Adaptacje&Sensacje

Dreampunk, Badalamenti i ciasto wiśniowe

Ostatnich parę lat obfitowało w telewizyjne powroty (Samuraj Jack, Z archiwum X, Skazany na śmierć, Heroes: Reborn etc.), ale to przede wszystkim jeden z nich budził zarówno szczególne obawy, jak i ogromne nadzieje fanów. Nie tylko ze względu na wielkie nazwisko Davida Lyncha czy imponującą obsadę (Dern, Belluci, Duchovny, Leigh, Watts). Nie tylko ze względu na wciąż pamiętne, szokujące zakończenie poprzedniej serii. Przede wszystkim dlatego, że mamy tu do czynienia z legendą małego ekranu, produkcją, która zmieniła oblicze telewizji – i nie ma w tych słowach ani krztyny przesady.
Wielu z was zapewne wie, jak się to wszystko zaczęło, albo przynajmniej zna podstawowe fakty. A zatem na początku, to jest około roku 1990, było sobie dwóch mężczyzn, którzy poznali się, współpracując przy niezrealizowanym filmie o życiu Marilyn Monroe. Wskutek nagabywań agenta jednego z nich – konkretnie Davida Lyncha – ten zgodził się spróbować swoich sił w telewizji, uważanej przez niego za medium nienadające się do przekazywania porządnych historii. Miała powstać rzecz o małomiasteczkowej wizji Ameryki, przypominającej to, co reżyser pokazał w Blue Velvet. Do pomocy zaangażowano drugiego z panów, Marka Frosta, jako tego, który zna mechanizmy działania tego rodzaju produkcji. A potem machina ruszyła. Fabuła (nawet lokalizacja!) uległa licznym zmianom, z pomysłu Dickensowskiej opowieści o życiu całego szeregu postaci zrodziła się idea ubrania całości w sztafaż kryminału przemieszanego z operą mydlaną. Pojawiła się Laura Palmer – prowadząca podwójne życie, na pozór idealna dziewczyna z sąsiedztwa, ofiara straszliwej zbrodni. Stacja ABC dała twórcom zielone światło, i tak powstał Northwest Passage (długo jedyny odcinek posiadający oficjalny tytuł, pozostałe zawdzięczamy niemieckiej telewizji, przy czym przedostatni został nadany przez samych fanów, gdyż pierwotnie odcinek wyemitowano tam łącznie z finałem). Półtoragodzinny pilot pokazano wpierw jako regularny film w kinie w ramach Miami Film Festiwal, potem zaś dopiero na antenie. Efekt? Rekordowa oglądalność emitowanego normalnie odcinka (34,6 mln widzów!). Na wypadek gdyby serial nie został zamówiony, dograno dodatkowe sceny, w tym alternatywne zakończenie oraz pierwsze zawierające elementy później tak silnie obecnego oniryzmu. Pomimo pewnych wahań szefów stacji, związanych między innymi ze sporą dawką przemocy oraz scen o podtekście erotycznym, zlecono ostatecznie nakręcenie kolejnych siedmiu odcinków pierwszej serii. Reszta jest już historią.

Jej kulisy są niewiele mniej ciekawe od fabuły Twin Peaks, a z pewnością w równym stopniu usiane zaskakującymi zbiegami okoliczności, tajemniczymi zdarzeniami oraz surrealistycznymi wizjami. Garderobiany, który – już wcześniej przyciągnąwszy uwagę Lyncha – przypadkowo nagrał się na taśmie w odbiciu w lustrze i z czasem stał się znaczącym antagonistą serii, BOB-em. Sheryl Lee, która miała po prostu grać trupa, ale dzięki dwóm scenom przekonała twórców do dopisania większej ilości wątków z jej udziałem (w podwójnej roli!). Zapis nutowy motywu z czołówki stworzonego wspólnie przez głównego pomysłodawcę projektu oraz mistrzowskiego kompozytora, Angela Badalamentiego – notabene zasługującego na miano współautora sukcesu produkcji, gdyż bez jego wkładu atmosfera Twin Peaks nie byłaby taka sama – który graficznie przypomina podwójne wzgórza, takie jak te tytułowe. Mrugające same z siebie światła na planie, a także aktor drugiego planu przez przypadek podający swoje prawdziwe imię zamiast tego widniejącego w scenariuszu, utrwaleni na zawsze na teleodbiornikach. Obraz czerwonego pokoju i tańczącego w nim karła, który przyszedł Lynchowi do głowy, gdy dotknął boku rozgrzanego auta. Oto otoczka godna równie niezwykłego serialu.

