Adaptacje&Sensacje

Rzut oka za kurtynę kłamstw

W świecie ludzi sukcesu oraz ludzi wpływowych panują kłamstwa i półprawdy. Kryją się one za niemal każdą fortuną; możni mają trupy w szafach. Sprawiedliwość i uczciwość od dawna już nie są na czasie, a oszuści podbijają rynek kronikami własnych malwersacji. Zapanowała globalna moda na ujawnianie mechanizmów niegodziwości, jednak – paradoksalnie – jej moc bynajmniej nie zmalała. Ale cóż z tego, skoro telewizja i kino mają do dyspozycji materiał najlepszy z możliwych, bo w znacznej mierze autentyczny.
Istnieje wiele dzieł, które boleśnie przypominają nam, że praktycznie nikt nie jest niewinny, nie ma prawa rzucić pierwszego kamienia. Nawet Kościół. Abstrahując od obecnych problemów wewnętrznych, sama jego historia nie przysparza powodów do dumy. Pragnąłby on zapewne zupełnie zapomnieć o niechlubnym dziedzictwie handlu odpustami, niesłusznych prześladowań czy wątpliwej moralności dawnych papieży, lecz choć przeszłość odeszła już bezpowrotnie, nie da się jej wymazać. Nie da się zanegować faktu, że żyli niegdyś tacy ludzie jak Rodrigo Borgia.

W annałach figuruje on jako Aleksander VI, jeden z najbardziej zepsutych następców świętego Piotra, ojciec domniemanej trucicielki Lukrecji oraz Cezara (z którym rzekomo miała żyć w kazirodczym związku), a także dwóch jeszcze synów, którzy nie mieli czasu aż tak zapisać się na kartach historii. Był wybitnym politykiem, patronem znanych artystów, a to, że miał nie tylko żonę, lecz także kochankę, nie było niczym szczególnie dziwnym jak na ówczesne standardy. Jednak zarówno Rodrigo, jak i cały ród Borgiów słyną przede wszystkim z tego, iż nazywa się ich niekiedy pierwszą w historii rodziną mafijną.

Powstało wiele książek historycznych rzucających światło na ich poczynania, dementujących plotki oraz podważających powszechne przekonania na temat chociażby Lukrecji, ale czy dziwić może fakt, że największym zainteresowaniem cieszy się wydana pośmiertnie powieść Maria Puza – człowieka, który dał nam literacki pierwowzór Ojca chrzestnego? To właśnie na jej kanwie oparto ten ciekawszy z dwóch seriali o włoskiej familii: Rodzina Borgiów Neila Jordana, gatunkowy następca uznanej przez krytykę Dynastii Tudorów.

W produkcji w sposób fascynujący mieszają się historia i spekulacja, wypełniają ją pełnokrwiste, najczęściej autentyczne postaci pokroju Machiavellego czy Katarzyny Aragońskiej, intrygi, spiski, podstępy, zdrady, mordy, wojny... słowem: wszystko, co potrzebne w serii tego pokroju, co przyciągnie do niej publikę. Serial posiada też czołowy atut – Jeremy’ego Ironsa. Aktor z niekłamanym wdziękiem wciela się w Rodriga i tworzy niezapomnianą kreację jednostki, którą gardzimy, nie będąc przy tym w stanie wyjść z podziwu dla jej przebiegłości oraz talentu polityka. Już od samego początku ta telewizyjna opowieść (niestety zakończona po trzech sezonach) bezwzględnie pokazuje, jak mało liczyła się cnota w czasach, gdy przekupić się dało nawet kardynałów. Oto oblicze renesansu, jakiego dotąd nie znaliście.

Może i minęły całe wieki, lecz prawidła władzy nie uległy drastycznej zmianie, co widać w niepokojąco realistycznym House of Cards platformy Netflix. Już od dwóch lat oferuje ona opowieść o zdradliwym bagnie polityki – ekosystemie, w którym powiedzenie „człowiek człowiekowi wilkiem” jest przygnębiająco zasadne, w którym nie ma żadnych zasad poza tą, że zawsze wygrywa silniejszy. Protagonista, Frank Underwood (grany wprost fenomenalnie przez nagrodzonego za tę rolę Złotym Globem Kevina Speceya), wraz ze swoją żoną (zatrważająco zimna Robin Wright) tworzą potężny duet, który na drodze do absolutnej władzy nie cofnie się przed niczym, nawet mordem, choć zazwyczaj nie brudzi sobie rąk osobiście. Obserwacja ich losów jest doprawdy fascynująca, wzbudzają one bowiem uczucia ambiwaletne, podobnie jak dzieje Aleksandra VI.

