Adaptacje&Sensacje

Dzieje Planety Małp

Źródło grafiki: http://images.telemetro.com/entretenimiento/cine/Planet-of-the-Apes_MEDIMA20140724_0051_7.png
Pięć starych filmów (z których pierwszy zyskał sobie status kultowego), dwa seriale (w tym jeden animowany), kiepski remake, a potem udane ożywienie serii oraz jeszcze lepsza kontynuacja – oto w wielkim skrócie historia Planety Małp, a wszystko stało się za sprawą jednej małej książki o takim właśnie tytule. I nic nie wskazuje na to, żeby dobra passa tej opowieści o ewolucyjnej dominacji małp człekokształtnych nad ludźmi miała prędko dobiec końca.
Pisząc w 1963 roku swoją drugą obok Mostu na rzece Kwai najpopularniejszą powieść, Pierre Boulle nie spodziewał się zapewne, jak wielki odniesie ona sukces. Jest to literatura niezwykle ciekawa – warto zwrócić uwagę nie tylko na obraz świata odwróconych ról i dominacji naczelnych nad zezwierzęconymi przedstawicielami gatunku homo sapiens, lecz także na technologiczne zaawansowanie małpiej społeczności, która posiada własną naukę, założyła rozwinięte miasta, a także dokonała wielu zaawansowanych wynalazków. Klamrowa konstrukcja książki wraz z zakończeniem jawi się natomiast jako prawdziwie intrygująca i zaskakująca.

Właśnie do wspomnianych koncepcji nawiązuje większość dotychczas powstałych adaptacji. W najsłynniejszej ekranizacji z 1968 roku znaczące sugestie z powieści zyskują potwierdzenie w słynnej scenie rozgrywającej się na plaży (możecie zobaczyć ją powyżej). Reżyser, Franklin J. Schaffner, postanowił przy tym cofnąć nieco cywilizację człekokształtnych w rozwoju (głównie ze względu na brak funduszy na film) i nadać traktowaniu przez nią człowieka – gatunku niższego – znamion większego okrucieństwa, zarysowując wątek barbarzyńskich eksperymentów. W rezultacie otrzymaliśmy niezgorszą historię spod znaku fantastyki naukowej, opowiadająca o dramatycznych perypetiach kosmicznych rozbitków, którzy na własnej skórze przekonują się, jak bardzo władcy planety przypominają ludzi – tak w dobrych, jak i w złych aspektach swej natury. Oprócz inteligentnego finału produkcja ta wyróżnia się nadzwyczaj udaną jak na dawne czasy charakteryzacją postaci. To taka perełka starego kina.

Ciąg dalszy, który nastąpił dwa lata później, okazał się znacznie gorszy. Pozornie obiecujący koncept odsłaniania tajemnic podziemi świata znanego z pierwszej części zniweczono przez przekombinowany scenariusz i boleśnie archaiczne efekty specjalne. Film nie przetrwał niestety próby czasu. Zresztą także kolejne ekranizacje nawet nie zbliżyły się do poziomu legendarnej „jedynki”.

W Ucieczce z Planety Małp, Podboju Planety Małp oraz Bitwie o Planetę Małp ciekawi jednak to, że ich akcja ma miejsce już na ziemi. Bohaterami owych produkcji są kolejne pokolenia inteligentnych naczelnych, które przypadkiem trafiły do naszego świata, nieco tylko ubranego w futurystyczne szaty. Pewne wątki przypominają te obecne w najnowszych ekranizacjach powieści Boulle’a. Dla przykładu: pojawia się Cezar, który zapoczątkowuje bunt pobratymców zniewolonych przez ludzi, rozpoczyna się starcie pokrewnych gatunków. Aż szkoda, że temu wszystkiemu zabrakło dopracowania i klimatu, lecz wyraźnie można dostrzec potencjał, który wykorzystano z lepszym skutkiem ponad czterdzieści lat później. O tym jednak za chwilę.

Dwie serie telewizyjne (kolejno z 1974 oraz 1975 roku), mimo że nie odniosły szczególnego sukcesu, wzbogacały tematyczne uniwersum, sięgając po rozwiązania obecne w oryginale i skupiając się bardziej na podstawach funkcjonowania cywilizacji małp: dorobku kulturowym, politycznym zorganizowaniu, gospodarce etc. Na szczególnie wartą uwagi wygląda w tym kontekście animacja Powrót na Planetę Małp: przedstawia ona podobieństwo tamtejszych zwyczajów do tego, co niegdyś wytworzyła ludzkość (jako cenne należy ocenić zwłaszcza zmyślne nawiązania do filmów oraz gry słowne). Są to dzieła cokolwiek zapomniane, zupełnie niesłusznie znajdujące się w cieniu swych braci z wielkiego ekranu.

