Lwy salonowe

Z Gdyni w Polskę – w październiku

Paweł Gładysz Antoni Kaja

Źródło grafiki: 44 FPFF, Andrzej Pągowski

W tym roku postanowiliśmy nie silić się na syntezę festiwalowych doświadczeń. Zasadniczo moglibyśmy wręcz podpisać się pod zgrabnym podsumowaniem Bartosza Staszczyszyna dla culture.pl [1], stąd dla uniknięcia wtórności podzielimy się jedynie naszymi refleksjami po seansie wybranych filmów 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – tych, które lada dzień zagoszczą na ekranach kin. Bo sztuka nie cierpi na nadmiar punktów widzenia. Nie znosi natomiast ciszy i obojętności. Na szczęście na polskie kino trudno być obojętnym!
CZARNY MERCEDES

reż. Janusz Majewski, premiera: 4 X 2019

Pisze Paweł, a Antoni się zgadza:

Trochę przykro na to patrzeć, bo autor-reżyser zekranizował własną powieść i zmarnował szansę na solidny thriller. Z biegiem wydarzeń odsłania dosłownie wszystkie karty i podaje rozwiązanie na tacy. Zero suspensu. Krytycy skanują Czarny mercedes na prawo i lewo, bo Majewski to stary mistrz, nie wypada pisać źle o jego filmach. Wypada. Tym razem nie wyszło mu kompletnie. Po co pakować taką treść w kryminał?

Film należy jednak pochwalić za przyjemną estetykę daleką od wojennej pomroczności. Inscenizacja daje jasno do zrozumienia, że mamy do czynienia z lekką fikcją na wieczór z popcornem. Dodam tylko, że w dobie walk i zmagania się z ur-faszyzmem nie podoba mi się spotwornianie osób homoseksualnych – pamiętamy to z Kamerdynera, tu zagrał nawet ten sam aktor. Miejmy nadzieję, że nie jest to zarzewie nowego motywu w polskim kinie, bo ziarno padłoby na żyzny grunt.

Czarny mercedes to jeden z najsłabszych filmów tegorocznego festiwalu, mimo że ma jakiś tam własny mikroklimat i ładnie przystaje do równie rozpogodzonych i także dziejących się w niewesołych czasach Excentryków. Andrzej Seweryn jako czarujący erotoman, hrabia Leon Przewiedzki, oraz Maria Dębska, zaskakująca intensywną grą w konfrontacji z kochankiem, wynagrodzą Wam poniekąd pieniądze wydane na seans, ale zastanówcie się, czy nie lepiej obejrzeć tego w telewizji.


BOŻE CIAŁO

reż. Jan Komasa, premiera: 11 X 2019

nagrody dla Jana Komasy za reżyserię, dla Mateusza Pacewicza za scenariusz, dla Elizy Rycembel za drugoplanową rolę żeńską, Nagroda Publiczności

Pisze Paweł, a Antoni się zgadza:

O świętości najpełniej opowiada się przez grzech. Boże ciało to film łagodny i wywrotowy. Oglądany przez festiwalową publiczność w dużym skupieniu otrzymał długie, głośne oklaski. Podczas seansu po plecach przemkną Wam ciarki. Mówimy o wnikliwej diagnozie wiary katolickiej, apostolstwa, mądrego miłosierdzia, które zostały wypaczone w kulcie polskiej tradycji odwetu. Oduczyliśmy się bowiem przebaczać, kochać i sięgać po człowieka. Więcej – Boże ciało podważa zasadność istnienia instytucji Kościoła. Zadaje pytania podstawowe, o istotę posłannictwa i wspólnoty, której nie można zredukować do sumy jednostek.

