Królowie absurdu

Wirujący penis. O "Love" Gaspara Noégo

Gaspar Noé zapisał mi się w pamięci jako autor mocnych, kontrowersyjnych, oryginalnych filmów. Szczególnie ważny był dla mnie film Nieodwracalne z 2002 roku, w którym reżyser posługuje się zaskakująco świeżą poetyką narracji, przerażająco odważnie, ale i z wyczuciem eksponując mroczną stronę człowieka za pomocą bodaj najdłuższej sceny gwałtu w historii kina.
Kiedy odkryłem, że Love znajduje się w repertuarze festiwalu Nowe Horyzonty, nie zastanawiałem się długo, czy wybrać się na seans. To była jedna z filmowych pozycji, którą koniecznie musiałem zobaczyć.

Kolejka do sali zaczęła nabierać pokaźnych rozmiarów już 40 minut przed seansem. Puchła tak i puchła z powodu problemów technicznych: planowano pokaz w 3D (jak się miało okazać, był to fakt dosyć istotny w związku z niektórymi scenami), ale technika zawiodła. W końcu jednak udało mi się usiąść – na niezbyt dobrym miejscu, tuż przy ogromnym ekranie, w towarzystwie rozentuzjazmowanych pań po sześćdziesiątce.

Zaczynamy seans. Na ekranie pojawia się penis, który przez swoją ordynarność i bezpośredniość wydaje się po prostu sztuczny. Należy zwrócić uwagę, że jestem w największej sali w kinie Nowych Horyzontów (przeszło 500 miejsc), a wielkość ekranu wzrasta wprost proporcjonalnie do rozmiarów pomieszczenia.

Po pierwszej pornograficznej scenie poznajemy bohatera. Postać wygląda jak stereotypowy aktor porno ze szczątkowym zarostem. Tak szczątkowa jak zarost głównego bohatera jest fabuła Love, która na pierwszy plan wysuwa totalnie obnażony seks. Z pretensjonalnych monologów widz się zwyczajnie śmieje. Niezbyt rozbudowana jest również sama relacja między bohaterami, zatrzymuje się ona właściwie na fizycznym stosunku podszytym zazdrością.

Potem jest nieco fabuły, pornografia, jeszcze troszkę fabuły, więcej pornografii, dowcipy niskich lotów („nazwijmy dziecko Gaspar”, „galeria sztuki Noé”, sam reżyser na ekranie itp.) i jeszcze więcej pornografii.

Dwie godziny i dziesięć minut filmu dłużą się tak, jakby to były co najmniej cztery godziny. Powtarzające się sceny seksu nudzą już niemal od początku (po pierwszym momencie zaskoczenia zmieszanego z zażenowaniem). Te same ujęcia – estetycznie ładne, solidne i technicznie bez zarzutu, ale sztampowe. Ten sam kąt spojrzenia serwowany nam przez operatora (Benoît Debie), statyczność, zbliżenia na genitalia, punkt kulminacyjny w postaci wytrysku spermy na widza (chyba jedyny „poważny” efekt 3D). Nuda, nuda, nuda.

Najnowszy film Argentyńczyka wypada marnie, jeśli poprzestajemy na takiej pobieżnej ocenie. Love nie przełamuje żadnego tabu (w przeciwieństwie do np. Nimfomanki Larsa von Triera, w której seks to narzędzie dekonstrukcji rzeczywistości, czy Intymności Patrice’a Chéreau, która za pomocą erotyki opowiada o samotności), za klucz interpretacji tego filmu nie możemy uznawać odwagi pokazywania obrazów, które wszyscy znamy już bardzo dobrze. Kino od dawna wie, że widzów najbardziej ekscytuje tajemnica i moment jej odkrywania, a nie samo nagie ciało. Jeżeli jest odwrotnie, to odpowiedzi należy szukać głębiej. Trzeba zedrzeć tę nagą skórę i pod nią szukać źródła.

Film Gaspara Noégo z powodzeniem może funkcjonować tylko wtedy, gdy traktujemy go jako osobiste pytanie kierowane do nas samych. Czy nasza miłość też wygląda tak jak na ekranie? Czy jesteśmy tak samo nudni i sztuczni? Czy relacje przez nas tworzone opierają się jedynie na egoizmie i zazdrości? W takim ujęciu Love to toporny, artystyczno-pornograficzny, przykry dowcip. To policzek wymierzony szalonemu królowi przez błazna. Bezlitośnie przedstawia nasze własne prymitywne pragnienia i zachowania. To nas rozbiera i gwałci – za prawdziwy dramat uważam reakcję co poniektórych osób na sali i dzikie podniecenie wyczuwalne w powietrzu. Pretensjonalność i ciężki dowcip w filmie są jak z życia wzięte.

Seks w Love okazuje się powtarzalny, monotonny, nudny i nadmiarowy. Wizualnie ładny, wolny, ale w gruncie rzeczy odbijający pospolite pragnienia lub wspomnienia (kto nie dał się kiedyś porwać emocjom?) przeciętnego widza. Fizyczna przyjemność, fizyczne dopasowanie utożsamiono tu z miłością. Sam reżyser twierdzi: „Miłość to oślepiające światło, genetyczna potrzeba, odmienny stan świadomości, ciężki narkotyk, choroba psychiczna, gra o władzę – to sperma i łzy”. Definicja tak samo brutalna, jak i sam film ją ilustrujący. Definicja smutna, ale i prawdziwa, wynikająca z krytycznych obserwacji.

Gaspar Noé zrealizował swoje zamierzenia. Stworzył opowieść o miłości niedojrzałej, egoistycznej, szybkiej, zatrzymującej się jedynie na zaspokajaniu potrzeb oraz o tęsknocie za taką miłością, o tym, że tak naprawdę nigdy się z niej nie wyrasta, że tęskni się nie do osoby, a do młodzieńczego seksu pełnego wigoru. Mogę się tylko domyślać, jak wyglądałby ten film, gdyby udało mi się go obejrzeć w 3D i gdybym został za pośrednictwem technologii wrzucony między splecione ciała.

Obraz Argentyńczyka należy pozostawić bez oceny. Wypada się zdystansować od niego i od samego siebie, śmiać się z siebie razem z nim, widzieć go jako komentarz do natury ludzkiej. Inaczej pozostanie dla nas albo zbyt płytki, żenujący i ordynarny, albo zbyt oporny w odbiorze.


Mateusz Tarwacki

Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Profesjonalny malkontent. Za główny obiekt zainteresowań obrał sobie kino. Stara się z góry nie odrzucać żadnego obrazu (podobnie ma z ludźmi), zamiast tego próbuje go zrozumieć. Piwowar amator. Nie lubi myć okien.