Dziesięć kochanek filmu

Science fiction i Film - romans nie z tego świata

Źródło grafiki: upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/1/10/Simon_Vouet_-_The_Muses_Urania_and_Calliope.JPG
Urania, jako dziewiąta z cór Dzeusa, ostatnia starogrecka Muza, wciąż dostarcza nam sporej frajdy. Grubo ponad dwadzieścia wieków temu opiekowała się wszystkimi amatorami astronomii i geometrii, dzisiaj zaś pod swe opiekuńcze ramiona wzięła… geeków, nerdów i całą resztę zafascynowaną gatunkiem science fiction.
W dziedzinie filmu fantastyka naukowa zajmuje wyjątkowe miejsce gatunku pogranicznego, paradoksalnego – nie ma stałego zbioru konwencji, cech i stylu, nie wyróżnia się konkretnym sposobem narracji czy obrazowania – przez co wymyka się normatywnym definicjom. Nie będzie więc zbytnim uproszczeniem, jeśli zrównamy SF z powszechnym wyobrażeniem o nim i ograniczymy się do filmów, których akcja toczy się w dalekiej przyszłości i/lub na odległych planetach. Ważny, rzecz jasna, jest pierwiastek naukowy, odróżniający science fiction od baśni (w których pojawiają się elementy magii) i opowieści niesamowitych (w których pojawiają się wilkołaki, wampiry, duchy itp.) oraz umożliwiający snucie domysłów o dniu jutrzejszym i wszelkich jego problemach[1].

A już w dniu dzisiejszym wielki problem mają ci, którzy w filmowym dorobku SF w ogóle się nie orientują. Wyobrażacie sobie konsternację osoby, której nieznane są takie dzieła jak Matrix, Gwiezdne wojny czy Star Trek? Przecież nawiązania do tej klasyki znajdziemy w niejednym tekście kultury, gadżety z nią związane to hity o niesłabnącej popularności, a z internetów wręcz wylewają się memy z jej bohaterami w rolach głównych. Dodatkowo trylogia rodzeństwa (przypominam: już nie „braci”) Wachowskich inspiruje niezliczonych hakerów do poszukiwania wejścia do prawdziwej rzeczywistości, ukochane dziecko George’a Lucasa dostarczyło tysiącom mieszkańców piwnic ideału kobiety (patrz księżniczka Leia w wersji „niewolnica Jabby”), a pewien pół człowiek, pół Wolkan uczy kolejne pokolenia logicznie myśleć.

Jakby tego było mało, w gatunek science fiction wpisują się też niemal bez wyjątku adaptacje superbohaterskich komiksów. Ci wszyscy nadludzie dzielnie walczący w obronie sprawiedliwości swoje moce zawdzięczają temu, co dla SF najbardziej charakterystyczne. Superman na przykład to przecież nikt inny jak obcy z odległej planety. Strażnicy Galaktyki i członkowie Korpusu Zielonej Latarni działają głównie w kosmosie. Batman oraz Iron Man to  w zasadzie technicy-naukowcy, wysoko zaawansowanymi gadżetami dodający sobie splendoru. Legendy Spidermana, Hulka czy Kapitana Ameryki powstały zaś z laboratoryjnej fiolki. Mamy więc do czynienia z kombinacją obcych cywilizacji, podróży kosmicznych i rozwoju nowoczesnej technologii, czyli tego, co w science fiction najlepsze.

