego oraz zwariowanej zgrai jego dobrodusznych druhów! Kosmiczne wojaże, epickie walki z zaklętymi półkałamarnicami, półwombatami ninja, akademickie objaśnienia oryginalnego nalhallańskiego alfabetu i liter pochodzących od logogramów starożytnej odmiany kabafluńskiego. Wszystkiego tego i o wiele, wiele więcej nie znajdziecie w tej rozśmieszającej do rozpuku książce, czwartej z kolei, która już nawet nie przełamuje czwartej (hehe) ściany, tylko obraca ją w perzynę!

Dobra, a teraz, skoro już przelałem całą moją ekscytację w ten krótki wstęp, mogę zupełnie obiektywnie oraz spokojnie opowiedzieć wam o kolejnym rozdziale mitomańskiej pseudobiografii rzekomego ciszlandzkiego bohatera, niesławnego psuja, Alcatraza Smedry’ego. W dużym skrócie Zakon rozbitej soczewki to książka bardzo nudna, bo opowiada o wojnie, walkach, wybuchach, wielkich robotach, wielkich motylach ze szkła (uwłaczających wszelkiej męskości), wielkich tarapatach, wielkiej odwadze/gupocie, a także wielkim szczęściu. Czyż można sobie wyobrazić mniej zajmującą mieszankę? I te wszystkie kulturowe aluzje, żarty (do)słowne, humor sytuacyjny. A nieznośnie niespieszny wątek romantyczny? Ech, szkoda pisać.

Trzynastoletni chłopak, uzbrojony w m.in. promienną, zaraźliwie pogodną osobowość i śliczny kwiatek we włosach (nie swoje zresztą) czy wybuchowe pluszowe misie, znowu miesza, psuje, komplikuje, ucieka i pakuje się w tarapaty. Nauczyłby się wreszcie po tylu setkach stron, ale gdzieżby tam! Tym razem zamiast siedzieć w swoim bezpiecznym zamku i zwyczajnie odpocząć wtyka nos w sprawy konfliktu na linii Bibliotekarze – prostoduszne plemię Mokian. Przy okazji odkrywa niesamowicie mroczny sekret, zawiązuje zaskakujący sojusz, nie mówiąc o tym, że uwalnia coś bardzo groźnego. Kto by chciał czytać o przygodach tak nieodpowiedzialnego, gupiego protagonisty? Na pewno nie wy, prawda?

A kysz! Recenzent bardzo przeprasza, ale w jego tekst ponownie wmieszał się sam autor tych fabularyzowanych wspomnień, wciąż usilnie próbujący zniechęcić nowych czytelników do lektury. W rzeczywistości kolejna odsłona tej humorystycznej serii dla młodzieży w najmniejszym stopniu nie odbiega poziomem od poprzednich (pozostaje liczyć, że ostatni, piąty tom utrzyma tę chwalebną tendencję). To wciąż skrząca się humorem, pełna dystansu do samej siebie opowieść, którą dosłownie się połyka. I chociaż trudno w to uwierzyć, Brandatraz Smedryson posunął jej metafikcyjny charakter jeszcze dalej, tak że zauważają go teraz nawet same postacie. We właściwy tekst wpleciono: okładkę książki (tak, tak, naprawdę), przypadkową numerację rozdziałów (nie zawsze w postaci cyfry), parafrazy oraz cytaty z Szekspira (czego i sam postanowiłem spróbować w tejże recenzji), autnetyczne wyjątki z historii, wykrzyknienia spowodowane pojawieniem się na nodze kronikarza pająka, niebezpieczne dialogi... Listę można by dalej ciągnąć. Zdaje się, że do wyczerpania pomysłów wciąż daleko. Otrzymujemy dalszy wgląd w tajniki pracy pisarza, dowiadujemy więcej o powiązaniach religii z gastronomią (względnie wybuchającymi wymiotami), poznajemy mechanizmy zmian językowych, uczymy się, co robić, by uchodzić za bardzo mądrego (wskazówka: najlepiej nie robić tego, co Alcatraz) czy jak zostać królem. Chociaż w sumie z tym ostatnim wiąże się chyba nieco za dużo zachodu. Nie znajduje spokoju głowa, która nosi koronę itp. Cytując Czyngis-hana, „Zaremdaa, en ajil shall mea baina”[2].

Świat wykreowany przez Smedrysona zaludniają kolejne przedziwne indywidualności. Dotychczasowe dramatis personae wzbogaciły się o takie kwiatki jak Aydee Ecks, której antytalent do matematyki potrafi zmieniać nienaruszalne, zdałoby się, prawa, doradca Wink, trafiony granatem dysharmonicznym i udzielający dobrych rad, ale nie w kwestiach bieżących, tudzież Angola Dartmoor, królewska do tego stopnia, że nie jest w stanie wyrażać się normalnie (z czym całkowicie się identyfikuję swoją drogą). Zastanawiacie się, dlaczego użyłem słowa „kwiatki”? To w hołdzie mokiańskiej profesji floralingwistów, czyli ludzi posługujących się wszelkimi roślinnymi dialektami (kwiecistymi, rzecz jasna). Nie mogłem inaczej wcisnąć ich do tej recenzji, wybaczcie.

I oczywiście można by utyskiwać na ponownie mało estetyczną ilustrację na okładce (te w środku tradycyjnie bardzo zgrabnie dopełniają całości) czy przekład niektórych żartów słownych, ale doprawdy pan Jacek Drewnowski nie miał łatwego zadania (mówię to jako tłumacz z powołania). Są to zresztą jedynie detale, bo przecież najbardziej liczy się to, co w środku (chyba że mamy do czynienia z ładnie wydanym, ale nudnym katalogiem sztuki albo niemieckojęzyczną encyklopedią w skórzanej oprawie z tłoczonym złotym tytułem), i same starania, nieprawdaż?

A zatem razem z naszym bohaterem zmierzamy już najwyraźniej prosto ku ostatecznej rozgrywce. Naprawdę zaintrygować może nowy status quo i zapowiedź kolejnej ekscytującej przygody, ale z drugiej strony żal, że równie zajmująca oraz zabawna saga dobiega nieuchronnego końca. Choć w sumie może to i lepiej, żeby zakończyła się w chwili, kiedy utrzymuje wysoki poziom. Jeśli jeszcze po nią nie sięgnęliście, to czas najwyższy, każdemu należy się odrobina rewelacyjnej rozrywki i rozkosznego rechotu, które macie tutaj gwarantowane. Tyle ode mnie. Reszta jest milczeniem.    

autor: Brandatraz Smedryson 
tytuł: Alcatraz kontra Bibliotekarze #4. Zakon Rozbitej Soczewki 
tłumaczenie: Jacek Drewnowski 
wydawnictwo: IUVI 
miejsce i rok wydania: Kraków 2018 
stron: 288 
format: 137× 206 mm 
oprawa: miękka


[1] Co definiujemy jako „poziom gupoty wymagany do czytania czwartego tomu serii bez znajomości trzech poprzednich”.

[2] Myśleliście, że to przetłumaczę? Lenie! Zajrzyjcie lepiej do książki.

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.