Adaptacje&Sensacje

Grę o tron czas zacząć!

Źródło grafiki: http://www.techfleece.com/wp-content/uploads/2013/01/Game-Of-Thrones-Season-3_-Three-Eyed-Raven-Tease-1053.png
Winter is coming! Co zabawne – wiosną. O czym mowa? O wielkim fenomenie HBO: kolejnym (już trzecim) sezonie „Gry o tron”. Jest to kolejna z serialowych adaptacji cykli powieści, a jednak ewidentnie się wśród nich wyróżnia. Czym dokładnie? Mówiąc wprost – rozmachem!

Kino i telewizja lubią korzystać z wielotomowych opowieści. „Władca Pierścieni” czy „Harry Potter” to oczywiste przykłady realizacji tego trendu, zaś samą sagę „Pieśń Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina niejednokrotnie porównuje się (słusznie lub niesłusznie)  do arcydzieła Tolkiena. Zauważyć można, że dodatkowym jej atutem jest niezwykle plastyczny, dopracowany, realistyczny i ciekawy świat przedstawiony Westeros i Krain za Wąskim Morzem. Próba ekranizacja była więc kwestią czasu. Niespodzianką jest, że podjęła się jej stacja telewizyjna.

Tuż przed premierą pierwszego sezonu w 2011 roku należałem do grona tych, co o cyklu albo nie słyszeli w ogóle, albo słyszeli o nim bardzo niewiele, więc nie miałem konkretnych oczekiwań. Odcinek pilotażowy był dla mnie po prostu intrygującą opowieścią fantasy, dostarczającą przedniej rozrywki  i zaskakująco dopieszczoną wizualnie, z dobrą obsadą (wśród niej chociażby Boromir – Sean Bean). Produkcja zdecydowanie osiągnęła swój cel, mimo że nie ustrzegła się kilku drobnych mankamentów, takich jak niemal całkowity brak scen batalistycznych. Efekty specjalne stały na wyjątkowo wysokim poziomie (o czym świadczy choćby pokazanie widzom smoków – nieodłącznych elementów opowieści tego rodzaju), podobnie jak charakteryzacja czy kostiumy. „Gra o tron” nie tylko została ogłoszona przez recenzentów i portale internetowe najlepszym serialem fantasy w historii telewizji, lecz także zyskała w wielu kręgach status jednej z najlepszych produkcji telewizyjnych w ogóle.

Zachęcony sięgnąłem po książkę i z przyjemnością odkryłem, że dane mi było zobaczyć coś więcej niż tylko satysfakcjonująco wierną adaptację. Oryginał oczywiście okazał się lepszy, jak to zazwyczaj bywa, lecz zarazem równie krwisty i obfitujący w podobną dozę erotyki. Dzięki tej lekturze jeszcze bardziej doceniłem serial HBO i czekałem z niecierpliwością na drugi sezon, który (co chyba nikogo nie dziwi) szybko został zamówiony. Któż bowiem zabijałby kurę znoszącą złote jajka?

Twórcy postanowili jednak poeksperymentować i dokonali szeregu zmian. Reakcje były różne: od podziwu dla innowacyjnego odejścia od oryginału po gniew zatwardziałych fanów. Poziom aktorstwa pozostał dobry, lokacje nadal robiły wrażenie, a efekty specjalne stosowano często i hojnie, jednak fabularnie drugi sezon w wielu miejscach ustępował swojemu poprzednikowi – nie pomógł nawet cały odcinek poświęcony olbrzymiej bitwie (w założeniu mający wynagrodzić brak scen batalistycznych w ubiegłorocznym serii). Co więcej, pojawiła się niebezpieczna tendencja (już wcześniej można było ją dostrzec, ale w ograniczonym stopniu) przemycania do odcinków zupełnie zbędnych scen erotyki (w szczególności homoseksualnej) w ogóle niepowiązanej z fabułą. Mimo to produkcja została wznowiona i wciąż zgarniała nagrody i liczne pochwały. Zaczęła się również tworzyć marka handlowa.

Materiału na serial z dużym prawdopodobieństwem nie zabraknie, autor (zaangażowany zresztą w tworzenie serialu) wciąż jeszcze pisze szósty tom sagi, zaplanowanych jest zaś siedem. Aktorów zapewne oglądać się będzie dalej przyjemnie, zwłaszcza Petera Dinklage’a, grającego zmyślnego karła Tyriona. Sam George R.R. Martin jest zadowolony z niektórych odtwórców postaci – mowa tu przede wszystkim o młodym Jacku Gleesonie, który gra odrażającego księcia o sadystycznych skłonnościach. To do niego zadzwonił podobno z gratulacjami i powiedział: Dobra robota, teraz ludzie będą cię nienawidzili! Nie będzie też można narzekać na nudę w związku z bohaterami, bo będą się oni zmieniali nie raz. Martin ma tendencję do uśmiercania ich w kolejnych tomach cyklu, wtedy gdy czytelnik najmniej się tego spodziewa.

Trzeci sezon, który miał premierę 31 marca w Ameryce, a dzień później w Polsce, zapowiada się naprawdę ciekawie. Niemal każdego dnia, począwszy od miesiąca przed wzmiankowaną datą, widzom na całym świecie udostępniany był kolejny efektowny zwiastun na rozbudzenie apetytu. Taktyka promocyjna o najwyższej skuteczności. HBO zdaje się deklarować, że w tym roku będzie jeszcze lepiej. Po emisji dwóch odcinków nie będę się porywał na dokonanie szczegółowej oceny, jednak już teraz mogę stwierdzić, że efekty specjalne są nadal imponujące.

Jeśli o reklamę chodzi, to produkcji pomógł miniskandal związany z pewnym zabawnym (dla „prawdziwego” Amerykanina „zabawnym”) szczególikiem z finału pierwszego sezonu. Otóż twórcy umieścili w nim nabitą na pal głowę prezydenta George’a W. Busha. Wydanie DVD zostało niezwłocznie wycofane ze sklepów, a usunięcie wizerunku byłego lidera USA – wymuszone przez sąd. Nagłośnienie incydentu wyraźnie przyczyniło się do wzrostu popularności serii (kontrowersje często miewają tego rodzaju wpływ na publikę).

„Gra o tron” jest po prostu skazana na sukces. Niezależnie od tego, czy się lubi takie klimaty, czy też nie, to ewenement zdecydowanie godny uwagi – nieważne, ile jeszcze potrwa (a wszystko wskazuje na to, że raczej długo, bo czwarty sezon został już zamówiony). Takiego serialu z iście filmowym rozmachem dotąd w telewizji nie było. Oczywiście nie bez znaczenia jest to, że „Pieśń Lodu i Ognia” to cykl książek bardzo bogaty w szczegóły, co czyni z niego niemal gotowy materiał na scenariusz. Niewątpliwie trzeba też jednak umieć oddać wszelkie detale w tak drobiazgowy sposób. HBO po raz kolejny (stworzyło już „Sześć stóp pod ziemią”, „Rodzinę Soprano” czy „Rzym”) udowadnia, że wiedzie prym w oferowaniu widzowi naprawdę wyjątkowych produkcji.

Każdego, komu spodoba się telewizyjna adaptacja, zachęcam do przeczytania sagi  – wszystkie jej tomy napisane do tej pory ukazały się w języku polskim. Skoro zaś „Gra o Tron” wygodnie rozsiadła się na swoim popkulturowym tronie, władając niepodzielnie licznymi rankingami, a książki z tego cyklu niemal automatycznie trafiają na listy bestsellerów, to może warto się samemu przekonać, czy z małej chmury duży deszcz?



Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.