Tylko ten, kto poznał zło, może zrozumieć cierpienie i pouczać. Hipnotyzujący, charyzmatyczny Bartosz Bielenia wciela się w fałszywego księdza, który jednocześnie jest najprawdziwszym księdzem. Na naszych oczach rozgrywa się kłamstwo, które pozwala dotknąć Prawdy. Daniel/ksiądz Tomasz to wewnętrznie skłócony Lucyfer, Niosący Światło. Czuje głód akceptacji i rozumie upadek, dlatego zdolny jest przyjmować bliźniego z całym dobrodziejstwem inwentarza, a ponieważ nie ma nic do stracenia, nie czuje obciążenia polityką ani władzą, jest doskonałym duszpasterzem. Nie odgrywa roli, lecz jest. Służy całym sobą, najlepiej jak potrafi, aż do wstrząsającego finału, o którym będziecie rozmawiać ze sobą na długo po wyjściu z kina.

Jan Komasa nie ukrywa zamiłowania do pracy z aktorem, na ten aspekt kreacji stawia, a znakomity, brawurowo napisany scenariusz, nad którym Mateusz Pacewicz pracował latami, został skrojony na miarę utalentowanego reżysera. W Bożym ciele zastosowano prawie 900 (!) ustawień kamery, co pozwoliło na pełną eksplorację złożonych charakterów sportretowanych w historii opartej na faktach, włącznie z bohaterką graną przez Elizę Rycembel. Tę wciąż za mało znaną aktorkę obserwuję od lat, dlatego roszczę sobie prawo do tego, by jej nagrodę za drugoplanową rolę żeńską nieskromnie skwitować słowami: a nie mówiłem?

Koniecznie idźcie do kina.


SOLID GOLD

reż. Jacek Bromski, premiera: 18 X 2019

Pisze Antoni, bo Paweł nie widział:

Awantury o dodane i usunięte sceny, kontrowersje względem tematu, oskarżenia o cenzurę, polityczne agendy, burze medialne, ferment środowiskowy. Mówią, że filmowi sprzyja każda forma promocji. Ale nie temu.

Wokół historii o Aferze Ambergold narosła taka otoczka niesławy, że film praktycznie nie miał szans na dobre przyjęcie na Festiwalu. Ludzie oczekiwali po nim odważnego politycznie głosu, przyczynku do debaty, słowem: obrazu z ambicjami. A co dostali? Solidny, wielowątkowy thriller polityczny ze świetnym duetem Gajos – Seweryn. Ni mniej, ni więcej. Nieco rozlazłą narracyjnie, ale atrakcyjną fabularyzację dramatu na wielu aktorów (z licznymi zgonami). Z tak sensacyjnym materiałem trudno o to, żeby nie było emocjonująco. Ale manifestu poglądowego czy burzących status quo rewelacji nie uświadczymy.

Nie ma co zatem stękać, że z małej chmury duży deszcz, bo nikt gruszek na wierzbie nie obiecywał. Dlatego zachęcam, żeby wybierać się do kina z odpowiednim nastawieniem. Czasu raczej nie stracicie, ale wysokiej klasy kino to to nie jest.


IKAR. LEGENDA MIETKA KOSZA

reż. Maciej Pieprzyca, premiera: 18 X 2019

Srebrne Lwy, nagrody dla Witolda Płuciennika za zdjęcia, dla Leszka Możdżera za muzykę, dla Jolanty Dańdy za charakteryzację, dla Agaty Culak za kostiumy, dla Dawida Ogrodnika za główną rolę męską

Paweł:

Nie do końca wiadomo, o czym reżyser chciał nakręcić film: czy bardziej o kolejach losu wybitnego, ale w powszechnej świadomości zapomnianego, polskiego jazzmana – czym kontynuowałby modną ostatnio produkcję filmów stricte biograficznych, o inspirujących i mało znanych Polakach, czy też o izolacji i samotności niewidomego, utalentowanego człowieka o ogromnej muzycznej wrażliwości. Pociągnął dwie sroki za ogon i ani nie zrobił szczególnie dobrej biografii, ani fabuły zgłębiającej niepełnosprawność wzrokową.

