Dziesięć kochanek filmu

Jak superbohaterski blockbuster zmienić w artystyczny geniusz

Źródło grafiki: www.newyorker.com/wp-content/uploads/2014/10/141020_r25614-1200-756.jpg
W ubiegły piątek swoją polską premierę miał film Alejandra Iñárritu Birdman. Za niespełna miesiąc walczyć on będzie o dziewięć oscarowych statuetek (w tym za najlepszy film), a już teraz czeka na Wasze nominacje do nagród za najznakomitszy obraz, jaki ostatnio widzieliście – i ma spore szanse wygrać w niejednej kategorii.
Jeszcze przed ogłoszeniem oscarowych pretendentów Birdman zasługiwał na uwagę i wykreślanie w kalendarzu dni do jego premiery. Po pierwsze, reżyserska opieka Alejandra  Iñárritu – twórcy mającego na swoim koncie takie mistrzowskie obrazy, jak Babel i 21 gramów – zwiastowała nieprzeciętną produkcję. Po drugie, nazwiska tworzące obsadę układały się w piękną listę pod hasłem przewodnim „obejrzałabym ten film choćby tylko dla niego/niej”. Michael Keaton, Zach Galifianakis, Edward Norton, Emma Stone, Naomi Watts – aktorzy tak różnorodni, uwielbiani za tak odmienne filmy, muszą wspólnymi siłami zebrać pokaźną grupkę fanów. Później przyszedł czas na teasery i trailery, które tylko podgrzewały atmosferę dawaniem zaledwie mglistych wyobrażeń o fabule, łączącej w sobie historię podstarzałego aktora i superbohatera, historię świata teatru i kinowych blockbusterów. A wszystko to przeplatane wizją Edwarda Nortona w kiczowatych gatkach.

Wyobrażenia na temat filmu mogły być różne, ale i w rzeczywistości film okazał się niejednoznaczny. Status ontologiczny świata przedstawionego niełatwo zdefiniować, ponieważ łączy on w sobie twardy realizm z baśniową fantazją. Z jednej strony akcja toczy się w najprawdziwszym Nowym Jorku, na najprawdziwszych deskach brodwayowskiego teatru. Z ust bohaterów padają najprawdziwsze nazwiska współczesnych aktorów w kontekście ich najprawdziwszych ról w najprawdziwszych produkcjach filmowych. Niekłamana jest także otoczka wokół kina popularnego, na którą w równej mierze składają się aktorskie talenty, nagrody i wyróżnienia, jak i wskaźniki box office, lajki na Facebooku oraz hasztagi na Twitterze. To samo z bohaterami, którzy obnażają się fizycznie, psychicznie oraz intelektualnie, co nie zawsze daje ładne efekty. Z drugiej jednak strony bardzo wyraźnie zaznacza się warstwa fantastyczna, reprezentowana w głównej mierze przez alter ego Riggana Thomsona (Michael Keaton) – tytułowego Birdmana. Ten człowiek-ptak to uosobienie kariery, która przypadła w udziale odtwórcy roli superbohatera. Idzie za nią sława i uwielbienie, idzie kicz, idzie duża kasa, rozpoznawalność i poczucie, że coś się na tym świecie znaczy, że w historii ludzkości nie pozostanie się niezauważonym. Na dwuwymiarowe wygląda także środowisko aktorskie, rozdarte między kinem a teatrem. Podział sympatii i antypatii nie jest wcale taki oczywisty i przewidywalny – zarówno jednemu, jak i drugiemu obozowi dostaje się po równo.

A jednak taki bipolarny świat może złożyć się na bardzo spójny obraz. Te wyznaczniki różnych dychotomii należy wyłuskiwać z całości i szufladkować po swojemu – nie podano ich jak na tacy. Różnorodność rzeczywistości nie konfunduje odbiorcy, nie czyni z filmu wizji trudnej w odbiorze. Wszystko ma swoje miejsce, każdy gest i każde słowo są doskonale wyreżyserowane, a równocześnie wydają się w pełni naturalne.

Nie znam się za bardzo na wszystkich technicznych trikach związanych z produkcją filmu, ale nie trzeba być ekspertem, aby docenić koncepcję wypracowaną przez Alejandra Iñárritu, Emmanuela Lubezkiego (zdjęcia) i Douglasa Crise’a (montaż). Birdmana tworzą bowiem długie ujęcia, a montaż je łączący został bardzo sprytnie ukryty, co przekłada się na wrażenie oglądania pasmowej sekwencji. Sam reżyser w wywiadzie podkreślał, że tym przecież jest życie: jednym ciągłym ujęciem, nieprzerywanym nagłymi cięciami. Jesteśmy zamknięci w naszej rzeczywistości, z której nie ma ucieczki – wszystko musimy przeżyć, wszystko zarejestrować. Nie można się schronić za kurtyną opuszczaną między aktami. Dlatego też kamera (a wraz z nią także i my) podąża stale za bohaterami, zanurza się w ciasne i kręte korytarze teatru, kieruje swoje oko na ich wzrok, wyławiając z drugiego planu jakiś szczegół lub ginąc w nieskończonej perspektywie nieba.

Wrażenie zagubienia, uwięzienia, zamknięcia staje się bardzo cenne również ze względu na fabułę. W każdej recenzji i każdym opisie filmu przeczytamy, że Riggan Thomson marzy o powtórnym zakosztowaniu sławy – tym razem nie jako odtwórca roli superbohatera, ale jako artysta, który samodzielnie zaadaptował i wyreżyserował sztukę teatralną oraz zagrał w niej jedną z ról. Oczywiście, to prawda, a raczej fragment prawdy. Osobiście widziałabym w tym wybijający się na pierwszy plan element większej konstrukcji, mówiącej sporo o ludzkich lękach i marzeniach, o człowieku jako takim. Niemal każdy bohater potrzebuje uwagi, chce, aby go dostrzegano czy może po prostu zauważano. I ta potrzeba bynajmniej nie kończy się na fantazjach o popularności, wyjątkowości i chwale. Można wyczuć, że problem dotyka ogólnej kondycji ludzkości, której historię odlicza się drobnymi kreskami na długim papierze toaletowym. Chodzi o to, aby na tym paśmie dziejów zostawić swój własny ślad.

Birdman mówi więc o rzeczach ważnych, ale bez pomnikowej powagi, bez wydumanego napuszenia. Nie bez przyczyny jest to przecież komedia, chociaż z powodzeniem możemy w tym przypadku dołączyć przedrostek „tragi-” lub epitet „czarna”. Z mieszanki środków artystycznych, gatunków, talentów aktorskich, głosów w dyskursie o sztuce wysokiej i niskiej łatwo wyodrębnić wszystkie elementy, a potem je nazwać. Dużo trudniej uchwycić sedno, które sprawia, że film nosi znamiona geniuszu. Bo to nie prosta suma wymienionych zalet daje ostateczny efekt. Jest w tym coś jeszcze. Coś, co trzeba przeżyć, oglądając film, i czego nie są w stanie oddać ani rozbudowane opisy, ani entuzjastyczne pochwały.  

 

Tytuł: Birdman
Reżyseria: Alejandro Iñárritu
Scenariusz: Alejandro Iñárritu, Nicolás Giacobone, Alexander Dinelaris, Armando Bo
Obsada: Michael Keaton, Zach Galifianakis, Edward Norton, Emma Stone, Naomi Watts
Czas trwania: 1 godz. 59 min.
Gatunek: dramat, komedia
Premiera: sierpień 2014 (świat), styczeń 2015 (Polska)


Magdalena Pawłowska

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.