Oczywiście istnienie wszystkich superbohaterów jest poniekąd uzasadnione istnieniem superprzestępców. Świat pajęczych zmysłów, laserowych oczu i latających zbroi to również świat, w którym najgorsze ludzkie koszmary przybierają bardzo realne formy. Tak dzieje się także w bardziej prawdopodobnych wizjach rodem z filmów SF. Scenarzyści wyłuskują z nastrojów społecznych wszystkie lęki i obawy, a potem rzucają je na duży ekran. I jak można z tych rzutów wywnioskować, człowiek wciąż częściowo siedzi w swojej jaskini, przerażony błyskawicą, grzmotem i dziwną reakcją odruchową na podrażnienie zakończeń nerwowych w błonie śluzowej górnych dróg oddechowych. Innymi słowy: nieokiełznana siła przyrody lub epidemia groźnego wirusa – oto główni podejrzani w sprawie przyszłej eksterminacji ludzkości. A czy to będzie wirus zamieniający ludzi w krwiożercze bestie (Jestem legendą) albo powodujący ich szybką śmierć (Contagion. Epidemia strachu), czy może powrót epoki lodowcowej (Snowpiercer. Arka przyszłości, Pojutrze), destabilizacja skorupy ziemskiej (2012) lub jądra Ziemi (Jądro Ziemi), czy może jeszcze coś innego – nie wiadomo. Na ten moment możemy mieć tylko nadzieję, że katastrofa nie nastąpi za naszego życia.

Scenariusze będące bardziej na czasie, idące z duchem postępu, upatrują zagłady ludzkości lub chociaż znanej nam obecnie formy cywilizacji w czymś nieco innym: w  najnowszych wynalazkach. Wziętym motywem jest koncepcja osobliwości technologicznej (ang. technological singularity), według której nadejdzie w dziejach moment stworzenia sztucznej inteligencji przewyższającej intelektualnie człowieka i zdolnej do samodzielnego tworzenia odrębnych bytów. Taka wizja niepokoiła w 1982 roku, kiedy powstał film Łowca androidów, i nie przestaje niepokoić dzisiaj, czego dowodzą Transcendencja i Ona. Nie słabnie także siła nieśmiertelnych teorii spiskowych, w tym wypadku zakładających wykorzystywanie zdobyczy technologicznych przez kartele przestępcze lub autorytarną władzę (Pamięć absolutna, Looper. Pętla czasu, Wyspa, Wyścig z czasem, Niepamięć).

Jak się okazuje, na parszywej Ziemi rządzonej przez parszywych ludzi nie znajdziemy wytchnienia od zła, zepsucia i destrukcji. A co z przestrzenią kosmiczną? Istnieją co prawda pozytywne wyjątki, gdy ratujemy z opresji obce cywilizacje jak w Gwiezdnych wrotach albo kontaktujemy się z naszymi praprzodkami/stwórcami jak w Misji na Marsa. Ale to – właśnie – wyjątki. Znacznie częściej niszczymy ulubione drzewa obcych (Avatar), budujemy orbitujące więzienia dla psychopatycznych przestępców (Lockout), toczymy wyczerpujące wojny międzyplanetarne (Gra Endera) albo dowiadujemy się, jak maleńki, nic nieznaczący i nic nierozumiejący jest człowiek wobec potęgi wszechświata (2001: Odyseja kosmiczna, Grawitacja).

Aby nie kończyć takim pesymistycznym akcentem, specjalnie wynalazłam kilka filmów ku pokrzepieniu serc. Paradoksalnie jednak albo nie są one w sposób oczywisty kojarzone z nurtem science fiction, albo traktuje się w nich ten gatunek z przymrużeniem oka. Bo czy myśląc o Seksmisji, pamiętamy dziś, że to film o przyszłości? Czy oglądając Kapuśniaczek z doskonałym Louis de Funèsem, pojmujemy to doświadczenie w kategoriach SF? I czy możemy serio traktować motyw podróży w czasie w produkcjach Jutro będzie futro i Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania? A co ważniejsze: czy w ogóle musimy to robić?

Niech te mniej poważne przykłady filmów SF nauczą nas, jak przyjmować całość tego gatunku – jako dobrą rozrywkę. Rozrywkę, która wzbudza lęk i trwogę, ale dzięki temu pozwala je oswoić i oczyścić z nich umysł. Zaufajmy więc starożytnym i bez niepokoju poddawajmy się terapeutycznym zabiegom Uranii.



[1] Słownik filmu, red. Rafał Syska, Kraków 2005.

Magdalena Pawłowska

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.