Ale nie można nie postawić wykrzyknika przy muzyce Leszka Możdżera! Bo to miód na uszy widza, wirtuozeria, najdroższy deser lodowy świata z płatkami 23-karatowego złota. Zaaranżowane przez Możdżera utwory fortepianowe Kosza zjawiskowo zagrał Ogrodnik we własnej osobie – żadnych dublerów! Poza tym film jest miejscami całkiem innowacyjnie udźwiękowiony: szczególnie w ujęciach dających wgląd w to, co słyszy i pamięta Mietek – mam na myśli przede wszystkim wspomnienie zamykanych drzwi. A zamyka je przed nim wielu ludzi, których muzyk spotyka na swojej drodze. Część relacji rozpada się, ponieważ Kosz – artysta, który rozbłysnął i bardzo szybko zniknął, zostawiwszy ubogi acz cenny dorobek – sam je odrzuca, broniąc się przed porzuceniem lub odreagowując ból.

Film bowiem przedstawia człowieka bardzo samotnego w swojej zależności od innych. Demaskuje kulisy życia erotycznego i uczuciowego osoby niewidzącej. Tytułowy jazzman osiągnął w życiu zawodowym wszystko, prywatnie nie osiągając nic. Wiódł żywot pozbawiony równowagi, jednostronny, pusty w sferze intymnej. Łaknął bliskości i akceptacji. Pieprzyca ten żywot tragiczny wydestylował do naiwnie pogodnego, więc wyszedł mu film populistyczny. Mówiąc krótko, wzruszycie się i ubawicie, to na pewno. Warto obejrzeć ze względu na Ogrodnika, zdjęcia i jazz.

Antoni:

Poglądy i opinie przedstawione powyżej nie reprezentują pełni poglądów i opinii Lwów Salonowych. Drugi z Lwów jest zdania, że jakkolwiek druga nagroda festiwalu jest trochę na wyrost, film o emocjonalnym osamotnieniu genialnego jazzmana wciąż stanowi jedną z najlepszych pozycji w tegorocznej odsłonie festiwalu w Gdyni. Dzięki wprawie z jaką Pieprzyca prowadzi narrację, bardzo łatwo można się wczuć w intensywne, często skrajne emocje bohatera, wejrzeć w jego sposób postrzegania rzeczywistości. Nad tym wszystkim unosi się nieustannie fatum nieuchronnej tragedii (okna nie sprzyjają bohaterom tegorocznych biopiców). Ogrodnik daje koncertowy popis, o ileż bardziej stonowany od nadekspresywnej interpretacji postaci młodszego Beksińskiego, tym razem słusznie nagrodzony przez jury konkursu. Nadmiernej naiwności w kreacji bohatera nie zarejestrowałem, jest to obraz niejednoznaczny, wręcz intymny – nie idealizuje się dziecinnego rozhisteryzowania Mietka Kosza, nie usprawiedliwia toksycznych zachowań, nie wybiela rozlicznych wad charakteru. Zastrzeżenia można mieć jedynie do przesadnego finału, w którym kamera wzbija się patetycznie w niebo wraz z tytułowym Ikarem. Ale – tak jak drugi z Lwów – porwani melodią granej przez pianistę Kołysanki Komedy, nie zwrócicie na to niemalże uwagi.


OBYWATEL JONES

reż. Agnieszka Holland, premiera: 25 X 2019

Złote Lwy, nagroda dla Grzegorza Piątkowskiego za scenografię

Paweł:

Co za film! Co za myśl! Co za obsada (James Norton, Vanessa Kirby, Peter Sarsgaard)! Ale zanim to wszystko: wyjaśnijmy, jakie były intencje reżyserki, bo już w trakcie festiwalu widzowie czuli się oszukani opisami fabuły przeczytanymi w prasie. Po pierwsze, Holland – jak sama wyjaśniła na spotkaniu po projekcji – postanowiła zgłębić tajemniczą odwagę człowieka biorącego odpowiedzialność za rzeczywistość, którą miał tylko obserwować. Po drugie, dostrzegła w scenariuszu aktualność zjawisk takich jak korupcja i polaryzacja współczesnych mediów, fabrykowanie rzeczywistości; doceniła wagę pytań o odpowiedzialność i obowiązek dziennikarza. Po trzecie dopiero, postanowiła sportretować głód na Ukrainie – zbrodnię ludobójstwa jeszcze nie opowiedzianą tak, żeby trwale osadziła się w empatii ludzi.