Dlaczego niezwykłego? Bo wszystko zagrało w nim idealnie (przynajmniej do pewnego momentu). Obłędna, hipnotyzująca muzyka, metafikcyjne wstawki, powracające motywy (zabójczo dobre ciasto z wiśniami), zapadające w pamięć pojedyncze sekwencje, wprowadzana stopniowo konwencja dreampunku, czyli niepokornego, posmodernistycznego podejścia do świata nocnych mar, który zaczyna niekiedy przenikać się z naszym. Zaludnionego przez plejadę momentami bardzo manierycznych postaci, których zachowanie (pamiętny taniec Audrey!), sposób bycia czy mówienia sprawiają, że zdają się wyjęte z jakiejś inne bajki, istnieją jak gdyby w świecie poza światem. Jak w przypadku małomównego przedstawiciela FBI Dale’a Coopera, nagrywającego non stop wiadomości dla tajemniczej Diane (co ciekawe, zarówno jego, jak i inne rzadziej odzywających się bohaterów napisał Lynch, stwierdzając przy tym, że z ust agenta wychodzi wiele słów, które on sam mógłby powiedzieć) czy snującej się na drugim planie fenomenalnej figury Damy z Pieńkiem, kawałkiem drewna przekazującym jej enigmatyczne wiadomości. To oni właśnie oraz ich skomplikowane losy, nie zaś intryga kryminalna, mieli w praktyce stanowić trzon Twin Peaks, o czym więcej już za moment. Mamy tu również do czynienia z istną kopalnią cytatów: „cholernie dobra kawa”, „sowy nie są tym, czym się wydają”, żeby wymieniać tylko parę, wyjątkowym klimatem oraz przynoszącą więcej pytań niż odpowiedzi dynamiczną fabułą, która sprawiała, że cały świat snuł teorie na temat tego, kto zabił Laurę Palmer, wątku, którego Lynch i Frost… nigdy nie chcieli jednoznacznie rozwiązać.

Wobec budzącego wątpliwość kierunku serialu zostali jednak do tego praktycznie zmuszeni (zaanonsowano to nawet uroczyście w gazetach!), co poskutkowało nie tylko powstaniem kilku z najlepszych odcinków, ale też powolnym zgonem produkcji. Obaj ojcowie niezwykłego miasteczka oddali się nowym projektom, powierzając swe dziecię całemu gronu scenarzystów. Efekt był zauważalny niemal od razu – fascynująca mieszanka gatunkowa zaczęła niebezpiecznie dryfować w kierunku groteski, tempo siadło, klimat gdzieś uleciał. Po 15. odcinku oglądalność spadła na tyle, że ABC ogłosiło zawieszenie emisji na czas nieokreślony. I tak właśnie Twin Peaks stało się obiektem kultu, bo gdy sam David Lynch zaapelował do widzów o walkę na rzecz dokończenia tej historii, odzew był niesamowity. Tysiące listów, pikiety i protesty grupy o zabawnym akronimie COOP (od nazwiska głównego bohatera granego przez Kyle’a MacLachlana) rozdającej przywoływane w serialu kawę, pączki czy gumę do żucia, skłoniły stację do zmiany decyzji. Ale tylko na cztery odcinki, gdyż wyniki wciąż były dalekie od zadowalających. Jednak po ponownej żywiołowej reakcji fanów światło dzienne ujrzały dwa ostatnie epizody, co na dobre przypieczętowało status całości jako telewizyjnej legendy, między innymi ze względu na znów bardziej surrealistyczny kierunek obrany przez Lyncha w ostatnim z nich.

Prędko okazało się, że reżyser nie skończy tak szybko z wykreowanym przez siebie światem. W roku 1992 powstał kinowy prequel (a poniekąd także kontynuacja wątków) opatrzony podtytułem Ogniu, krocz za mną. Pomimo pewnych perturbacji – aktorka wcielająca się w najlepszą przyjaciółkę Laury, Donnę, nie chciała wracać na plan, Kyle MacLachlan się wahał, Sherilyn Fenn, czyli serialowej Audrey, nie pasował terminarz – powstało ponad pięć godzin materiału, który trzeba było przyciąć, pozbywając się głównie scen z udziałem bohaterów oryginalnej produkcji. Fabuła koncentrowała się na siedmiu ostatnich dniach piękności, której ciało zostaje znalezione w odcinku pilotażowym, głęboko wchodząc w psychikę dziewczyny, a także przybliżając jej coraz ściślejsze relacje z niewyjaśnionymi zjawiskami zachodzącymi w miasteczku. Gęsta atmosfera nieuchronnej tragedii oraz większa koncentracja na metaforycznym aspekcie historii nie zaskarbiły sobie sympatii odbiorców, przynajmniej nie na początku. Gdy film pokazano na festiwalu w Cannes, został wygwizdany i wyśmiany. Dopiero z czasem zaczęto go doceniać w oderwaniu od pierwowzoru, jako element bogatej filmografii, a także oryginalnego stylu Lyncha. Aktorka, która ponownie odegrała rolę wiodącej podwójne życie nastolatki, zwracała też niejednokrotnie uwagę na pozytywny oddźwięk, jaki wywołał on wśród ofiar relacji kazirodczych. W 2014 roku odbył się specjalny pokaz Missing Pieces, czyli wspomnianych wyciętych scen, a krótko potem ogłoszono, że ruszają prace nad nową, trzecią serią.

