Recenzje

Martwy basen 2: Retrybucja

Waldek Wiluś znowu ma kłopoty. Tym razem popadł w niełaskę paskudnego dyrektora sierocińca, który za karę zabrał mu ulubionego pluszowego misia. Pyskaty rozrabiaka w towarzystwie aż palącego się do pomocy najlepszego kumpla i nowego chłopca nazywanego przez rówieśników Kablem (bo na wszystkich donosi), a także farciary Domi, wpada na znakomity pomysł, jak nie tylko zemścić się na złodzieju zabawki, lecz także raz na zawsze wyrwać się ze straszliwego więzienia dla małolatów. Oj, będzie gorąco... Eee… Najmocniej przepraszam, przez przypadek zacząłem opisywać fabułę filmu w polskiej wersji dubbingowej, a o jej istnieniu chcemy przecież zapomnieć. 
Ale teraz bądźmy poważni na serio. Powiem prosto z mostu, przed pierwszą częścią przygód najemnika z niewyparzoną gębą nie miałem z tą postacią specjalnie do czynienia, a po komiksową wersję sięgnąłem dopiero po fakcie, dlatego też podchodziłem do rzeczy mocno sceptycznie, pozostając pod trwałym urokiem MCU. Dodajmy jeszcze Ryana Reynoldsa, który podobnie jak Ben Affleck superbohaterskimi epizodami w swoim filmowym résumé raczej nie ma się co chwalić. Nie będę krył, że do seansu nieco zachęciła mnie natomiast znana z Homeland Morena Baccarin (znaczące mrugnięcie). No ale z Deadpoolem jak z Punisherem od Netflixa (i postacią, i serialem) – potem plujesz sobie w brodę, że nie pokochałeś wcześniej. Bo drugiego tak zrytego, przerysowanego, intertekstualnego kawałka popkultury ze świecą szukać. I ta wybuchowa mieszanka naprawdę działa! Także jeśli ktoś się martwi, że dwójka jest mniej obrazoburcza, killbillowsko krwista, śmiechogenna czy 18+, to absolutnie, ale to absolutnie nie ma powodu do obaw.

Na pewno odważnym ruchem ze strony scenarzystów było ukatrupienie protagonisty już w pierwszych minutach filmu, ale opowieść o pełnym zapału taksówkarzu Dopinderze, który w hołdzie Wade’owi zakłada jego kostium, by odkryć, że – niespodzianka! – uwięziona w nim jest dusza samozwańczego superbohatera, więc od tej pory we dwoje walczą ze złem jako Deadpool Ultimate sprawdza się nadzwyczaj dobrze. Zonk! Oczywiście żadne z tych zdarzeń nie mają tutaj miejsca (a może jednak?). Zamiast tego dostajemy film familijny (nie wierzycie? Te same słowa usłyszycie z ust samego protagonisty prawie na samym początku), ciepłą, grzeczną, miłą, przyjemną, może i nieco uproszczoną, historię o ZEMŚCIE, RASIZMIE, pragnieniu ŚMIERCI oraz poszukiwaniu celu w życiu, gęsto podlaną metadowcipem. I kiedy piszę gęsto, to mam na myśli naprawdę gęsto. Tak mniej więcej gag/żart/aluzję na minutę gęsto. Przy czym ¾ to prawdziwe perełki (trochę przesadzam, wiadomo, ale niewiele). Cytowana jest garściami klasyka kina, fenomenalna czołówka parodiuje jedną z ikonicznych brytyjskich serii filmowych, serwuje się widzowi subtelny niczym fanga w nos komiksowy fanservice, obśmiane zostają współczesne ikony kultury, nieobecność X-menów, a także grzeszki DC... oraz Ryana Reynoldsa, wielokrotnie. Czwartej ściany, w poprzedniej odsłonie ledwie łamanej, już zwyczajnie nie ma (jeden nasz aktor równolegle gra złola w innym blockbusterze? Oczywiście, że do tego nawiążemy!). Jest za to przesada, spektakularna przemoc w obfitych ilościach, ciągłe podteksty. Są cameo, których totalnie się nie spodziewacie (nie, nie chodzi o Stana Lee). No i prawdziwa wisienka na torcie: przyprawiająca o łzy w oczach (ze śmiechu) chyba najdłuższa scena konania w historii.

Do znanych nam i lubianych mutantów Colossusa (oj, autorzy gejowskich fanfików będą mieli używanie) i Negasonic Teenage Warhead (kurde, twórcy zdecydowanie coś mają z homoseksualizmem), do bólu bezpośredniego Weasela czy wzmiankowanej już Vanessy dołączają nowi, bardzo dobrze wykreowani bohaterowie, których status – podobnie jak głównej postaci – wcale nie jest taki oczywisty. Dobrze się sprawdza Julian Dennison, gwiazda Dzikich łowów Taiki Waititiego (reżysera trzeciego Thora. Przypadek? Nie sądzę), bryluje Josh Brolin w roli półcyborga z przeszłości, aż więcej chciałoby się scen z udziałem nietypowych mocy bohaterki odgrywanej przez Zazie Beetz (prawie na miarę sekwencji Quicksilvera, oczywiście nie tego z Czasu Ultrona). A na deser mamy barwne persony członków X-Force (z równie rozpoznawalnymi twarzami). Ale to nie Avengers: Wojna bez granic i nie każdy dostaje tyle czasu ekranowego, na ile zasługuje. Zresztą Deadpool 2 nie ma jakichś przesadnych ambicji. Nie stara się swojego box-office’owego konkurenta w którymkolwiek aspekcie przebić: nie jest epicki, wręcz kameralny, nawet przez chwilę nie traktuje również sam siebie zbyt serio (chociaż dramatycznych i emocjonalnych momentów nie brakuje). To także koncert przede wszystkim jednego aktora, bo Ryan Reynolds wydaje się wprost stworzony do tej roli i czuje się w niej równie komfortowo. Bez niego wiele idiotycznie przeszarżowanych pomysłów zapewne nie miałoby szansy się sprawdzić.

Natomiast jeśli chodzi o opowiadaną w filmie historię – nie ma co ukrywać, jest przeciętnie. Punkt wyjścia można streścić w dwóch zdaniach. Deadpool traci w życiu cel, ale ma na oku nowy: pomoc trudnemu nastolatkowi z niszczycielskimi mocami. Jest tylko jeden problem – zajadły zabójca z przeszłości, który przyczepił się do nich z niewiadomego powodu. Ot, i tyle.

Ale w ogólnej nonszalancji i bezpretensjonalnym luzie jest metoda, bo dostajemy dokładnie to, czego oczekiwaliśmy. Nieco wtórną, ale naprawdę przednią rozrywkę, przy której wielbiciele specyficznego poczucia humoru Karmazynowego Komedianta uśmieją się jak norki (ja się uśmiałem). Idźcie do kina (tak, do was mówię), po prostu. Zostańcie też na sceny po napisach – warto, i pamiętajcie: fart to zdecydowanie JEST supermoc.


tytuł: Deadpool 2

reżyser: David Leitch

scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick

obsada: Ryan Reynolds, Josh Brolin, Morena Baccarin

czas trwania: 2 godz.

data polskiej premiery: 18 maja 2018

gatunek: komedia, akcja, sci-fi

dystrybutor: Imperial-Cinepix 



Deadpool 2 obejrzeliśmy dzięki współpracy z Cinema City

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.