Emocje działają tym silniej, gdyż ukazuje się cały proces sterowania mediami oraz publicznym wizerunkiem, prawne manewry, deklaracje bez pokrycia i ociekające fałszem wystąpienia – wszystko to przecież wprost niezwykle przypomina wolty polityków całego świata, współczesnych demagogów, wykorzystujących niecnie podatny na manipulację elektorat.

Co ciekawe, to nie tylko druga z rzędu wysoko oceniana produkcja o tym samym tytule (akcja pierwszej miała miejsce w Anglii), lecz także adaptacja trzytomowego cyklu autorska nie kogo innego jak... polityka z Wysp, Michaela Dobbsa. Tym bardziej skłania to do refleksji.

Kolejnym źródłem potęgi – silnie powiązanym z kontrolą nad innymi – jest pieniądz, a droga do jego posiadania nie jest ani łatwa, ani przeznaczona dla ludzi ze skrupułami. Może on zresztą doprowadzić do skorumpowania nawet tych, którzy wierzyli niegdyś w szumne ideały prawości. I chyba dlatego Jordan Belfort, bohater Wilka z Wall Street (no i postać z krwi i kości) budzi większą odrazę niż poprzedni obłudnicy, a przy tym także bardziej go nam żal. Niegdyś był ambitnym młodzieńcem, który po prostu chciał wybić się na giełdzie, z czasem natomiast stał się zepsutym do cna, egoistycznym cynikiem, który jest gotów na wszystko, byle tylko pozostać na szczycie, i dla własnej wygody wyzbył się wszelkich ideałów.

Nie da się zaprzeczyć, że telewizyjny Rodrigo Borgia bardzo cenił sobie rodzinę, Frank zaś prawdopodobnie sądzi w głębi duszy, że pod jego silnymi rządami czeka Amerykę lepsza przyszłość. Z kolei bohaterem filmu Scorsese kieruje tylko chęć rozrywki, pragnienie wiecznej beztroski. By je spełnić, nie waha się łgać, nie dotrzymywać obietnic, a nawet zwalać winę na przyjaciół. Co więcej, otwarcie się tym pyszni, zarówno na srebrnym ekranie, jak i kartach fabularyzowanych wspomnień.  Częściowo pod ich wpływem reżyser tworzy swoją jakże ciętą opowieść o moralnym upadku, świadom ironii losu, która pozwoliła Belfortowi utrzymać się na powierzchni, choć powinien był pójść na dno. Mówi to coś o sprawiedliwości nowoczesnego świata.

Wielkie brawa (i Oscar, ach, niesprawiedliwość Akademii!) należą się Leonardowi di Caprio, dzięki grze którego oddana została stopniowa przemiana byłego maklera, film zaś ma taką, a nie inną moc oddziaływania. Bo – jak widać we wszystkich trzech omawianych przypadkach – bez dobrego aktorstwa na nic by się zdał dobry scenariusz, a trzy godziny seansu byłyby czasem nie do zniesienia.

Współcześni blagierzy kina oraz telewizji zwracają się niekiedy bezpośrednio do widza, jakby zwierzając się, to jednak kolejny element gry. Są świadomi, że nic im nie grozi, bo co jak co, ale oni potrafią znakomicie zwodzić, mylić tropy, zacierać ślady, a także tuszować przestępstwa. Wystarczy, że sypną groszem, a sprawa pójdzie w zapomnienie. Fałsz może się dla ich wygody przeistoczyć w prawdę. Przez tę otwartą deklarację potęgi, ukrytą za płaszczykiem fikcji, zasięg wpływów ludzi znaczących i bogatych wydaje się jeszcze bardziej zatrważający. Kto wie – może taki był właśnie cel, a to wszystko jeden wielki kant? Kłamstwo ma wiele obliczy i przyjmuje rozmaite postaci.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.