Po skasowaniu obu seriali nastąpiła długa przerwa w zajmowaniu się Planetą Małp, potem zaś pomysłem zainteresował się wirtuoz wyobraźni – Tim Burton. Wszystko wskazywało na to, że widzowie otrzymają prawdziwy hit: imponujący budżet, znane aktorskie nazwiska... Niestety, obraz okazał się kompletną klapą – finansową, ale i fabularną. Całość historii karygodnie spłycono, aczkolwiek znalazło się miejsce dla końcówki niemalże identycznej co książkowa; postawiono na rozmach, który ostatecznie wcale nie robił zamierzonego wrażenia, nie wspominając o licznych nieścisłościach. Broniły się za to efekty specjalne oraz aktorstwo – tradycyjnie tych, którzy grali małpy, a w szczególności fenomenalnie demonicznego Tima Rotha. To jednak, jak wiadomo, nigdy nie wystarczy. Jako wielki fan reżysera mówię to z wielkim smutkiem, ale tego jego filmu stanowczo nie polecam.

Przerwa zrobiła cyklowi naprawdę dobrze. Powrócił efektownie, z niebanalną fabułą i świetną rolą Andy’ego Serkisa, który jest wprost stworzony do grania postaci tworzonych techniką performance capture. W Genezie Planety Małp oraz tegorocznej Ewolucji Planety Małp wszyscy inni aktorzy pozostają w jego cieniu.

Oba filmy, jak już wspomniałem, korzystają ze ścieżek wydeptanych już przez starsze produkcje. Pierwszy z nich przybliża widzom okoliczności wybuchu zarazy, która przetrzebiła ludzkość, a także drogę szympansa Cezara do roli lidera rewolty jego pobratymców wykorzystywanych naukowo i trzymanych w zamknięciu. Wychowanie pośród ludzi nadaje temu protagoniście głębi, tworzy grunt pod problemy poruszane w kontynuacji. Geneza Planety Małp rozwija się może niespiesznie, nie wystrzegając się przy tym pułapki schematyczności, stanowi jednak naprawdę świetną rozrywkę.

Jednak to dopiero Ewolucja Planety Małp wykorzystuje pełnię potencjału bazowego pomysłu. Pokazano tutaj krajobraz po apokalipsie oraz narodziny społeczności małp, możemy obserwować wewnętrzne konflikty na tle politycznym (bardzo dobry wątek samozwańczego wodza Koby, przejmującego władzę po Cezarze) oraz zarzewie nadchodzącej wojny. I choć podlane jest to wszystko sosem przeszarżowanej widowiskowości (małpy z karabinami maszynowymi jadące na koniach…), a także hojną garścią patosu, to w gruncie rzeczy mamy do czynienia raczej z przejmującym dramatem znakomicie rozpisanym na role aniżeli z kinem rozrywkowym. Na oczach widza kończy się stara epoka, a rozpoczyna nowa era – era, którą paradoksalnie znamy z poprzednich produkcji. Twórcom filmu udało się na dodatek dokonać rzeczy pozornie niemożliwej: w trakcie seansu odbiorca bardziej identyfikuje się z przedstawicielami rzędu naczelnych niż z resztkami cywilizacji ludzi. I jedynie szkoda trochę Gary’ego Oldmana, który niewiele mógł wyciągnąć z otrzymanej roli.

Wygląda na to, że opowieść zapoczątkowana przez dzieło Pierre’a Boulle’a przeżywa swój renesans. Jej nowa odsłona sprawiła, że mam dobre przeczucia co do dalszego ciągu, a nawet będę na niego czekać z niecierpliwością. Nim on nastąpi, jest jednak wystarczająco dużo czasu, aby nadrobić znajomość tych najwcześniejszych produkcji – naprawdę warto prześledzić drogę, którą w międzyczasie przebyła planeta przechodząca przez doświadczenie drastycznej ewolucyjnej roszady. I przy okazji zastanowić się, czy ta wizja faktycznie zakrawa na tak bardzo nieprawdopodobną.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.