Przez zbudowaną z wartości postać walijskiego dziennikarza Garetha Jonesa reżyserka zajmuje ściśle określone stanowisko. Naiwny everyman autentycznie niesiony jest ideą, w którą wierzy, naczelnym imperatywem moralnym. Zawsze porusza się naprzód. W filmie wiele jest wektorów, które to podkreślają: pęd pociągu, droga pokonana rowerem do wydawcy, ucieczka przez ośnieżony las. Ten zrealizowany w oscarowej stylistyce film obfituje w świeże, dynamiczne ujęcia i zabiegi montażowe, pięknie skrojone kadry, których tonacja zachowuje walor moralnej opozycji czarne – białe. Osobiście uważam, że jest znacznie gęstszy i bardziej wyrazisty niż osławiona, ale też obco brzmiąca w naszym pokomunistycznym zakątku, Czwarta władza.

Obywatel Jones skłania widza do głębokiego namysłu nad atrakcyjnością jednej niszczącej i niedorzecznej ideologii wobec drugiej. Przerażająco znajomo wygląda sytuacja socjopolityczna 1932 roku z punktu widzenia współczesnej Europy. Paralele dotyczące mechanizmów propagandowych, manipulacji mediami i popularyzacji faszyzmu mrożą krew w żyłach. W 1932 roku nikt nie traktuje Hitlera poważnie, a rządzący bagatelizują widmo II wojny.

Ilustrując Wielki Głód, Holland świadomie zdecydowała się pokazać ludobójstwo oszczędnie, nie znieczulić widza – słowem uniknąć „pornografii cierpienia”. Oglądając film, zwróćcie uwagę na akustyczne kontrasty. Kompozytor Antoni Komasa-Łazarkiewicz, zainspirowany wspomnieniem maszyn do pisania używanych asynchronicznie przez rodziców, posłużył się stukotem urządzeń, żeby wytworzyć zgiełk – osaczony Gareth bowiem nie może czuć się bezpiecznie w żadnej dużej stolicy. Dzięki temu zabiegowi pozbawiona muzyki sekwencja na Ukrainie wybrzmiewa z większą siłą. Widza osacza wielki moment hipnotycznej, martwej ciszy.

Ludobójstwo Stalina na Ukrainie maluje tło manifestu na temat dążenia do prawdy i mechanizmów sterowania tłumem. Lejtmotywem, który podkreśla treść filmu i sprawia, że wybrzmiewa ona mocniej, jest postać George’a Orwella oraz pisany przez niego Folwark zwierzęcy, cytowany we fragmentach z pracowni autora.

Antoni:

Drugi z Lwów jest nieco bardziej oszczędny w peanach. Obywatel Jones to kino bardzo dobre, świetne technicznie, ciekawe formalnie, klimatyczne szczególnie w środkowej partii poświęconej Ukrainie (upiorna dziecięca przyśpiewka spędzi niejednemu sen z oczu), ale mimo to niepełne i nierealizujące do końca potencjału ważnego przecież tematu. Przez to także decyzja jury wydaje mu się cokolwiek dyskusyjna, a złoty laur przyznałby bez chwili wahania Bożemu ciału.



[1] B. Staszczyszyn, Gdynia 2019 – kino na zakręcie.

Paweł Gładysz

Student biologii na Uniwersytecie Gdańskim, anglista i tłumacz. Scenarzysta samouk i obserwator kultury popularnej. Uważa, że najważniejsze są drobiazgi oraz że dzień bez kubka zielonej herbaty to dzień stracony.




Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.