Recenzje

Brytyjskie opowieści dziwnej treści

Sceneria: opuszczony psychiatryk, pogrążony w mroku las, posiadłość na odludziu. W roli głównej: sceptyk walczący zawodowo z zabobonami, postawiony wobec niewytłumaczalnego. Historia, którą słyszeliśmy już nie raz, zdałoby się ograna zupełnie. Czy nowa produkcja z Wysp, pseudoantologia Przebudzenie dusz, ma w tym temacie do powiedzenia coś nowego?
Gdybym zapytał o brytyjskie horrory, to zapewne niewielu z was byłoby w stanie podać więcej niż kilka tytułów, a i wśród nich znalazłaby się jedynie garstka takich, które faktycznie zapisały się w historii ruchomych obrazków jako dzieła kanoniczne. Jak to się stało, że kraj niegdyś gotykiem płynący wydał na świat tak mało klasyków kina grozy? Czy to wina zalewu wypuszczanych niemalże taśmowo amerykańskich koprodukcji? Niezależnie od przyczyny pojawienie się w repertuarze multipleksów filmu pochodzącego praktycznie w stu procentach z kraju deszczu i wrzosowisk, na dodatek zbierającego pochlebne recenzje, jest istotnym wydarzeniem dla fana gatunku. Co niesie ze sobą ryzyko zbyt wygórowanych oczekiwań, a także łatwego rozczarowania.

Opowieści o duchach są materiałem bardzo ryzykownym ze względu na dokumentne przerobienie tej kwestii na praktycznie wszelkie możliwe sposoby. Trudno o nowatorskość, skoro nawet obie części Obecności opierają się na sprawdzonych zagraniach. Wbrew pozorom nie jest problemem to, że i tu serwuje się nam nagromadzenie klisz i rozpoznawalnych na pierwszy rzut oka motywów. Reżyserzy (jeden wcielający się także w rolę protagonisty) z premedytacją kreują znaną, archetypiczną rzeczywistość nadnaturalnych zjawisk, cytując oraz hojnie czerpiąc z dorobku wielu swoich poprzedników. Że się tak wyrażę – w tej wtórności jest metoda, której zdradzać nie będę. Co istotne jednak, podobnie jak w wyżej wzmiankowanym przypadku, siła Przebudzenia dusz leży w naprawdę sprawnej realizacji. Z tym że o wiele skuteczniej sprawdzają się podczas seansu nie różnorakie monstra bądź straszaki z opowieści świadków „niewytłumaczalnych” fenomenów, ale sytuacje na pozór zwyczajne, lecz zachodzące w zgoła nadzwyczajnych okolicznościach – ptak wzbijający się nagle do lotu, zamarłe w dziwnym bezruchu ludzkie sylwetki, bohater wynurzający się nagle za plecami protagonisty, przewijający się w tle enigmatyczny obserwator, niepokojące dźwięki. Nacisk zostaje położony na budowanie atmosfery, stopniowanie napięcia.

Dodatkowym atutem obrazu jest przesiąknięcie brytyjskością. Postaci mówią z wyraźnym akcentem albo nawet lokalnym slangiem, grozę przełamuje typowo wyspiarski humor, nie ma mowy o stonowaniu języka. Jeśli w naturze bohatera nie leży mielenie przekleństw w ustach, to scenariusz go do tego nie zmusza. Dzięki temu wiele z zachodzących na ekranie sytuacji sprawia wrażenie bardzo naturalnych.

Nie sposób się także przyczepić do obsady. Andy Nyman sprawdza się jako człek wiecznie wątpiący i usilnie wierzący w logikę i rozum, ale nie tworzy kreacji zapadającej w pamięć. Co nie znaczy, że w ogóle nie ma ich w filmie. Przede wszystkim bryluje znany z Netflixowego The End of the F***ing World młody Alex Lawther, którego maniakalny uśmiech oraz maniera roztrzęsionego millennialsa wprost idealnie wpasowują się w klimat. Kolejną gwiazdą jest Martin Freeman, mający przede wszystkim możliwość stworzenia bardzo różnorodnej roli. Dwie najbardziej zaskakujące sekwencje nie miałyby takiej siły działania, gdyby nie on.

Na czym więc polega to nieuchronne „ale”? Otóż ogólny odbiór filmu zależy tylko i wyłącznie od tego, w jaki sposób widz przyjmie finalny twist. Na brytyjską modłę wywrócone zostają do góry nogami wszystkie nasze oczekiwania, a pytania mnożą się jedne za drugim, i jest to zagranie bardzo śmiałe, lecz równocześnie dość karkołomne. Jeżeli kupi was takie a nie inne rozwiązanie, to otrzymujemy bardzo ciekawą wiwisekcję ludzkiej psychiki, balansującą na granicy dramatu. W innym przypadku zostaje jednak pewne uczucie niedosytu (pomimo zmyślnych wskazówek i sygnałów poukrywanych w całym filmie), a także zmarnowanego potencjału. I niestety takie właśnie uczucia towarzyszyły mi pod koniec seansu.

Przebudzenie dusz nie jest pomimo tego złym filmem, a tym bardziej nieudanym filmem grozy. Na pewno nie każdemu przypadnie do gustu. Nie stanie się materiałem na klasyk ani nie zrewolucjonizuje kina. Nie zmieni też zapewne naszego postrzegania brytyjskiego horroru. Niemniej ogląda się go dobrze, zaś stojący za całością pomysł jest niezaprzeczalnie intrygujący i pozostawia spore pole do interpretacji. Dlatego warto potraktować to dzieło bardziej jako swego rodzaju ciekawostkę niż kino stricte gatunkowe.


tytuł: Przebudzenie dusz

reżyser: Jeremy Dyson, Andy Nyman

scenariusz: Jeremy Dyson, Andy Nyman

obsada: Andy Nyman, Martin Freeman, Paul Whitehouse, Alex Lawther

czas trwania: 1 godz. 38 min.

data polskiej premiery: 1 czerwca 2018

gatunek: horror, dramat

dystrybutor: Kino Świat


Przebudzenie dusz obejrzeliśmy dzięki współpracy z Cinema City

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.