Wreszcie stało się: Twin Peaks po 26 latach powróciło do świata popkultury, a pełni niepokoju widzowie zostali ponownie zaproszeni między czerwone kurtyny i na wzorzyste posadzki Czerwonego Pokoju. Reakcje na dwugodzinną premierę były różne. Głównie dlatego, że pomimo licznych odwołań, m.in. do Ogniu, krocz za mną, okazała się ona czymś zupełnie innym, niż można było oczekiwać. W Cannes tym razem nagrodzono to oniryczne tour de force reżysera Zagubionej autostrady owacjami na stojąco. Niektórzy orzekli, że stary wizjoner dał się zbytnio ponieść swej jakże twórczej fantazji. Twórcom zarzucono złe potraktowanie klasycznych postaci, które fani dawnej serii zdążyli całym sercem pokochać (do wyjaśnienia nieobecności niektórych z nich można także podchodzić różnie, chociaż ciężko byłoby sprowadzić chociażby wykazującego pewne niepokojące symptomy Michaela J. Andersona, publikującego od pewnego czasu tweety o zabarwieniu antysemickim, a nawet oskarżającego Lyncha o gwałt dokonany na córce, morderstwo swojego przyjaciela, Jacka Nance’a, czy skłanianie jego samego do samobójstwa). Inni natomiast docenili świeże, nowe podejście, świadomi, że kampowy, raz komediowy, raz kryminalny, raz melodramatyczno-obyczajowy charakter serialu nie miałby szans sprawdzić się współcześnie. Pewne jest, że nie wszyscy byli gotowi na tak ciężkie, mroczne oraz silnie eksperymentalne dzieło, o czym świadczą dość niskie wyniki oglądalności (wypadające blado przy poprzednim rezultacie 1,7 mln), co ciekawe, przyjęte przez stację Showtime z zadowoleniem. Zdecydowanie do fenomenu kulturowego o takiej skali nie sposób podejść obojętnie.

Na koniec warto wspomnieć o często niedocenianym elemencie franczyzy, a mianowicie powiązanych z nią książkach. Dwie najważniejsze ukazały się nawet w Polsce. Mam na myśli Sekrety Twin Peaks i Sekretny dziennik Laury Palmer, który został niedawno wznowiony przez wydawnictwo Znak z okazji premiery trzeciej serii. Chronologicznie jako pierwsza powstała ta druga publikacja, ale za obie (a właściwie – za praktycznie wszystkie tytuły powiązane z serialem) odpowiadają członkowie rodzin twórców. W coraz bardziej zdesperowaną i przerażoną Laurę wczuć się postanowiła córka Lyncha, brat drugiego ze scenarzystów zebrał w formie książkowej transkrypcje taśm agenta Coopera (The Autobiography of F.B.I. Special Agent Dale Cooper: My Life, My Tapes), sam Mark Frost spisał zaś wspomnianą kronikę dziejów tytułowego miasteczka, skrywającą podobno wiele wskazówek na temat przyszłych zdarzeń, a także zawierającą zaskakująco dużo, rzekomo nieprzypadkowych, rozbieżności z serialem. Stanowi ona lekturę bardzo ciekawą – szczególnie pod względem formy, czyli zbioru stylizowanych wycinków prasowych, ściśle tajnych dokumentów oraz artykułów – ukazuje kontekst historyczny i całkiem zmyślnie bawi się wątkami ufologicznymi oraz amerykańskimi teoriami spiskowymi. Drugi z ojców kultowej produkcji zapowiedział również Twin Peaks: Final Dossier z premierą zaraz po zakończeniu nowych osiemnastu odcinków.

Najlepsze w jego powrocie – niezależenie od tego, jak ocenić jego premierę – jest to, że doprawdy nie sposób przewidzieć, w jakim kierunku ta historia zmierza. Niejedna niespodzianka przed nami, niejeden szok i zgroza. Być może wzrośnie nawet zapotrzebowanie na konsultacje psychiatryczne. Ale mimo to Mark Frost oraz David Lynch mają powody do dumy, bo dokonali po raz kolejny rzeczy niebywałej – dostarczyli nam produkt niespotykany we współczesnej telewizji, w 100% autorski, frapujący, a także dający do myślenia. Sprawili, że wśród widzów znów krążą przeróżne teorie, internet huczy od interpretacji, świat popkultury żyje i przez kolejnych kilkanaście tygodni prawdopodobnie będzie żył Twin Peaks. Nie bez zasługi w tym sukcesie pozostaje stacja HBO, która nie dość, że transmituje na świat wszystkie odsłony serialu, to na dodatek już na samym początku ofiarowała osobom korzystającym z usługi HBO GO możliwość zapoznania się z dodatkowymi dwoma odcinkami, które otwierają szerszą perspektywę na całość, nadają jej większą spójność i ogólnie mogą znacząco poprawić odbiór poprzedzającej je niemalże ciągłej, po lynchowsku dreampunkowej, ekspresji. Teraz pozostaje nam jedynie czekać na ciąg dalszy (i kolejną zapowiedzianą przez Frosta książkę), czas pokaże zaś, czy trzecia seria, podobnie jak jej głośne poprzedniczki, zapisze się na stałe w annałach telewizji. 


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.