Królowie absurdu

Oscar i Wilk

Źródło grafiki: https://www.flickr.com/photos/thespeakernews/23328820872/
Leonardo DiCaprio przez ponad 20 lat toczył ciężkie boje o tę najsłynniejszą z nagród filmowych. Jego piąta nominacja, za rolę w Zjawie, zaowocowała w końcu otrzymaniem upragnionego lauru zwycięstwa. Lecz owo zwieńczenie aktorskiej pracy było chyba wyczekiwane bardziej przez fanów aktora niż przez niego samego. Skąd wziął się jego fenomen, skąd nieskończone, jak się zdaje, pokłady sympatii widzów, skąd tak wielki szum?
Temat zaistniał już koło roku 2005, ale przybrał na sile po nominacji DiCaprio do Oscara za rolę w Wilku z Wall Street w 2013. Kolejne gale rozdania nagród miały jako swój leitmotiv wiecznie niedocenionego Leo. Poniżej mały przegląd co lepszych memów [LINK]. Coś, co początkowo traktowano jako ewidentny żart, który okazał się na tyle dobry i miał na tyle dużo szczęścia, że wszedł do masowego obiegu, urosło do rangi pewnego rodzaju mody. Gra aktorska przestała się liczyć, nie trzeba było nawet oglądać filmów z ulubionym aktorem, aby być przekonanym, że należy mu się współczucie, ponieważ jest biedny, zmarginalizowany i że komu jak komu, ale jemu uznanie na pewno się należy. Nie będę owijał w bawełnę, stosunek jakości gry aktorskiej do wzrostu popularności – nawet takiej kapryśnej, masowej, która sama nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie leży granica między żartem a tym, co traktuje się serio – był w przypadku naszego Wilczka odwrotnie proporcjonalny.

Czy Leo popadł w marazm spowodowany ogólnym uznaniem dla jego pracy, internetowym samonapędzającym się PR-em, czy nie zależy mu na wykonywaniu dobrej roboty, czy przeszkadza mu w tym stanowisko producenta filmów, w których bierze udział jako aktor? Nad przyczynami spadku jego formy nie sposób się długo zastanawiać, ponieważ tylko on sam mógłby się na ten temat wypowiedzieć. Ciekawa jest natomiast  jego swoista metoda pracy z kamerą, posługiwanie się paletą kilku emocji, powtarzanych do znudzenia w każdej kolejnej produkcji. To wygodne, ale niestety pozbawione tego, w czym kino zachodnie przoduje, czyli nakierowania na psychologiczny realizm postaci. Chodzi o to, że film staje się naprawdę intrygujący w sytuacji, którą bardzo ciężko osiągnąć, a którą osobiście nazywam kipieniem. Jest to ułamek czasu, kiedy pokrywa garnka zaczyna podskakiwać, powodowana ciśnieniem pary z gotującego się mleka, bliskiego przelania się na zewnątrz. W tej krótkiej chwili nie wiemy jednak, czy płyn wykipi, czy nie. Jesteśmy zawieszeni w najbardziej ekscytującym momencie i nie umiemy ostudzić emocji. Aktor nie powinien zaś przejawiać emocji wprost, ale  utrzymywać je w stanie kipienia tak umiejętnie, żeby stworzyć wiarygodną psychologicznie postać i żeby jednocześnie widzowie byli absolutnie pewni jego intencji. Odbiorca musi się domyślać, że wewnątrz ekranowego twardziela, prezentującego pokerową twarz i wydającego się nieczułym i cynicznym, kryje się wrażliwy, współczujący człowiek.

W przypadku Wilczka większość emocji jest brutalnie wywalona na wierzch. Puste narzędzia mimiczne, które wykorzystuje DiCaprio, są do tego stopnia wyświechtane, że zestawienie dwóch skrajnie różnych scen może dać absurdalne wręcz rezultaty.Weźmy przesiąkniętą erotyzmem scenę z Wilka z Wall Street, w której główny bohater flirtuje – choć może to za słabe słowo – ze swoją żoną. Jego spojrzenie jest skierowane na waginę partnerki, która kusi bohatera złudzeniem dostępności, by potem go odepchnąć. Ta scena jest łudząco podobna do wypełzania z dołu w Zjawie. W tych scenach mamy do czynienia z dwiema bliźniaczymi w pewnym sensie siłami – seksem i śmiercią. Tak czy inaczej, jedyna różnica, jeżeli chodzi o naszego Wilczka, polega na tym, że w tym drugim filmie charakteryzatorzy dodali aktorowi brodę. Kolejnym przykładem marnej gry aktorskiej może być zestawienie całego występu w Wilku z Wielkim Gatsbym. Przecież to zupełnie przeklejona rola, tylko osadzona w innych realiach historycznych i w nieco odmienionej fabule! Typ bohatera pozostaje ten sam – to napędzany materializmem hedonista (z lekkimi odchyleniami w stronę odkrywania miłości).

Wokół postaci DiCaprio narosła specyficzna atmosfera, która nie pozwala odróżnić jego jako osoby od postaci, w które się wciela. Jest to oczywiście bardzo sympatyczne i pewnie stanowi jedną z podstaw jego popularności, nie wpływa jednak najlepiej na rozwój jego stylu aktorskiego, który – jak się zdaje – został zarzucony kilka lat temu na rzecz jarmarcznego zaspokajania potrzeb odbiorców. Z tego powodu pojawiły się memy i stąd czerpią one swoją siłę.

Mimo to myślę, że aktorska impotencja nie do końca wynika z jego winy. Jak każda gwiazda, jest produktem masy, która go kreuje. Masa zaś to bezwzględny tyran, który z dobrego aktora zrobił sobie błazna. To tyran, który lubi tylko jeden ograny rodzaj żartu i tylko tego od swojego błazna wymaga. Błazen z kolei nie może się przeciwstawić tej woli ani zażartować z tyrana, ponieważ straciłby głowę.

Nie ukrywam, że decyzja o przyznaniu DiCaprio Oscara jest według mnie niesprawiedliwa i przykra dlatego, że przyćmiła inne nominacje i nagrody, jak choćby Oscara dla 87-letniego Enrico Morricone, który na uznanie swojej pracy przez Akademię czekał o wiele dłużej. Wilczek ma dopiero nieco ponad 40 lat, drugą połowę aktorskiego życia przed sobą i na pewno dostanie jeszcze wiele okazji do wykazania się. Miejmy nadzieję, że kiedy już presja zdobycia nagrody minęła, rozkwitnie w nim hamowany wcześniej potencjał i będziemy mogli spodziewać się lepszych, kipiących ról.

Mateusz Tarwacki

Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Profesjonalny malkontent. Za główny obiekt zainteresowań obrał sobie kino. Stara się z góry nie odrzucać żadnego obrazu (podobnie ma z ludźmi), zamiast tego próbuje go zrozumieć. Piwowar amator. Nie lubi myć okien.