Dziesięć kochanek filmu

Miłość i Film - metaromans w historii kina

Źródło grafiki: http://thumbs.weltum.de/1600x1175_sebastiano_ricci_painting1.jpg
Ach, słodka Erato... W czasach, kiedy Grecy stanowili najmądrzejszy i najpotężniejszy naród na świecie, to ją wybrano na patronkę poezji miłosnej. Z pewnością była to zapracowana Muza! Przecież miłość, obok może dwóch czy trzech innych pomysłów, to najpopularniejszy temat, który przychodzi na myśl artystom od zarania sztuki. A kiedy głowy bardziej lub mniej uzdolnionych twórczo jednostek wypełnione są namiętnością, wszystko może się zdarzyć...
Podobno od przybytku głowa nie boli, a jednak nie było łatwo napisać tekst o filmowych wątkach miłosnych, i to właśnie ze względu na obfitość materiału. Niemalże każda fabuła zawiera pierwiastek romantyczny. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ miłość jest wpisana w losy każdej jednostki ludzkiej: jako sens życia, jako wieczne pragnienie, jako abstrakcyjny ideał, jako przeszkoda w czysto fizycznych relacjach, jako produkt napędzający konsumpcjonizm… Kochamy i/lub jesteśmy kochani. Rozróżniamy miłość boską, małżeńską, rodzicielską, własną, toksyczną, platoniczną, zmysłową. Wszystkie wyżej wymienione tezy (i jeszcze wiele pominiętych) często są poddawane szczegółowej analizie oraz różnorodnej interpretacji, a następnie – obudowane konkretnymi historiami, osadzone w konkretnej scenerii – stają się główną osią licznych produkcji filmowych.

Z kinem miłosnym naturalnie kojarzą się komedie romantyczne. Z komediami romantycznymi naturalnie kojarzy się schematyzm, kicz, tanie wzruszenie. Ale czy nie tego czasem potrzeba w życiu? Osobiście nie wstydzę się przyznać do okresu, w którym codziennie oglądałam filmy z kategorii tzw. babskiego kina. Za każdym razem denerwowałam się, gdy przeznaczeni sobie bohaterowie unikali ostatecznego zjednoczenia z zupełnie nielogicznych powodów, a potem płakałam, gdy w oparach skruchy i przebaczenia, onieśmielającej szczerości lub splotu nieprawdopodobnych wypadków zbliżał się przewidziany na początku happy end. I może właśnie wabikiem, który przyciąga do tego typu produkcji, jest to, czego nie doświadczamy na co dzień, a za czym często tęsknimy: przyjemność, prostolinijność, naiwna ufność i magia szczęśliwego zakończenia. A może to nieodparty urok Toma Hanksa, Meg Ryan, Julii Roberts, Richarda Gere’a, Jude’a Lawa, Cameron Diaz...? Tych aktorów kojarzymy właściwie wyłącznie z klasyką komedii romantycznej. Nawet jeśli mamy w pamięci również ich poważniejsze osiągnięcia, nie do końca możemy wyzbyć się doznań związanych z tymi pomniejszymi. Nie mamy przecież wpływu na naszą świadomość, która jednakowo skrupulatnie przechowuje wspomnienia o Forreście Gumpie, Parnassusie i trylogii Ocean's z jednej strony, a o Bezsenności w Seattle, Pretty Woman czy Masz wiadomość z drugiej.  Czasami sami się o to prosimy, na przykład oglądając po raz tysięczny Holiday albo To właśnie miłość – filmy przesłodkie, niezwykle przyjemne i ciepłe.

Niekiedy trzeba zachować czujność nawet podczas oglądania komedii romantycznej. Na przewidywaniu niewymagającej rozrywki, gwarantowanej przez utarte schematy i uproszczoną rzeczywistość, można się sparzyć, a to z kolei grozi nawet nie tyle rytualnym płaczem i smarkami, co stanem przeddepresyjnym lub otępieniem emocjonalnym. Dlatego z dobrego serca ostrzegam: planujecie pidżama party w kobiecym gronie? Chcecie złagodzić objawy PMS? Potrzebujecie niegroźnego odmóżdżacza? NIE wybierajcie filmu Terminal! W każdych innych okolicznościach zdecydowanie należy włączyć film Terminal. Proszę absolutnie nie sugerować się przyporządkowaniem obrazu Stevena Spielberga do kategorii „komedia romantyczna”. Wątki charakterystyczne dla dramatu są tu zbyt wyraźne i zbyt często dostajemy nimi jak obuchem w głowę. Jednak wymieszanie ich z bajkowością, mitami obyczajowymi i prawdziwym koktajlem ludzkich zachowań daje efekt godny polecenia.

Szukając wyraźnych punktów skojarzeniowych z kinem romantycznym i jednocześnie kierując swoje kroki w nieco ambitniejsze rejony, nie sposób nie natknąć się (raczej prędzej niż później) na Woody'ego Allena. Ten genialny twórca filozofuje o istocie relacji międzyludzkich i nigdy nie pomija przy tym skomplikowanych stosunków miłosnych. Oczywiście stężenie romansu jest odpowiednio mniejsze lub większe – czasem to tylko wątek poboczny, a czasem miłość aż wylewa się z ekranu, szczególnie gdy reżyser sam wciela się w rolę amanta... Specjalnością Allena są historie burzliwych i pełnych pasji związków (Annie Hall, Życie i cała reszta, Vicky Cristina Barcelona), gorących romansów (Mężowie i żony, Wszystko gra), poszukiwań ideału (Jej wysokość Afrodyta, Co nas kręci, co nas podnieca). Prywatne zawirowania uczuciowe dodają przy tym jego twórczości jeszcze pikantniejszego posmaku, choć rzecz jasna to nie z powodu towarzyskich ploteczek artysta ten zasługuje na miano zachwycającego Amora kina współczesnego.

Odcinamy się już ostatecznie od elementu komediowego, ale nadal pozostajemy w obrębie skojarzeń filmowo-miłosnych – w taki oto sposób przechodzimy naturalnie i bezboleśnie do melodramatów. W zasadzie jedyną istotną cechą odróżniającą ten gatunek od jego mniej poważnej Siostry Komedii jest  zakończenie, które przynajmniej dla jednego z bohaterów musi być tragiczne. Owszem, zawsze można powiedzieć, że miłość zwyciężyła, ale niech ktoś spróbuje tak pocieszyć zamarzniętego Jacka z Titanica, zdziecinniałego Benjamina Buttona z filmu Finchera czy zostawionego z niczym Ricka z Casablanki...

Miłość niejedno ma imię, ale każdy z jej przydomków zapisał się w historii kina. Gdy uważnie spojrzymy na wszystkie wymienione tu tytuły, przekonamy się niewątpliwie, że Erato lubi się ujawniać przy powstawaniu filmów wszelkiego rodzaju, inspirować reżyserów z różnych  światów i wywoływać skrajnie odmienne reakcje. Można próbować opisywać motyw miłości w filmie, chociaż z doświadczenia polecałabym formę inną niż krótki artykuł – wielotomowa antologia byłaby zapewne odpowiedniejsza. Dlatego właśnie w tym wypadku polecam zrezygnować z (jakże ludzkiej) potrzeby systematyzowania – lepiej rozsiąść się wygodnie przed ekranem, zrelaksować i zakochać!


Magdalena Pawłowska

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.